środa, 2 sierpnia 2017

Rozdział XVI

Szłam dość powoli i rozglądałam się na boki. Wcześniej zdawało mi się, że widziałam Castiela na pomoście, teraz jednak go tam nie było. Dlatego zagłębiłam się między drzewa, chociaż nadal trzymałam się brzegu jeziora. W pewnej chwili wyczułam dym papierosowy i już wiedziałam gdzie chłopak jest. Gdy zauważyłam czerwoną czuprynę siedzącą na skraju lasu, tuż koło wody zatrzymałam się w miejscu. Nie wiedziałam czy podchodzić, czy nie. Jeszcze czymś oberwę... Ale cholera jasna, w końcu po coś tu przyszłam. Nie odezwałam się jednak. Po prostu podeszłam do niego i usiadłam obok. Palił papierosa patrząc się gdzieś w głąb jeziora. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Co chcesz? - warknął po chwili takiego siedzenia. - Mam ci się teraz tłumaczyć, co?
- Przestań pieprzyć. - mruknęłam pod nosem. Zabrałam mu papierosa z ręki i sama się zaciągnęłam.
- A ty od kiedy kurwa palisz, co? - spojrzał na mnie zirytowany. Dopiero teraz do mnie dotarło, że nie powinnam go nakręcać. Westchnęłam i wsadziłam mu fajkę do ust.
- Cas, spokojnie. - powiedziałam. - Przecież wiesz, że nie chcę dla ciebie źle. - patrzyłam prosto w jego szare oczy. Nie odezwał się przez dłuższą chwilę, ale udało mi się dostrzec, że próbował się jakoś uspokoić. Ostatecznie tylko warknął i obrócił wzrok tam gdzie wcześniej. - Więc... Powiesz mi co się stało? - zapytałam spokojnym tonem. Nadal cisza, ale postanowiłam być cierpliwa. Po prostu czekałam, aż mi odpowie. Wypalił papierosa do końca, zgasił niedopałek butem i odpalił kolejnego.
- Dzwonili rodzice. Mówili coś, że po moim powrocie zostaną w domu trochę dłużej żebyśmy mogli "spędzić ze sobą trochę czasu". Pierdolenie. - mruknął. Wiedziałam, że to nie wszystko dlatego czekałam, aż będzie kontynuować. Zaciągnął się kilka razy po czym odetchnął. - Później przylazła Amber, zaczęła coś pieprzyć i mnie nakręcać. Ale mało tego było, ostatecznie jak chciałem wrócić do domku ta polazła za mną a Alexy, którego mijałem po drodze nie mógł się powstrzymać i rzucił jakimś chujowym żarcikiem w moją stronę. - znów kilka pociągnięć. Eh, trochę się tego nazbierało. - To mu powiedziałem, żeby spierdalał. Trochę go zwyzywałem i kazałem mu się zamknąć. No i ten chłopaczek w moro, który był z nim i z Arminem nagle wyskoczył, żebym przestał i że co ja sobie w ogóle myślę. No i nie wytrzymałem i mu przyjebałem. - odetchnął. - Resztę historii znasz. - odczekałam chwilę. Chyba nie zamierzał powiedzieć więcej. Spojrzałam na jego twarz i dostrzegłam, że z głowy nadal cieknie mu krew. Wsunęłam rękę do kieszeni  poszukiwaniu jakiejś chusteczki. Na całe szczęście tam była. Wyciągnęłam ją i ostrożnie przyłożyłam ją do rany. Chłopak wzdrygnął się, ale zanim cokolwiek powiedział zdążył ugryźć się w język. Chyba czuł się lepiej z tym, że komuś powiedział o tym co się stało.
- Co Amber od ciebie chciała? - zapytałam po chwili ciszy.
- Mniejsza. - odparł do razu nawet nie myśląc nad odpowiedzią. Zrozumiałam, że nie należy go denerwować bardziej, więc już o nic nie pytałam. Po chwili zostawiłam jego rany w spokoju i spojrzałam w kierunku jeziora. Dopiero teraz zauważyłam, że z tego miejsca doskonale było widać nasze domki. Przynajmniej mogliśmy widzieć co robią inni, ale to interesowało chyba tylko mnie.
- Dzisiaj ma być chyba jakieś ognisko czy coś w tym rodzaju. - rzuciłam nie odwracając wzroku z tamtego miejsca.
- Idziesz? - zapytał spoglądając w moją stronę.
- A mam wybór? - zaśmiałam się pod nosem.
- No pewnie, ja nie idę. Mam to gdzieś. - wzruszył ramionami.
- I tak przyjdziesz, nie będziesz mieć co robić sam. - spojrzałam na niego i wystawiłam mu język. On nagle chwycił go w dwa palce i lekko pociągnął.
- Chyba, że dotrzymasz mi towarzystwa. - chyba wrócił mu humor bo znów uśmiechał się szarmancko. Odtrąciłam jego rękę.
- W twoich snach pajacu. - mruknęłam i pstryknęłam go w czoło. Podniosłam się z miejsca. - Chodź, wracajmy już bo robi się chłodno, a poza tym się ściemnia.
- Mhm. - mruknął i wyciągnął rękę w moją stronę, żebym pomogła mu wstać. Chwyciłam ją i pociągnęłam. Po chwili już szliśmy w stronę obozu. Wszystko już było chyba mniej-więcej w porządku. Oczywiście oprócz jednej rzeczy - co do jasnej cholery robił tu Kentin?

***

Siedzieliśmy przy ciepłym ognisku, a nad naszymi głowami widniało rozgwieżdżone niebo. Cudowny klimat, taki jaki uwielbiam. Piekliśmy pianki i kiełbaski, popijaliśmy herbatę. Castiel oczywiście siedział razem z nami. Nie odpuściłabym mu, gdyby nie przyszedł, a właściwie dobrze, że to zrobił. Właśnie wtedy przedstawiono nam Kentina. Farazowski powiedział, że od naszego powrotu miał dołączyć do naszej klasy, ale że mógł zrobić to już teraz to stwierdzono, że dobrze będzie mu się zintegrować. Oczywiście nie obyło się bez komentarza Castiela pod tytułem "Zajebiście się kurwa zintegrował. Już może wypierdalać do innej szkoły". Na całe szczęście nauczyciele tego nie usłyszeli, lub to zignorowali. Natomiast kilka osób się zaśmiało, a sam Kentin nie skomentował. Chyba wolał już trzymać buzię na kłódkę. I szczerze wcale mnie to nie dziwiło. Później obgadaliśmy jakieś sprawy organizacyjne, o której jest cisza nocna i inne takie, oraz oczywiście co będziemy w ogóle robić.
I właśnie tak powoli mijał nam wieczór. Nawet nie zwróciłam wcześniej uwagi, że Castiel miał ze sobą swoją gitarę akustyczną. Dlatego gdy część grupy zebrała się i poszła do domków, żeby skorzystać z ciepłej wody, która miała niestety ograniczoną ilość (minusy bycia w lesie) wyciągnął ją i zaczął grać różne piosenki. Lysander w pewnej chwili zaczął śpiewać, a i ja się dołączyłam. Cóż, nikt (oprócz oczywiście Lysa) mojego głosu do tej pory nie słyszał, ale teraz... Jakoś tak wyszło. Widziałam jak wszyscy na mnie patrzyli, ale cóż starałam się to zignorować i po prostu oddawałam się temu co robiłam. Za jakiś czas większość osób się rozeszła i wtedy Borys oznajmił, że my również powinniśmy się zbierać. My, czyli nieliczni, którzy nadal tam siedzieli. Ognisko zostało zgaszone, pożegnaliśmy się grzecznie z opiekunami i zaczęliśmy się rozchodzić. Nagle ktoś jednak złapał mnie za ramię i sprawił, że znacznie zwolniłam.
- Przyjdź tu za godzinę, jak będą już spać. - usłyszałam głos Casa przy swoim uchu. Cóż, nie chciało mi się spać więc nie było powodu, żeby się temu sprzeciwiać. Kiwnęłam głową i weszłam na podest naszego domku. Pierwsze co usłyszałam to śmiech dziewczyn z salonu i poddasza. Innymi słowy nadal nie spały, ale jakoś specjalnie mnie to nie zdziwiło. Od razu ruszyłam pod prysznic, chciałam się odświeżyć po podróży i całej reszcie. Na całe szczęście dziewczyny zostawiły mi ciepłą wodę, więc mogłam szybko się umyć bez większych problemów. Spięłam włosy w luźnego koka, a gdy byłam już umyta i sucha przebrałam się w piżamę - szare krótkie spodenki i jakąś czarną, wynoszoną koszulkę. Na to zarzuciłam luźną, czarną bluzę i ruszyłam na górę, żeby wrzucić brudne ciuchy do walizki. W pokoju Violetta i Kim rozmawiały ze sobą leżąc już w łóżkach. Wzięłam telefon, koc, żeby się okryć w razie gdyby było zimno i zaczęłam kierować się ku schodom.
- Gdzie idziesz? - zapytała Kim zanim zdążyłam zacząć schodzić. Przeklnęłam w myślach i spokojnie na nią spojrzałam uśmiechając się przyjaźnie.
- Przewietrzyć się. - rzuciłam najmilej jak mogłam. Dziewczyny chwilę na mnie patrzyły po czym spojrzały po sobie i uśmiechnęły się jednocześnie. Violetta oczywiście delikatnie, a kim uśmiechnęła się szeroko. One za dużo sobie myślały, ehhh...
- No jasne, to wiesz, baw się dobrze. - zaśmiała się. - Tylko nie wracaj za późno. - starała się naśladować głos nadopiekuńczego rodzica.
- Tak mamoooo. - rzuciłam przez ramię i zbiegłam na dół nie reagując już na nic innego. Wyszłam z domku i zaczęłam kierować się w stronę jeziora. Castiel już tam na mnie czekał, z gitarą w rękach. Znów siedział i grał jakąś melodię. Spojrzałam na księżyc i gwiazdy odbijające się w tafli jeziora. Cudny widok... Podeszłam do chłopaka i usiadłam obok niego na podeście. Znowu popalał, a jakże by inaczej. Skierowałam swój wzrok na niebo i okryłam nogi kocem po czym podkuliłam je pod brodę. Przypomniała mi się noc, gdy wszyscy siedzieliśmy na wzgórzu wpatrując się w gwiazdy i wschód słońca... Ah, znów to przyjemne uczucie. Chcę żeby wróciło, żeby było tu znowu. Chcę...
- Nie wiedziałem, że śpiewasz. - głos Casa wyrwał mnie z rozmyślań. Spojrzałam na czerwonowłosego.
- No cóż... Reszta też nie. - wzruszyłam ramionami. Jakoś się tym nie chwaliłam. Tak samo tym, że gram na fortepianie.
- Lys wiedział. - mruknął zaciągając się. Nie patrzył na mnie, ani razu nie spojrzał w moją stronę.
- Ah, taaa, jak siedziałam u ciebie w domu, a ty spałeś to raz słyszał. - odparłam po prostu. Był zły, czy co? Nie miałam pojęcia o co może chodzić, ale miałam nadzieję, że nie zrobi z tego większego problemu. W ostateczności jednak westchnął i popatrzył na mnie. Wreszcie. Ugh, już niepotrzebnie zaczynałam się martwić. Patrzyliśmy się na siebie tak dobrą chwilę w zupełnej ciszy. Nagle jednak wyciągnęłam ręce w jego stronę. - Pokaż mi. - wskazałam na gitarę. Właściwie to od jakiegoś już czasu chciałam nauczyć się grać, ale jakoś nie szło mi się za to zabrać.
- No jeszcze mi powiedz, że umiesz grać... - mruknął gasząc papierosa i wyrzucając go za siebie.
- Nie umiem, a teraz dawaj. - odparłam, ale na szczęście nie dyskutował i podał mi instrument. - A teraz ucz. - zarządziłam.
- O nie nie, nie ma nic za darmo. - uśmiechnął się cwanie.
- Co chcesz? - wywróciłam oczami.
- Hm... - zaczął się zastanawiać. - Zdejmi...
- Nie. - przerwałam mu od razu. - Jest kurna zimno... Pieprzony zbok. - mruknęłam.
- Przesadzasz, jest chłodno, ale nie zaraz zimno zmarzluchu. - prychnął.
- Możesz sobie wsadzić. - powiedziałam, uśmiechnęłam się i wystawiłam mu język.
- Prędzej już tobie. - mruknął uwodzicielskim głosem i przysunął się w moją stronę. Oczywiście wiedziałam, że pajac żartował.
- Debil, mógłbyś mnie nauczyć a nie... Dużo już rzeczy dla ciebie zrobiłam.
- Przypominam ci że uratowałem ci dupę.
- Ja tobie też. - nastała cisza po której oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Dobra, może coś prostego na początek... Jakieś The Neighbourhood, bo z innymi sobie nie poradzisz... Dziecinko. - ostatnie słowo podkreślił tak bardzo, że miałam ochotę go walnąć.
- Ja ci dam dziecinko... - mruknęłam. - Akordy mi tu pokazuj, a nie.
Wtedy się przymknął. Zaczął pokazywać mi wszystkie chwyty po kolei, oczywiście te, które były nam w danym momencie potrzebne. Przestawiał moje palce i układał je na odpowiednich strunach. Przytakiwałam mu starając się zapamiętać. Gorzej jednak poszło z samym biciem, to nie było takie łatwe na jakie wyglądało i chłopak stopniowo zaczął się stawać coraz bardziej sfrustrowany, że nie mogę tego załapać. Ostatecznie usiadł za mną, chwycił obie moje ręce i pokierował nimi. Pokazywał mi dokładnie jak wszystko działa, co mam robić, w jakim tempie i rytmie. Cóż, to było naprawdę miłe, ale bardziej skupiałam się na tym, żeby dobrze grać niż na czymkolwiek innym. Szybko załapałam i już więcej się nie złościł, wręcz przeciwnie był bardzo zadowolony. Później po prostu odłożył gitarę i siedzieliśmy tak jak wtedy po tamtej imprezie, patrząc w niebo. Nic nie mówiliśmy, tylko po prostu tak siedzieliśmy. Wróciłam do domku koło drugiej w nocy, dziewczyny na szczęście już spały więc nie musiałam im się tłumaczyć. To był miły wieczór i właściwie, to mimo, że trochę zajęło mi zaśnięcie to myślałam nad tym, że te wyjazd może taki najgorszy nie będzie.

***

Nic bardziej mylnego. Naprawdę myślałam, że Amber da mi święty spokój, ale było wręcz przeciwnie. Ona tylko się nakręcała, a ja coraz bardziej zaczęłam się zastanawiać czy ona jakkolwiek myśli. Tępa sucz. Ale nieważne przejdźmy do sedna. Tego dnia mieliśmy pływać na kajakach. Dostaliśmy nawet specjalnych instruktorów, którzy miał nami pokierować i pokazać co i jak. Sprzęt został przywieziony ciężarówką, taką niedużą, a sami instruktorzy mieli zostać z nami na dwa dni. Szczerze, naprawdę podobał mi się pomysł z pływaniem na kajakach. Nigdy tego nie próbowałam, ale wydawało się świetną zabawą. Cóż, nie pomyliłam się co do tego aż tak bardzo. Ale było cholernie mokro... Wracając. Mieliśmy dobrać się w pary, gdyż kajaki były dwuosobowe, więc zaczęłam szukać wzrokiem jakiejś wolnej osoby. Ale nie dane mi było wybierać. Jak się okazało Castiel w ekspresowym czasie dogadał się z Lysem i oznajmił, że płynie ze mną i to bez gadania. Czasem traktował mnie jak swoją własność... Jednak starałam się to ignorować. Nie zawracało mi to jakoś bardziej głowy. Cóż, przynajmniej na razie. Instruktorzy byli dość młodzi - kobieta i mężczyzna, na oko mieli po dwadzieścia-parę lat. Bardzo mili no i oczywiście świetnie tłumaczyli. Facet był całkiem przystojny i z tego co zauważyłam chyba jakoś spodobał się Amber. Albo ta chciała w jakiś sposób sprawić żeby Cas był zazdrosny? Czekajcie... Co ja właśnie powiedziałam? O kuźwa, nie no, to nie było przecież realne. Sumując przyczepiła się do niego jak rzep odkąd tylko zaczęliśmy dobierać się w pary. Ten natomiast nie bardzo wiedział co z tym zrobić, ale jego koleżanka mu pomogła. Wygoniła Amberzycę do szeregu i powiedziała, żeby znalazła sobie parę bo jak nie to płynąć będzie razem z nią. Dziewczyna lekko się zmieszała, ale w formie obrony spiorunowała ją tylko spojrzeniem i nic więcej nie powiedziała. Posłusznie sobie poszła, chociaż wyraźnie widać było, że chce protestować.
Sprzęt został rozdany, następnie musieliśmy wsiąść... I tu już pojawił się problem. Niewiele brakowało a spadłabym z pomostu do wody. Pomógł mi ten młody instruktor, który złapał mnie i trzymał, żebym złapała równowagę. Podziękowałam mu i grzecznie zajęłam miejsce przed Castielem. Podano nam wiosła, a gdy reszta grupy była gotowa wszystko na spokojnie nam wytłumaczono mogliśmy ruszać. Płynęliśmy za instruktorem, a na samym końcu pilnowała nas jego partnerka. Mogła dzięki temu pomóc jakby ktoś miał jakiś problem i ogarnąć ludzi, gdyby się ktoś wygłupiał. Castiel oberwał parę razy, bo chlapał mnie, dźgał w plecy wiosłem no i oczywiście wytrącił mi moje z rąk. Ale żeby było zabawniej wcale nie chciał po nie wrócić, tylko popłynął dalej. Wredny pajac. Na szczęście z pomocą przypłynęli Lysander z Violettą. Chłopak wyłowił zgubę i wręczył mi ją z lekkim uśmiechem. Reszta podróży upłynęła raczej bezproblemowo. Cas dostał ode mnie w głowę końcem wiosła i mógł się już wypchać. Podziwiałam naturę i zaciągałam się świeżym powietrzem. Ah... Było tam niemożliwie cudownie. Opłynęliśmy malutką wysepkę na środku jeziora, gdzie podobno jest mnóstwo świetlików, ale tak naprawdę nikt tam już nie mieszka. Zastanawiałam się, czy będziemy mieć możliwość przybycia tam, któregoś wieczoru. Albo... Zawsze możemy spróbować popłynąć tam na kajakach, kiedy wszyscy będą spać. Ha, tak, to świetny plan. Ale nie o tym teraz... Byliśmy bardzo mokrzy, bo od machania wiosłami nie trudno było się zamoczyć. Na szczęście nie było żadnego niechcianego incydentu, nikt nie wpadł do wody, ani nic z tych rzeczy i spokojnie wróciliśmy na brzeg. Większości spodobało się pływanie na kajakach, tylko święta trójca (czyt. Amber i jej świta) jęczały, że wszystko je boli i że są calusieńkie mokre. Postrzelały fochy, ale wszyscy raczej mieli to gdzieś. Każdy wolał teraz w spokoju się wysuszyć, zwłaszcza, że najcieplej nie było. Wróciłyśmy z dziewczynami do domku i przebrałyśmy się w suche rzeczy. Powiedziałam im, że mogę im to rozwiesić bo i tak idę na tyły domku, tam gdzie są sznury na pranie, więc nie ma problemu. Wzięłam kosz na pranie i poprosiłam, żeby wrzuciły tam wszystko. Cóż, były mi wdzięczne, zwłaszcza, że na przykład Roza i Melania chciały wysuszyć włosy. Ruszyłam za domek, tam gdzie kiedyś widziałam sznury rozwieszone między drzewami. I faktycznie nie pomyliłam się, były tam. Postawiłam kosz na trawie i zaczęłam po kolei rozwieszać wszystkie rzeczy. Cóż... Trochę ich było. Oczywiście bielizna się tam nie znalazła i całe szczęście bo Bóg wie co by chłopcy z tym zrobili. Nieważne jak bardzo wspaniali by byli - to nadal chłopcy. Czasem przeginają.
- Powiedziałam ci coś. - usłyszałam głos za sobą i lekko drgnęłam. Obróciłam się powoli i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Amber. Stała kilka metrów ode mnie ze swoimi, mokrymi rzeczami w rękach. Najwyraźniej też przyszła rozwiesić co jej. Mimo wszystko chyba nie mogła się powstrzymać, żeby mnie nie wkurwiać przynajmniej przez moment. Ale co zabawne już miała wysuszone i ułożone włosy i oczywiście świeży makijaż. Szybka jest.
- Co takiego? - zakpiłam i odwróciłam się z powrotem wracając do pracy.
- Serio myślisz, że nie potraktuje cię jak każdej? - zaczęła, a ja stanęłam w pół gestu. Przysłuchiwałam się temu co mówi. - Teraz próbuje cię w sobie rozkochać, a później przeleci cię i zostawi. - Pierdolona sucz. Ale nadal się hamowałam. Nie mówiłam nic, tylko wznowiłam pracę. Nie miała pojęcia o sytuacji. Między nami nie było niczego więcej niż najwyżej przyjaźń. A to, że Cas poświęcał mi tyle uwagi to już nie moja wina. No dobra, trochę moja. Ale tylko trochę. - No nie mów, że nie zauważyłaś. Owija sobie ciebie wokół palca. - kontynuowała. - Jesteś tylko jedną z wielu...
- Powiedz mi... - przerwałam jej. - Od kiedy się tak o mnie martwisz, co? - zapytałam. Moje słowa ociekały jadem, tak samo jak te jej. Jak chciałam to potrafiłam być niemiła. Obróciłam się w jej stronę sięgając po ostatnią rzecz. Minę miała świetną, aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Znowu się zmieszała tym co mówiłam. Odwróciłam się plecami do niej wieszając na sznurze ostatnią rzecz. Po chwili ciszy sięgnęłam po kosz i ruszyłam w stronę domku. Mijając ją jednak się zatrzymałam. - Wiesz co? W sumie to mi cię trochę żal. - zaśmiałam się. Ja nie umiem być wredna? Oczywiście, że umiem. Ale nie chciałam przeginać.
- Pożałujesz. - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Pożałujesz, że pojawiłaś się w tym cholernym liceum, rozumiesz? - warknęła. - Mówię po raz ostatni - Zostaw go w spokoju. Jest mój i zniszczę cię, jeśli tylko spróbujesz mi go odebrać. - Łał, powiedzmy, że to zabrzmiało w sumie dość groźnie. Ale nie ruszyło mnie to jakoś specjalnie.
- Wiesz co? - spojrzałam na nią. - Chuj mnie to boli. - odparłam i wtedy usłyszałam głos Borysa, który zwoływał nas na zbiórkę. Niewiele brakowało, a Amber naprawdę by się na mnie rzuciła. Widziałam to w jej oczach. Wróciłam pod domek i odłożyłam kosz na pranie na schodkach. Wszyscy w miarę szybko się zebrali. Zerknęłam kątem oka na Amber. Była roztrzęsiona, ale świetnie to ukrywała. No proszę, niezła z niej aktoreczka.
- Jeśli są chętni, to idziemy do sklepu. Przy okazji załatwimy jakiś obiad i kolację... Wszyscy, którzy chcą iść wystąp. - spojrzałam po znajomych po czym wystąpiłam do przodu. Właściwie to fajnie byłoby się przejść. Po mnie wystąpił Alexy i pociągnął Armina i Kentina za sobą. Biedni, nie mieli wyboru. Następnie wystąpiły wszystkie dziewczyny z mojego domku. Spojrzałam na Castiela i Lysandra, którzy rozmawiali między sobą i ostatecznie oni też stwierdzili, że idą. Cas nie był zadowolony z tego, że Ken też idzie i pewnie dlatego się wahał, ale cóż... Wystąpił jeszcze Nath spoglądając porozumiewawczo na Amber. Ale ona go olała. Mówiła coś do koleżanek, patrząc cały czas w moją stronę. Ale szczerze? Miałam to gdzieś. - Innymi słowy zostaje tylko Amber, Charlotte, Li i Klementyna? Zostajecie więc ze mną. - wszystkie kiwnęły głowami. W głębi serca się cieszyłam. Naprawę, przynajmniej teraz miałam tę pustą blondynę z głowy.

***

Naprawdę bawi mnie fakt, że Farazowski wyszedł ze sklepu pierwszy z rzeczami na obiado-kolację dla całej grupy, a później czekał na nas przed sklepem. Naprawdę ufał nam na tyle, że myślał, że nie kupimy żadnego alkoholu? Wręcz przeciwnie, wyszliśmy stamtąd z ilością przemysłową wszelakiego piwa, wódki i całej reszty. Do tego doszły jeszcze fajki. Sprzedawca był bardzo miły, przymykał oko na to, że tylko Castiel jest pełnoletni, a cała reszta dopiero będzie w przyszłym roku. Mile mnie to zaskoczyło, ale i tak powiedział, żebyśmy uważali. Oprócz tego oczywiście musieliśmy kupić sobie jakieś jedzenie - bo takie śniadania na przykład musieliśmy robić sobie sami. W końcu od czego mieliśmy te kuchnie? Ale i tak w większości były to chińskie zupki. Nie wymagajcie za dużo od nastolatków. Co do samego sklepu nie był to jakiś supermarket, taki zwyczajny, miejscowy sklep. Przytulny, a mimo wszystko wybór wszystkiego był spory. A i daleko jakoś też nie był. Raptem pół godziny drogi od jeziora, tylko, że zupełnie w przeciwnym kierunku, z którego dotarliśmy na miejsce. I właściwie to świetnie się bawiliśmy, nawet idąc do zwykłego sklepu przez większość czasu śmialiśmy się i żartowaliśmy. Pogadałam też trochę z Kentinem, bo wcześniej jakoś nie mieliśmy chwili. Ale mimo to, żadne z nas nie wspominało o obozie, na którym się poznaliśmy... Cóż, były powody. Jednak o tym nie teraz.
Gdy dotarliśmy z powrotem do naszego obozu spojrzałam na jezioro. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi i było naprawdę ślicznie. Ja zawsze zresztą. Właściwie to mogłabym tu mieszkać. Zostać tu i nigdy nie wracać do domu. Zauważyłam, że na tafli wody coś pływa. Takie długie, pomarańczowe.... Zaraz... Czy to nie jest kajak? I to jeden z tych naszych? Zamrugałam kilka razy. Zastanawiałam się czy to mi się nie zdaje, albo czy czegoś sobie z nim nie pomyliłam, ale nie tylko ja go zauważyłam. Co zabawniejsze nikt w nim nie siedział, a znajdował się kilkadziesiąt metrów od brzegu. Może wywrócił się do wody i odpłynął... Mniejsza z tym, co za różnica? Weszłam do domku odstawiając co trzeba do lodówki i całą resztę chciałam zanieść do pokoju, żeby nie zajmować dziewczynom miejsca, a przy okazji wziąć jakąś bluzę, bo robiło się chłodno. Spojrzałam pod łóżko, gdzie chowałam torbę i... Cóż, zatkało mnie. Nie było jej.
- Ej dziewczyny, nie widziałyście mojej torby z ubraniami? - zawołałam na dół, żeby mnie usłyszały.
- Była u nas w pokoju jak wychodziłyśmy! - odkrzyknęła Kim. - A co?
- No bo kurwa, nie ma jej. - odpowiedziałam. Rozejrzałam się po pokojach, ale oczywiście nic oprócz moich rzeczy nie zniknęło. Wszystko co miała Violetta, Kim było, u Rozy, Melanii i Iris tak samo. Zbiegłam na dół rozglądając się po domu. Dziewczyny pomogły mi szukać, ale nadal nic. Usiadłam na schodkach przed domem powoli składając fakty. Jeszcze raz spojrzałam na jezioro i na kajak, który był jeszcze dalej. I nagle do mnie dotarło co się wydarzyło.
Przysięgam, że zabiję tę lafiryndę jak tylko ją kurwa zobaczę.

wtorek, 18 lipca 2017

Rozdział XV

Nadeszła sobota. Akcja z Amber jakoś niespecjalnie mnie ruszyła, ale miałam nadzieję, że nie zmierzała kolejny raz zawracać mi głowy. Miałam teraz multum innych rzeczy, którymi musiałam się zająć. Takich jak na przykład koncert, który był właśnie dzisiaj. Castiel załatwił bilety już wcześniej, obiecał mi, że mnie na niego zabierze. Nie miała, pojęcia czy mi się zdawało czy nie, ale zachowywał się wobec mnie milej niż do całej reszty. A może tylko coś mi się ubzdurało? Mniejsza z tym.
Było już popołudnie, dość późne tak właściwie. Przydałoby zacząć się zbierać. Chłopak przyjechał dużo wcześniej, bo ponoć przyjechali jego rodzice na kilka dni i nie miał ochoty z nimi siedzieć. W tamtym momencie leżał na kanapie przy włączonym telewizorze i drzemał. Miałam dobrą okazję, żeby iść się przygotować, gdyby nie spał pewnie nie miałabym szans wygonić go z pokoju. Przebrałam się w czarny zestaw - koszulkę z logiem Paradise Lost (to właśnie zespół na którego koncert szliśmy), cienkie rajstopy, krótkie spodenki i oczywiście glany. Nie byłam żadnej bluzy, ani niczego, bo wieczór był ciepły, a tylko bym się zgrzała. Przeczesałam włosy, ale ich nie splotłam. Zostawiłam rozpuszczone, bo były okej. Pomalowałam się, nie za mocno. Tak naprawdę tylko oczy, przy czym jak zwykle zakryłam korektorem cienie pod oczami.
Gdy stwierdziłam, że wszystko jest jak należy okręciłam się wokół własnej osi przed lustrem. Wtedy usłyszałam gwizdanie, to jakie faceci robią, gdy chcą "skomplementować" kobiecy wygląd. Obróciłam się i w progu dostrzegłam Castiela.
- Mogłaś założyć coś co bardziej uwzględni to i owo... - rzucił złośliwie.
- Idę na koncert, a nie do burdelu. - odpysknęłam.
- Ale to ja cię tam zabieram. - odparł. Obróciłam się w jego stronę unosząc brwi.
- O nie, nie będziesz za mnie decydować jak mam się ubrać. - prychnęłam i wystawiłam mu język. Założyłam bransoletki na ręce i naszyjnik. Po chwili namysłu jednak stwierdziłam, że założę flanelową koszulę w czarno-bordową kratkę. Taką o wiele za dużą, nie zapinałam jej, tylko podwinęłam rękawy do łokci. Jeszcze była chwila czasu, ale że nie wiedziałam co ze sobą zrobić to rzuciłam się na łóżko wgapiając się w sufit.
- Na jak długo zostają twoi rodzice? - zapytałam gdy chłopak podszedł do mnie i usiadł obok.
- Trzy dni. - odparł. - A co z twoimi? Kiedy przyjeżdżają? - rzucił, ale zignorowałam te pytania i zamknęłam oczy. - Ej tylko nie śpij teraz, zaraz wychodzimy. - na szczęście nie zwrócił na to uwagi.
- Tak tak mamo. - przewróciłam się na bok dalej nie otwierając powiek.
- Stawiasz się? - nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że ma ten zawadiacki uśmieszek na twarzy.
- Cokolwiek chcesz zrobić nawet o tym ni... - nie dokończyłam bo chłopak ściągnął mnie z łóżka, wziął na ręce a później przerzucił sobie przez ramię. Pisnęłam  i uderzyłam go w plecy pięścią.
- No i co robisz baranie?! - krzyknęłam kiedy zaczął mnie znosić po schodach.
- Zamknij się, wychodzimy. - powiedział. Wziął klucze z haczyka w przedpokoju i zamknął za nami drzwi. Mimowolnie zaczęłam się śmiać. To musiało wyglądać komicznie dla ludzi na ulicy, ale nie wiele mogłam z tym zrobić. Chłopak posadził mnie na swój motocykl, podał mi kask i usiadł przede mną. Tym razem bez dyskusji go objęłam gdy tylko włączył silnik. Tak, to będzie zdecydowanie dobry wieczór. Spojrzałam na księżyc, który powoli zaczynał się pojawiać. Tak, zdecydowanie tak.

***

Ciężka, głośna muzyka, tłum ludzi i migoczące światła. O tak, to był zdecydowanie mój świat. Czułam się świetnie mogąc śpiewać razem z wokalistą, skacząc z ludźmi, robiąc pogo i ściany śmierci. Castiel też bawił się całkiem nieźle. Taka muzyka widocznie mu odpowiadała, a sam zespół znał i lubił. Pewnie dlatego tak chętnie ze mną poszedł, w innym wypadku pewnie strasznie by narzekał i jęczał, że nie chce iść. Byliśmy całkiem blisko sceny, a właściwie to ciągle się do niej zbliżaliśmy. Cas w pewnej chwili wziął mnie na barana, żebym mogła wszystko lepiej widzieć. Cóż, to było kochane z jego strony. Na szczęście mocno mnie trzymał, no i mu ufałam mimo wszystko, więc wiedziałam, że mnie nie puści i nie pozwoli mi spaść. Czułam się świetnie, naprawdę. Ten koncert był dobrym oderwaniem się od szarej rzeczywistości.
Później chłopak odwiózł mnie do domu. Powiedział, że jedzie na noc do Lysandra, bo nie miał ochoty siedzieć z rodzicami. Więc jakby nie odbierał, a czegoś bym chciała, to żebym szukała go właśnie tam, albo dzwoniła do Lysa. Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się wesoło. Taki humor jak wtedy miewałam rzadko i błagałam w głowie, żeby pozwolił mi dzisiaj na dobry sen.

***

Minęło kilka dni, w czasie których nie czułam się tak źle. Zażywałam wszystko jak należało i radziłam sobie całkiem nieźle. To się przydało przed wycieczką, bo gdy w końcu nadszedł dzień wyjazdu byłam bardzo spokojna i miałam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli.
Nie wiem kto do jasnej cholery wymyślił zbiórkę o piątej rano, ale przysięgam, że jak go dorwę to zastosuję na nim najgorsze tortury... Tak czy inaczej nie spałam całą noc. No prawie, zasnęłam na niecałą godzinę jakoś koło trzeciej nad ranem, bo o czwartej musiałam wstać. Od razu zadzwoniłam do Casa żeby przy okazji go zbudzić bo widziałam że debil w dupie ma budzik. Oczywiście pierwsze co usłyszałam gdy odebrał to wiązanka przekleństw, że jest "kurwa pierdolona czwarta rano" i "chuj mnie obchodzi, że trzeba jechać na pieprzoną wycieczkę" oraz "nie jesteś moją pierdoloną matką żebyś mi kurwa musiała mówić że mam do chuja ruszyć dupsko i wstać". Ale i tak wiedziałam, że jest mi wdzięczny. Gdyby nie ja pewnie spałby dalej. Przyszykowałam się, zjadłam coś, wzięłam torbę, która służyła mi za walizkę i wyszłam z domu.
Pod szkołą, jak się okazało, większość osób wyglądała jak zombie. Większość oprócz mnie i Armina, który przywykł przez granie po nocach. Ale z tego co było mi wiadomo podróż miała trochę potrwać, więc wszyscy powinni mieć szansę to odespać. Może nawet i ja. Gdy wsiadaliśmy do autokaru zamierzałam iść zająć jakieś miejsca z tyłu, ale Amber wsiadając przepchnęła się przede mnie, usiadła gdzieś w połowie autokaru po czym bezczelnie podstawiła mi nogę. Wywróciłam się, bo oczywiście nie mogło być inaczej. Ale mało tego. Za mną szedł Castiel, do którego dziewczyna rzuciła swoim piskliwym, przymilnym głosem:
- Chodź tu Cassi, zajęłam nam miejsca. - dodała jeszcze ten przymilny uśmieszek. Nadal nie wstawałam, tylko obróciłam się i przyglądałam się tej całej sytuacji. Cas ledwo się powstrzymywał, żeby jej nie przyłożyć.
- Już bym wolał siedzieć na podłodze, albo zostać w domu. - powiedział tak zimnym tonem, że Amber aż sparaliżowało. Chłopak natomiast podał mi rękę, żeby pomóc mi wstać. Z wdzięcznością ją przyjęłam, rzucając okiem na blondynkę, która patrzyła się na tę sytuację wzrokiem, który mógłby zabić całą armię. Oj, mam przesrane. Zdecydowanie. Mimo wszystko zignorowałam ten fakt, przynajmniej tymczasowo. Ruszyłam do miejsc przy samym końcu. W końcu Cas mnie zatrzymał i wskazał na dwa miejsca po czym usiadł pod oknem.
- Ej, ja tam chciałam. - mruknęłam z niezadowoleniem siadając obok.
- Zamknij japę, bo wylecisz do Amber. - odburknął. Oho, nie należy go chyba drażnić o tej porze
- Nie zrobiłbyś tego... - prychnęłam śmiejąc się pod nosem.
- A chcesz się kurwa założyć? - warknął.
- No już, już żartuję. - mruknęłam. On tylko wzruszył ramionami i oparł głowę o szybę. Tak, zdecydowanie był niewyspany. Po chwili gdy wszyscy już usiedli na miejscach autokar ruszył. Było naprawdę cicho, ale nie było to dziwne. idę o zakład, że połowa towarzystwa już śpi. Mnie tez by się chyba przydało. Westchnęłam, oparłam głowę o poduszkę, którą wzięłam z domu i przymknęłam oczy.
- Chcesz spać? - usłyszałam. Otworzyłam powieki i spojrzałam w bok na czerwonowłosego.
- Jak wszyscy w tym autokarze. - rzuciłam, ale to co stało się później zupełnie mnie zaskoczyło. Chłopak chwycił mnie za nadgarstek, przyciągnął mnie do siebie jednocześnie obracając się plecami do okna. Wziął moją poduszkę i położył sobie pod głowę, a ja natomiast  bardzo wygodnie się o niego opierałam. Moje policzki od razu zrobiły się lekko rumiane. Cóż, nie spodziewałam się tego najzwyczajniej w świecie. Ale szczerze? To było bardzo miłe z jego strony. Nieważne jakim gburem bywał czasami był niesamowicie miły. Otworzyłam usta żeby rzucić jakimś żartem, ale zanim zdążyłam zrobić cokolwiek Cas mruknął z niezadowoleniem.
- Powiedziałem ci, zamknij paszczę bo zmienię zdanie. - Grzecznie się go posłuchałam. Nie odezwałam się słowem. Wyjęłam jeszcze mp3 i słuchawki. Jedną włożyłam sobie do ucha, drugą podałam chłopakowi. Przyjął ją z wdzięcznością i po chwili zamknął oczy. Ja również w końcu to zrobiłam i oboje zaczęliśmy zasypiać zatapiając się w muzyce.

***

[Castiel]

Obudził mnie dźwięk aparatu, takiego w telefonie, jakby ktoś robił mi zdjęcie. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą Alex'ego, który z wyszczerzem na mordzie cykał zdjęcia mnie i Anie. Popatrzyłem na niego przekazując mu wzrokiem nieme "Spierdalaj w podskokach, póki mam cierpliwość.", co chłopak od razu zrobił, ale jednocześnie pomachał mi na 'do widzenia' i wrócił na swoje miejsce. Spojrzałem na nią. Spała w najlepsze dalej się do mnie tuląc. Chociaż teraz się wyśpi. Z tego co wiedziałem, to mało sypiała nocami, ale do tego przywykła. Postanowiłem wrócić do spania, ale nie mogło być tak pięknie. Zamknąłem oczy, ale podeszła tu kolejna osoba. Nastała chwila ciszy, aż w końcu usłyszałem głos nikogo innego jak oczywiście Amber.
- Tępa szmata. Pożałuje, że mnie nie posłuchała. - prychnęła. - Naprawdę myśli, że nie wykorzystasz jej jak każdej innej? - Starała się mnie sprowokować, a ja cały czas błagałem w myślach, żeby autokar nagle zahamował i żeby się przewróciła, albo żeby ktoś ją stąd wziął. Bo jeszcze chwila a nie ręczę. Poza tym musiała widzieć, że nie śpię. Dlatego to mówiła, ale starałem się nie reagować bo Ana spała. Mimo wszystko poczułem jak porusza się niespokojnie gdy Amber zaczęła mówić. Nagle usłyszałem ją bliżej, musiała się pochylić. - Pożałujesz, jeszcze się policzymy. - warknęła. Wtedy otworzyłem oczy, ale nawet nie spojrzałem na blondynkę. Zignorowałem, potraktowałem jak powietrze. To było najlepsze rozwiązanie i jedyne jakie mogłem w tej chwili zastosować, żeby nie wybuchnąć. Popatrzyłem na Anabelle i powiedziałem do niej cicho żeby spała dalej i niczym się nie przejmowała. Pogłaskałem ją po ramieniu, a ona na nowo się we mnie wtuliła. Nie obudziła się, na szczęście. W innym wypadku od razu rzuciłbym się na Amber. Tymczasem ona się wyprostowała, patrzyła na nas z niemą furią w oczach, odwróciła się na pięcie i wróciła na swoje miejsce, bo w końcu któryś z nauczycieli krzyknął, że ma usiąść bo inaczej ją wysadzą z autokaru. Wiedziałem, że jest wściekła. Nic tak bardzo nie doprowadzało jej do szewskiej pasji jak ignorowanie jej osoby. Uśmiechnąłem się pod nosem i na nowo zamknąłem oczy. Tylko spokojnie... Teraz tylko wrócić do spania. Za nami dopiero połowa drogi.

***

[Anabelle]

Dojechaliśmy po południu. Koło godziny piętnastej. Zbudziłam się dopiero pół godziny przed końcem podróży. Cas nadal spał więc postanowiłam mu nie przeszkadzać. Ja natomiast spałam bardzo długo jak na mnie, ale zasada mojej bezsenności głosiła, że nie mogę spać w nocy i w moim własnym łóżku. Oto największa niesprawiedliwość tego wszechświata wobec mojej osoby. Miałam nadzieję, że Lys się nie obrazi za to, że siedziałam z Casem. Ale z tego co zauważyłam siedział z Violettą i spokojnie jej o czymś opowiadał. Cóż, ostatnio bardzo się zaprzyjaźnili. Właściwie to fajnie, pasują do siebie. Mimo wszystko nadal leżałam spokojnie i rozmyślałam. Z tego co pamiętałam ostatecznie dziewczyny miały być w dwóch domkach, a chłopcy w jednym. W czwartym, mniejszym od naszych mieszkali Borys z Farazowskim. Ale stać miały kilka metrów od siebie, więc nie będzie problemu ze spędzaniem czasu wszyscy razem.
- Nie za wygonie ci..? - usłyszałam nagle i aż się wzdrygnęłam. Castiel jednak nie spał. Tylko teraz oczy miał otwarte i wpatrywał się nimi we mnie tym swoim przyciągającym wzrokiem. Prychnęłam po czym się odsunęłam.
- Sam chciałeś przypominam. - mruknęłam. Chłopak również wracał do normalnej pozycji, ale poduszki już mi nie oddał.
- Tylko mi nie mów, że nie było ci wygodnie. Bo było i to aż za bardzo. - odparł i uśmiechnął się zawadiacko. Nic więcej nie dodałam, tylko uśmiechnęłam się pod nosem. Widocznie miał już lepszy humor.
- Coś ważnego mnie ominęło? - zapytałam przecierając oczy. Chłopak na chwilę przeniósł wzrok na okno jakby się nad czymś zastanawiał.
- Nie. - mruknął. - Oprócz tego, że Alexy cykał nam zdjęcia. - warknął z niezadowoleniem. Zaśmiałam się pod nosem.
- Niech no ja go dorwę. - mruknęłam i wychyliłam się, żeby spojrzeć gdzie siedzi.
- Później dorwiemy go oboje, teraz się nie opłaca, bo zaraz będziemy na miejscu. - rzucił. Kiwnęłam głową. Miałam tylko nadzieję, że droga nad jezioro nie będzie jakoś specjalnie daleka.
Pół godziny później wysiedliśmy z autokaru. Ledwo wyszłam na świeże powietrze i już czułam na sobie przytłaczający wzrok Amber. Przeklinałam ją pod nosem, aby tylko się ode mnie odwaliła. Czym prędzej, bo nie skończy się to dobrze. Wzięliśmy nasze walizki oraz torby i ruszyliśmy we wskazanym kierunku.  Droga zajęła jakieś kolejne dwadzieścia minut, maksymalnie do pół godziny. Szliśmy cały czas przez las, ale było przyjemnie chłodno więc droga nie była ciężka. Część liści była już pożółkła, dlatego i widoki były cudowne. Szliśmy świeżo wydeptaną ścieżką, dlatego osoby, które miały na sobie obcasy (czyt. Amberzyca, oczywiście) miały problemy z chodzeniem. Z nią były ciągłe problemy, non stop jęczała, że chce wracać i że nie zgadzała się na coś takiego. Pusta blondyna. Z czasem założyłam słuchawki, żeby tylko jej nie słyszeć. Kilka osób poszło moim śladem i zrobiło to samo.
Na szczęście większych komplikacji nie było. Dotarliśmy nad jezioro i... Boże drogi, szczerze? Zatkało mnie. Widok był przecudowny, zaniemówiłam. Zresztą nie tylko ja. Większość była zachwycona. Kolorowe liście odbijały się w tafli wody, przyozdabiały pomost i wszystko inne dookoła. Po chwili dostałyśmy klucze do naszych domków. Ja dzieliłam jeden z Rozą, Violettą, Kim, Iris i Melanią. Amberzyca i jej świta oraz Klementyna i Peggy poleciały do drugiego. Na szczęście, bo użeranie się z nimi to byłaby mordęga. Drewniane domki były dwupiętrowe. Na parterze znajdowała się kuchnia (kilka blatów, krzeseł, mały piecyk polowy i mała lodówka oraz pół-ścianka z blatem, która oddzielała ją od '"salonu"), salon, który był zaraz przy wejściu (kanapa, dwa fotele, stolik na kawę na środku, i mały stół i trzy krzesła pod oknem), oraz mała łazienka (prysznic, toaleta, umywalka, nieduże lustro i oczywiście bojler z wodą). Na poddaszu były dwa pokoje wyposażone w trzy łóżka i nieduże półki na ścianach. Cóż, szafy ani komody nie było, ale nikt nie narzekał. Może oprócz Rozalii, która "potrzebowała przestrzeni dla swoich ubrań i kosmetyków". Ale Roza to Roza. Podzieliłyśmy się pokojami i tym sposobem ja byłam w jednym Z Kim i Violettą, a Roza, Iris i Melania w drugim. Przy czym w ich pokoju były schody na dół. Tak swoją drogą, były one dość wąskie, więc nietrudno będzie się wywrócić. Cóż, zobaczymy która będzie pierwsza. Zaśmiałam się na tę myśl po czym rzuciłam się na łóżko. Westchnęłam zamykając oczy i zaciągając się zapachem drewna. Ah, cudowne uczucie. Ale coś musiało to przerwać. Nic nie mogło być idealnie. Usłyszałam jakieś krzyki za oknem. Chłopcy. Otworzyłam powieki i wyjrzałam za małe okienko. To Castiel... Bił się z kimś? Jasna cholera. Lysander przybiegł tam właśnie próbując go powstrzymać przed zrobieniem większej głupoty, jakoś ich rozdzielić, a drugiego chłopaka chcieli odciągnąć Armin z Alexym. Zerwałam się z miejsca i zbiegłam na dół prawie potykając się na tych stromych schodach. Pobiegłam na tyły domku tam, gdzie ich widziałam i słyszałam krzyki.
- Castiel! - zawołałam gdy byłam już blisko. - Przestań! - chwyciłam go za ramię. Obrócił się w moją stronę, stał tak przez chwilę i nagle zaczął się stopniowo uspokajać. Jego wzrok opadł z całkowitej furii, ale wtedy ten drugi chłopak przywalił mu pięścią w twarz. Czerwonowłosy już na mnie nie spojrzał. Znów wpadł w trans i rzucił się na tego drugiego. Skądś kojarzyłam tego chłopaka, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Ale to nie był dobry czas i miejsce na zastanawianie się nad takimi pierdołami. Musiałam coś zrobić bo sytuacja stawała się coraz gorsza, a dopiero co przyjechaliśmy. Farazowski z Borysem zniknęli gdzieś z Nathanielem, pewnie chcąc obgadać sprawy organizacyjne a nam dać czas na ogarnięcie się. Nikt się nie spodziewał, że zaraz po przyjeździe chłopaki się pobiją. - Castiel, przestań! - krzyknęłam znowu i niewiele myśląc, nie reagując na to, że Lysander starał się mnie powstrzymać i odciągnąć na bok, żebym również nie oberwała rzuciłam się między chłopaków. Stanęłam twarzą do buntownika i patrzyłam mu prosto w oczy. I wtedy wszystko stanęło. Cas się zatrzymał z pięścią uniesioną w górze prawie przy mojej twarzy i patrzył się na mnie wściekłym i zmieszanym wzrokiem. Z wargi i łuku brwiowego ciekła mu krew, a na jego policzku widniał świeży siniak. Przez jego obitą twarz przebiegła seria emocji, ale ja pierwsze co zrobiłam to objęłam go mocno. - Przestań już... - powiedziałam cicho. - Już jest dobrze, tylko się uspokój. Proszę... - mówiłam czując jego nierówny oddech. Po chwili powoli zaczął opuszczać ręce i stopniowo się rozluźniać. Jego oddech stał się spokojniejszy i powoli się wyrównywał. Nie objął mnie co prawda, ale gdy spojrzałam mu w oczy wiedziałam, że jest mi mimo wszystko wdzięczny za to, ze go powstrzymałam. Po chwili go puściłam i spokojnie odetchnęłam. Wszyscy chłopcy i dziewczyny, które wybiegły za mną patrzyli się na nas i co ważniejsze nikt się nie odzywał. Postanowiłam zupełnie to olać i obróciłam się w stronę drugiego chłopaka, który był chyba nam wszystkim zupełnie obcy. Miał podbite oko, a z jego nosa ciekła krew. Spojrzałam w jego szmaragdowe oczy. Gdzieś je już kiedyś widziałam. Zaraz zaraz... Jak mu było..? Ken... Ken... Kentin. Chyba tak. Byłam przecież z nim kiedyś na obozie w wakacje, tylko, że wtedy był jeszcze kurduplem, a później straciłam z nim kontakt. Widywałam go tylko przelotnie na facebooku i nic po za tym. Widziałam jak się zmieniał i faktycznie to był on! Brązowe włosy, spodnie moro, czarna koszulka na ramiączkach i na to biała koszula. No i oczywiście nieśmiertelnik. Tak, to był Kentin. Niesamowicie odmieniony, ale to był on. Pamiętał mnie, widziałam to po jego wzroku. Pytanie - co on tu w ogóle robił? Czemu tu i tak nagle? Już miałam się do niego odezwać, ale usłyszałam za sobą szelest deptanych liści. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Cas ruszył w kierunku jeziora. Kurwa mać, nie wiedziałam co zrobić. Emocje znów zaczęły we mnie buzować. Szczerze, nie wiedziałam co mam powiedzieć. I Kentinowi i wszystkim. Na szczęście zauważył to Alexy, uśmiechnął się serdecznie i zamachał ręką w powietrzu.
- No, koniec przedstawienia. Możecie się rozejść. - zarządził i jak powiedział tak się stało. Dziewczyny przynajmniej wróciły do domku. Spojrzałam na niego z wdzięcznością gdy później podszedł do Kentina i starał się mu coś wyjaśnić i jakoś go ogarnąć. Następnie mój wzrok powędrował na Lysandra, tak jak bym potrzebowała jego pozwolenia, żeby iść za Casem. Bo potrzebowałam. Któreś z nas musiało z nim pogadać i go uspokoić, a przede wszystkim dowiedzieć się co się stało? Nie odezwał się, ale jego twarz mówiła sama - "Idź.". Uśmiechnęłam się lekko, kiwnęłam głową i pobiegłam w kierunku pomostu.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Rozdział XIV

Spałam. Naprawdę długo, ale wbrew pozorom nie był to przyjemny sen. Ale to nic nowego. Od dawna nie miałam tak naprawdę szans tak porządnie się wyspać.
Nie miałam pojęcia jaki jest dzień, ani tym bardziej godzina. Ostatnie co pamiętam to tamta impreza i to, że siedzieliśmy na wzgórzu do rana... Chyba wtedy zasnęłam. Tak, to było w tamtym momencie. Westchnęłam. Ktoś musiał zanieść mnie do domu. Cóż, chyba nawet nie muszę się zastanawiać kto. Zanim nawet pomyślałam usłyszałam jakiś stukot na dole w kuchni i głośne "Kuuurwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa". To mi wystarczyło, żeby widzieć, ze Castiel jest w mieszkaniu. Podniosłam się do siadu. Dalej byłam w tych samych ubraniach, co wcześniej. Poza tym śmierdziałam wódką i innymi trunkami. Przydałoby się umyć... Sięgnęłam do szafki po pudełka z tabletkami. Wzięłam kilka, wstałam i ruszyłam do łazienki. Tak... Zdecydowanie dobrze będzie się odświeżyć.

***

Ubrana w czarny szlafrok i kapcie, z mokrymi włosami zeszłam na dół, gdzie słychać było stukot naczyń. Weszłam do kuchni i stanęłam w progu. Przyglądałam się Castielowi. Włosy miał częściowo spięte, tak by mu nie przeszkadzały. Stał nad kuchenką i mieszał coś na patelni. Gotujący Cas? Cudny widok. Wiem, że umie gotować. Już się o tym przekonałam, ale zabawnie się na to patrzyło. Nie zauważył mnie, dlatego spokojnie usiadłam przy stoliku i oparłam głowę o rękę. Zauważyłam paczkę papierosów  i zapalniczkę należące do Castiela. Chwyciłam za nie, wyciągnęłam jednego wsadzając do ust i odpaliłam. Chłopak wzdrygnął się na dźwięk kliknięcia. Obrócił się w moją stronę.
- Czy ty próbujesz sprawić żebym zszedł na zawał? - rzucił gromiąc mnie wzrokiem. Ja tylko wzruszyłam ramionami i zaciągnęłam się. Normalnie nie paliłam, nie piłam też tyle alkoholu co ostatnio... Ale... - Co ty tak właściwie robisz, co? - mruknął. Podszedł do mnie i spróbował zabrać mi papierosa, ale odsunęłam rękę i buchnęłam mu dymem w twarz. Wskazałam ruchem głowy na patelnię.
- Przypalisz. - odparłam. Castiel nie ruszył się przez krótki moment, ale w końcu odwrócił się i wrócił do gotowania. Co się tak właściwie ze mną dzieje? Znowu coś jest nie tak... Zaczynam się zachowywać jak Cas. Tylko, że tym razem to on sterczał tu ze mną. Zamieniliśmy się? Zabawnie było go widzieć w takiej roli. Opiekował się mną... Chyba, tak mi się zdaje. Stał tam zirytowany, jeszcze jedna rzecz i  zupełnie szlag go trafi. "Uspokój się. Uspokój się. Uspokój się." - powtarzałam sobie w głowie. Pociągnęłam jeszcze kilka razy po czym otworzyłam okno i wyrzuciłam niedopałek. Padało, więc tym nie miałam się czym martwić.
- Ile spałam? - zapytałam, żeby przerwać ciszę.
- Ponad dwa dni. - odparł krótko nie przerywając wykonywanej czynności. Spojrzałam na zegarek. Była 16. No ładnie... Rozważałam czy rozsądnie będzie tłumaczyć się alkoholem i tym, że sporo wypiłam... Ale to nie był dobry plan. Jakiekolwiek tłumaczenie będzie brzmieć gównianie, dlatego lepiej było się nie odzywać. Patrzyłam po prostu za okno i czekałam. Zamyśliłam się dość mocno, więc jeśli Cas cokolwiek próbował do mnie mówić z pewnością tego nie słyszałam. A więc spałam ponad dwa dni? Coś czuję, że moja frekwencja w szkole już płacze. Przydałoby się wreszcie tam iść i przede wszystkim usprawiedliwić te wszystkie nieobecności. Westchnęłam i lekko się wzdrygnęłam. Dopiero wtedy zauważyłam, że Cas postawił przede mną talerz z jedzeniem. Nie protestowałam, w końcu długo nie jadłam. Sam usiadł na przeciwko mnie z własnym talerzem. Kiwnęliśmy sobie tylko głowami w ramach "smacznego" i oboje zaczęliśmy jeść. Nastała kompletna cisza. Żadne z nas nie próbowało się odezwać przez dłuższy czas. Co jakiś czas zawieszałam na nim wzrok zastanawiając się czy odezwać się czy nie, ale on zrobił to pierwszy.
- W sobotę jest ten koncert na który chciałaś iść. - powiedział, ja pokiwałam głową.
- A jest...? - zapytałam.
(( Rysunek mojego autorstwa. Oto Anabelle proszę państwa. ))

- Czwartek. - zaśmiał się pod nosem. - Na drugi raz jak zamierzasz przespać pół tygodnia to uprzedź.
Sama też się zaśmiałam. Nie miałam pojęcia, że to tak wyjdzie, naprawdę. Ale nie miałam ochoty się budzić. Zasnęłam w tak cudownym nastroju, w tym, którego nigdy nie czułam.
- Tak właściwie... - właśnie coś sobie uświadomiłam. - Skąd wiedziałeś kiedy się obudzę? - zapytałam. Nie gotowałby bez powodu.
- Przez pierwsze półtora dnia praktycznie się nie ruszałaś. Zastanawiałem się czy w ogóle żyjesz. Lys i Roza tu byli. Skubana chciała wezwać karetkę. - mówił. Wywrócił oczami. - Ale dzisiaj już dość mocno się wierciłaś, to stwierdziłem, że pewnie niedługo wstaniesz. - wzruszył ramionami. Pokiwałam głową.
- A przejmujesz się tym bo..? - dopytywałam.
- Przymknij się dziewczynko, bo jeszcze zmienię zdanie. - warknął. Zaśmiałam się pod nosem. Cały Castiel.
- No nie mów, że się martwisz. - zakpiłam. - Uważaj, bo jeszcze się nabiorę. - Czerwonowłosy spojrzał na mnie takim wzrokiem jakby ledwo się powstrzymywał przed przyłożeniem mi. Wystawiłam mu język i wróciłam do jedzenia. Spojrzałam na blat. - Straszny syf tu zrobiłeś.
- Ale przynajmniej masz jedzenie, nie narzekaj. - burknął momentalnie.
- Żeby to jeszcze dobre było, to może... - mruknęłam uśmiechając się złośliwie. To były oczywiście żarty, bo Cas naprawdę dobrze gotował i co lepsze wiedział o tym. Po chwili wstałam, wzięłam swój talerz i skierowałam się w stronę zlewu. Po drodze jednak się zatrzymałam. Obróciłam się w jego stronę, pochyliłam nad nim i pocałowałam go lekko w czubek głowy. - Dzięki, że się mną zająłeś. - powiedziałam. Zabrałam też jego talerz i ruszyłam we wcześniej obranym kierunku. Kątem oka dostrzegłam, że chłopak lekko się zarumienił. Tak wręcz minimalnie, ale od razu odwrócił wzrok w stronę okna.
Urocze.

***

Kolejnego dnia przyszliśmy do szkoły. Od razu usprawiedliwiłam wszystkie nieobecności zanosząc wszystko co potrzeba do Nathaniela. Castiel teoretycznie też powinien to zrobić, ale stwierdził, że ma to głęboko w poważaniu dlatego poszłam sama.
- Aż tak długo cię trzymało? - zapytał blondyn patrząc na to co mu przyniosłam i chowając to do teczki.
- Powiedzmy. - wzruszyłam ramionami. Nie maiłam ochoty mu się tłumaczyć
- I Castiela niby też? - spojrzał na mnie podejrzliwie. Oho, mój panie nie doszukuj się zbyt wielu rzeczy. Wiem, że jesteś spostrzegawczy Nath, ale to trochę za wiele.
- Wiesz jaki on jest. Nie przychodzi sobie kiedy chce. - rzuciłam, a on przytaknął i uśmiechnął się pod nosem. - Nie miałam okazji spytać... Dobrze się bawiłeś?
- Cóż... Można tak powiedzieć. Nie przepadam za takimi głośnymi miejscami, ale nie było najgorzej. - powiedział.
- No to chociaż tyle. - uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Dobra, wracam na lekcje. - powiedziałam wychodząc. Pomachałam do niego jeszcze i ruszyłam pod klasę. Z tego co słyszałam, dzisiaj miało być ogłoszenie odnośnie dalszych planów na ten rok szkolny. Miałam nadzieję, że wymyślili coś ciekawego. Jakąś wycieczkę, cokolwiek. Bylebyśmy się nie nudzili przez kolejne kilka miesięcy. Lubię się uczyć, to fakt, ale jak przyjdzie mi siedzieć tak bez przerwy w ławce to szlag mnie trafi. Chyba, że reszta mojego roku szkolnego będzie wyglądać jak ostatnie tygodnie. Cóż, prędzej mnie stąd wyrzucą, a tego raczej nikt nie chce.
W jednej chwili poczułam delikatne pęknięcie w ramię. Obróciłam się i moim oczom ukazała się Violetta.
- O hej Violu, jak się masz? - zapytałam i uśmiechnęłam się lekko.
- D-Dobrze... Jest w porządku. - odparła odwzajemniając gest. - A... Jak ty się czujesz? Wszystko u ciebie dobrze? - dopytywała.
- Jasne, skąd to pytanie? - odpowiedziałam od razu.
- Cóż... Lysander mówił, ze coś jest nie tak. Podobno bardzo długo spałaś i nikt nie wiedział co się dzieje. Martwiłam się trochę... - z każdym zdaniem mówiła ciszej. - Jak wszyscy...
Od razu uśmiechnęłam się cieplej. Dobroć tej dziewczyny była wręcz rozczulająca, była przeurocza.
- Nic mi nie jest, nie martw się. Po prostu potrzebowałam dłuższej drzemki. - puściłam jej oczko na co ona lekko się uśmiechnęła.
- No tak... Jasne, rozumiem. Najważniejsze, że wszystko dobrze. - przytuliłam ją delikatnie co odwzajemniła, choć na początku chyba trochę się wahała i wtedy zadzwonił dzwonek.

***

- A więc wycieczka, dni otwarte, bal i jeszcze tryliard innych, drobniejszych rzeczy po drodze... - wymieniała Rozalia stojąc na środku klasy. Zaangażowała się w organizację wydarzeń szkolnych, nie dziwne więc, że jest tego tyle. Innymi słowy ten rok szkolny nudny nie będzie.
- A co najpierw? - zapytałam opierając głowę o rękę.
- Wycieczka. - powiedział pan Farazowski. Miałam zapytać jeszcze o parę rzeczy, ale mnie uprzedził. - Odpowiadając na wszystkie dodatkowe pytania. Do lasu, nad jezioro, na kilka dni. I najprawdopodobniej za dwa tygodnie, może mniej. Wszystko do ustalenia. Będziecie mieszkać w niedużych, wolno stojących domkach.
Właściwie pomysł był niczego sobie. Nie jest jeszcze na tyle zimno żeby się czymś martwić, może nawet pływać będzie się dało, jak się uprze. Lubiłam ogniska i inne rzeczy tego pokroju. I szczerze? Nie mogłam się doczekać. Choć nieco martwiłam się faktem, że będę musiała się bardzo pilnować. Jak zobaczą mnie w złym stanie to ciężko będzie mi odpowiadać na pytania...
A to będzie dość... Problematyczne.
- Szkoda, że nie można mieć mieszanych domków. - usłyszałam jak Castiel szepcze mi do ucha. Dreszcz przeszedł mi po plecach.
- Mało nocy spędziliśmy w jednym łóżku? Uspokój lepiej swoją chcicę bo odwróci się to przeciwko tobie. - prychnęłam.
- No nie mów, że za tym nie tęsknisz. - zaśmiał się pod nosem.
- To nie ja w tej chwili pierdolę o mieszanych domkach. - wywróciłam oczami i pacnęłam go w ramię, ale mimo wszystko uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak ostatecznie się odsunął, ale ten zawadiacki uśmieszek nie schodził mu z twarzy. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać nad naszą relacją. Jak to jest między nami? Nie jesteśmy parą, to na pewno. Żadne pocałunki, ani tym bardziej seks tu w grę nie wchodzi. Zastanawiało mnie jednak to, na jakim poziomie "przyjaźni", jeśli można było to tak nazwać, jesteśmy. Prawda jest taka, że za dużo o sobie nawzajem nie wiedzieliśmy. Ten wyjazd zapewne będzie dobrą do tego okazją. W każdym razie między nami nie było źle. Chłopak mimo wszystko wiedział o mnie więcej niż większość tej bandy w okół mnie, choć nadal było to niewiele. Może jeszcze ewentualnie Lysander... Za dużo widział. Ale on nie jest raczej typem, który miał by komuś o tym mówić. A zresztą, pewnie i tak zapomniał. Ta cała jego słynna "pamięć" robiła furorę w całym liceum.
Ale wracając do sytuacji. Nie było tak źle. Tak czy inaczej, nie mogłam pokazywać za dużo, to nigdy nie jest bezpieczne rozwiązanie. Już i tak wiedzą więcej niż powinni.

***

Po zakończonej lekcji skierowałam się do wyjścia z klasy, gdy nagle poczułam szarpnięcie za ramię i zostałam z powrotem wciągnięta do pomieszczenia.
- Co jest kurw... - nie dokończyłam. Obróciłam się i moim oczom ukazała się wytapetowana blondyneczka. Jak jej tam było...? Agnes? A...? A nie, chyba Amber. Spojrzałam na nią spokojnym wzrokiem i czekałam na to co miała do powiedzenia. Uśmiechnęłam się pod nosem, skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej. Przyglądała mi się, a przez jej twarz przebiegła seria emocji. Nie do końca chyba wiedziała jakie podejście ma do mnie obrać. Cóż, nie znała mnie. Chyba nawet ani razu nie zamieniłam z nią zdania. Słyszałam opinie ludzi, poza tym przyglądałam się jej i to mi wystarczyło. A na marginesie, cóż, nic na mnie nie miała.
- Co ty sobie wyobrażasz, co? - rzuciła się w jednej chwili. A może jednak..? Czekała aż odpowiem, ale ja nadal milczałam. No mów, czekam. Gadaj co masz do powiedzenia. - mówiłam sobie w głowie. - Pojawiasz się znikąd i nagle Castiel zaczyna biegać w okół ciebie jakby poza tobą świata nie widział. Zostaw go w spokoju. - terkotała. Oho, ktoś tu jest zazdrosny. Kiwnęłam głową, ale moja twarz wyraźnie wyrażała czysty sarkazm. Jakby wręcz mówiła ironiczne "Fascynujące. Mów dalej.".
Podobny obraz
- Zanim się tu pojawiłaś wszystko było świetnie. I wiesz co? Myślisz że jestem ślepa? Zarywasz do k-a-ż-d-e-g-o chłopaka na jakiego spojrzysz. Jesteś zwykłą szmatą. I powtarzam ci, ale to ostatni raz - Castiel. Jest. Mój. - warknęła. Lustrowałam ją spojrzeniem nadal się nie odzywając. Chyba poczuła się niepewnie. Lekko przymrużyła oczy po czym prychnęła, obróciła się i wyminęła mnie kierując się w stronę wyjścia z sali. "Całkiem przypadkiem" nadepnęła mi obcasem na stopę, szpilką, tak konkretniej. Jednocześnie pchnęła mnie ramieniem. Problem był taki, że chyba nie zauważyła, że mam na sobie inne buty niż się spodziewała. Innymi słowy to ona prawie się wywróciła, a ja nawet jej nie dotknęłam.
- Glany, kochanie. - rzuciłam, uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam z sali zatrzaskując jej drzwi przed nosem.
Sucz.

piątek, 9 czerwca 2017

Rozdział XIII

Spierdoliłaś.

To słowo odbijało się echem po mojej głowie. Zapytał o to, bo mówiłam przez sen. Bo był ciekawy. A ciekawych ludzi niewiele może powstrzymać.
- Jeśli powiem, że nikt, to to nie przejdzie, prawda? - zapytałam starając się wziąć to na siebie w jak najbardziej luzacki sposób. On natomiast siłą powstrzymywał się, żeby mnie teraz nie udusić. Zgromił mnie wzrokiem przez co poczułam się przy nim dziwnie mała. - Dobra, to inaczej. Muszę wyjaśniać ci to teraz? - rzuciłam ale wyraz jego twarzy się nie zmieniał. Westchnęłam. Nie wiedziałam co powiedzieć, chciałam uniknąć tematu i co prawda byłam dobra w omijaniu ich ale teraz... Było to trudne. Zwłaszcza po tym wszystkim co działo się jeszcze godzinę temu. Nie czułam się na tyle dobrze żeby to poruszać. Temat był trudny, a poza tym... Zapomnieć jest łatwiej. - Później. - rzuciłam tylko. Odwróciłam się na pięcie i zanim zdążył mnie złapać byłam już w środku. Zaczęłam szukać znajomych co nie było łatwym zadaniem gdyż wszędzie było mnóstwo ludzi. Castiel też mi przepadł gdzieś w tłumie, a może dalej był na zewnątrz? A kto go tam wie. Przeciskałam się między ludźmi aż wreszcie dostrzegłam Rozalię, która stała przy barze starając się zwrócić na siebie uwagę barmana. Nie odezwałam się, tylko dźgnęłam ją w ramię parę razy żeby się do mnie obróciła.
- Ana! Nareszcie jesteś, już się martwiłam że nie przyjdziesz. Wysłaliśmy po ciebie Castiela, a wiesz jak to z nim, nigdy nie wiesz czy zrobi to co mu mówią. Chociaż w sumie sam chciał, ale to głównie przez to, że nikt nie mógł się do ciebie dodzwonić... I swoją drogą ładnie wyglądasz! - zaczęła mówić długim ciągiem robiąc tylko krótkie przerwy na oddechy. Ja tylko uśmiechałam się przytakując. Mówienie za dużo jakoś mi nie podchodziło, a Roza była już lekko wstawiona, dlatego pozwalałam jej kontynuować. Chciałam żeby zaprowadziła mnie do reszty, ale wolałam poczekać. W końcu udało jej się złapać barmana, zamówiła co trzeba i teraz pozostało nam czekać. Opadłam się łokciami o blat i obróciłam się w stronę tłumu. Szukałam wzrokiem Casa, co nie było łatwe gdyż co chwilę jaskrawe światła biły mi w oczy. Możliwe, że znalazł już resztę, ale mniejsza z nim. On umie się sobą zaopiekować. Ostatecznie gdy napoje były gotowe pomogłam Rozie je zanieść. Nie mam pojęcia jak sama chciała zabrać to wszystko, bo w końcu nikogo razem z nią tu nie było... Więc może to i dobrze, że przyszłam. Wszyscy siedzieli w loży pod ścianą dość nie daleko baru, więc w sumie to z przejściem tam nie było tak źle. Wszyscy ucieszyli się, że przyszłam. Heh, miło z ich strony. Kiwnęłam im głową na przywitanie.
- Dobra, teraz mówić kto co zamawiał. - odezwałam się wreszcie uśmiechając się pod nosem. I nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Zastanawiałam się ile oni tu siedzą i ile zdążyli już wypić... Ale mniejsza z tym. Nie mogłam wyłapać pojedynczych słów przez to wszystko i traciłam już cierpliwość. Hałas klubu już sam w sobie był wystarczająco głośny, a co dopiero gdy oni się darli. - Hej! Cisza! - rzuciłam wreszcie i wszyscy zamilkli. - Po kolei. Już. - zarządziłam i wtedy wszystko zaczęło się dziać jak należy. Rozdałam każdemu co zamawiał i już miałam usiąść, gdy zorientowałam się że Castiel też tam jest. Nie był zbyt zadowolony, ale cóż, co mu poradzę. Już miałam usiąść, kiedy nagle ktoś chwycił mnie za rękę i pociągnął do siebie tak, że wylądowałam na jego kolanach. Armin. No jasne. Zaśmiałam się pod nosem i oparłam się o niego.
- Co, stęskniłeś się za mną? - zapytałam z uśmiechem popijając jednocześnie z kieliszka. Tequila, całkiem niezła swoją drogą.
- Oczywiście, że tak. Nie za wygodnie ci? - zapytał ze śmiechem kiedy próbowałam się jakoś wygodnie ułożyć. Pił. Ale na razie dawał radę.
- Zawsze i wszędzie. - powiedziałam. - A powiedz co cię skłoniło do wyjścia z domu i porzucenia swojej ukochanej konsoli? - zapytałam. Chłopak natychmiast uniósł rękę i palcem wskazał na swojego brata, siedzącego na drugim końcu loży.
- Najczarniejszy szatan. - powiedział gromiąc go wzrokiem.-  Zabrał mi ją i powiedział, że dostanę po powrocie. Przedłużacz do kabli od komputera też... - mruknął z niesmakiem. Alexy natomiast był w siódmym niebie, zadowolony mrugnął do mnie uśmiechając się szeroko i wrócił do rozmowy z Violettą. Zaraz... Violetta? W takim miejscu? Kto do jasnej cholery zmusił to biedne dziewczę do przyjścia tutaj? Chociaż w sumie... Już pewnie przywykła do hałasu. Siedzą tu zapewne nie wiadomo ile, więc wyglądała na całkiem zadowoloną. Na początku to musiała być jakaś mordęga.
Właściwie takie wyjścia całą paczką były całkiem niezłym pomysłem. Dobre oderwanie się od całej reszty świata, bardzo przydatne.
Gorszy był fakt, że nie czułam tego, ze ci ludzie to moi przyjaciele. Przynajmniej nie wszyscy. Mało się przy nich odzywałam, ale to nie było akurat u mnie nic nowego. Rzadko kiedy ktoś zwracał uwagę na to jak mało o mnie wie. Ważne, że potrafiłam się dobrze bawić. Może po prostu jeszcze za mało z nimi przebywałam? Nie przywykłam jeszcze... Tak, to z pewnością to. Nie otwieram się przed nimi za bardzo. To właściwie bezsensowne, a przynajmniej praktycznie na początku znajomości. Lepiej dmuchać na zimne, jeszcze nie znam ich... Aż tak. Musiałam być ostrożna i się nie zapominać.

***

Siedzieliśmy tam parę godzin, a czas naprawdę leciał jak szalony. I jutro mieliśmy iść do szkoły? No jasne, nie będzie najmniej połowy z nas. Ciężko będzie wytrzeźwieć po tym ile wypiliśmy, a przynajmniej niektórym. Ja starałam się mimo wszystko nie przesadzać, ale fakt faktem głowę miałam mocną. Większość z nas bawiła się przednio, Cas był przez jakiś czas nieco przygaszony, ale przeszło mu nawet szybko. Alkohol robił swoje. Dużo rozmawialiśmy, dzięki czemu dowiedziałam się mnóstwo... Rzeczy... O których zwyczajnie bym ich nie przypuszczała. Trochę potańczyliśmy, czego właściwie nie lubię ale dziewczyny wyciągnęły mnie na parkiet. Cóż, jak chciałam to umiałam się ruszać, a że ciągle czułam na sobie wzrok Castiela siedzącego kilka metrów dalej, robiłam wszystko żeby eksponować moje ciało. Tak, niech sobie chuj patrzy i się podnieca. Pierdolony zboczeniec. Co nie zmienia tego, że gdzieś głęboko chyba chciałam mu się podobać. Co jakiś czas zerkałam też na innych chłopaków. Nathaniel przyglądał się na zmianę mi i Casowi. Poważnie myślał że tego nie widać? Jak gromi czerwonowłosego lodowatym spojrzeniem... Niesamowite jak bardzo miły wobec wszystkich potrafił być, ale Castiela to nienawidził całym sercem. Zaśmiałam się pod nosem. Ogólnie sam fakt, że Nath tu był, był zaskakujący. Bardziej spodziewałam się tego, że będzie siedzieć w domu z nosem w książkach, albo spać, zwłaszcza że tydzień dopiero się zaczął.
Lysander natomiast nie patrzył na mnie jak Cas czy Nath, co jakiś czas tylko zerkał w stronę moją i reszty dziewczyn uśmiechając się pod nosem. Alexy szczerzył się do mnie, a Armin gdzieś zniknął. Może poszedł po drinki... Nie mam pojęcia,  ale byłam zbyt zajęta żeby się nad tym zastanawiać. Nagle jednak poczułam czyjąś rękę na swoim biodrze, a gdy tylko się odwróciłam by sprawdzić kim jest ta osoba i ewentualnie coś jej nagadać moim oczom ukazał się Castiel. W jednej chwili przyciągnął mnie do siebie trzymając mocno za biodra.
- Dobrze się bawisz? - rzucił z ironią. Mimowolnie oblałam się lekkim rumieńcem, ale całe szczęście raczej nie było tego widać. A przynajmniej mam nadzieję, że światła klubu tego nie pokazały.
- Świetnie, a nie widać? - odpowiedziałam pukając go w klatkę piersiową palcem. - Ty chyba też. - uśmiechnęłam się cwanie przysuwając się do niego nieco bardziej. Od kiedy jestem taka pewna siebie? Co się się ze mną stało? Ah, no tak, alkohol. Cas w odpowiedzi wbił palce w moje biodra. - Chodź, idziemy po drinki. Trzeba rozbujać tych nudziarzy. - wskazałam palcem wszystkich, którzy siedzieli pod ścianą po czym wydostałam się z uścisku chłopaka i ruszyłam w kierunku baru. Nie sprawdzałam czy za mną idzie, ale gdy tylko dotarłam na miejsce poczułam go za sobą. Oparł się o mnie lekko owijając jedną  rękę wokół mojej talii, a drugą sięgnął po coś po drugiej stronie baru. A raczej udawał że to robi, żeby odwrócić uwagę ludzi wokół od tego co w rzeczywistości próbował robić.
- Teraz już nie uciekniesz... - mruknął pochylając się nad moim karkiem. Ja natomiast postanowiłam go trochę podręczyć. Obróciłam się w jego stronę, i przybliżyłam się do niego jak najbardziej się dało, a nie mógł mi nigdzie uciec gdyż miał za sobą spory tłum. Chwyciłam go jedną ręką za kołnierz koszulki przyciągając go do siebie, a drugą oparłam się o blat za sobą. Zastanawiałam się czy to dobry pomysł traktować go w ten sposób, czy nie wybuchnie, albo cokolwiek. Ale nic się nie stało, wręcz przeciwnie, chyba mu się to spodobało. Olałam wzrok ludzi wokół i jeszcze bardziej do niego przylgnęłam.
- Oh, ktoś tu się chyba za bardzo podniecił. - zachichotałam kiedy ten gromił mnie wzrokiem. Wiedziałam, że go nakręcam i że różnie może się to skończyć, ale brnęłam w to dalej.
- Zamknij się. - rzucił tylko chwytając mnie na nowo za biodra i napierając na mnie. Próbował się przysunąć i mnie pocałować, ale nie pozwalałam mu na to. - Coś ty się dziewczynko nagle taka pewna siebie zrobiła, hm? - warknął.
- Zawsze taka byłam, po prostu jesteś ślepy. - zaśmiałam się i w jednej chwili go puściłam i odwróciłam się by zwrócić na siebie uwagę barmana. Ten przyszedł jak a zawołanie, a ja zaczęłam składać zamówienie. Biedny Cas, zostawiłam go na pastwę własnych zboczeń... Dobrze mu tak. Wymieniłam alkohole po czym rzuciłam okiem za siebie. Castiel gromił mnie zmieszanym wzrokiem połączonym z wściekłością i niepewnością. Właśnie coś takiego chciałam uzyskać. Po chwili podano mi drinki a ja tylko jednym spojrzeniem pokazałam chłopakowi ze ma mi pomóc i momentalnie to zrobił. Dość niechętnie, ale zrobił. Wróciliśmy do rozbawionego towarzystwa i zaczęliśmy rozdawać napoje.
Szczerze? Nie wiem co we mnie wstąpiło. To pewnie przez alkohol, normalnie nie zachowywałam się tak jak chwilę temu przy barze. Obym się szybko ogarnęła, bo źle się to skończy...

***

Co działo się później? Cóż, wypiliśmy jeszcze trochę... Niektórzy mniej, niektórzy więcej. Nawet Armin w tym czasie zdążył się znaleźć. Był taki jakiś dziwnie zadowolony... Oh, no proszę, a co to za ślady szminki na szyi? Hah, no ładnie ładnie. Tego bym się po nim nie spodziewała. Albo jednak? On chyba ostatecznie był najbardziej wstawiony z nas wszystkich. Chociaż właściwie nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale zachowywał się zupełnie jak nie on. Może pomijając moment, w którym wybuchnął płaczem bo chciał swoją konsolę i musieliśmy go uspokajać... Ale całkiem się trzymał.
Ostatecznie koło trzeciej nad ranem wyszliśmy stamtąd, śpiewając, wrzeszcząc i tańcząc na ulicy. Zakłócaliśmy ciszę nocną jak się tylko dało i do tej pory się dziwię, że nikt nie zadzwonił na policję. Z tego co zauważyłam, to byłam jedną z najlepiej trzymających się osób. A tak naprawdę wcale nie wypiłam mało. Castiel, oczywiście dzięki doświadczeniu trzymał się na nogach, jak należało. Alexy chyba nie wypił jakoś sporo, bo trzymał się też całkiem nieźle. To samo tyczyło się Lysa. No i oczywiście Leo był w podobnym stanie co ja. Reszta... Jak to reszta, trzymali się średnio, albo wcale. Po jakimś czasie takiego chodzenia przed siebie zauważyłam wzgórze. Dość spore, ale tam moglibyśmy w spokoju posiedzieć, a żadne z nas do domu się nie wybierało...
- Chodźmy tam. - rzuciłam ruszając pod górę rzucając tylko jednym spojrzeniem na resztę. Spotkałam się z głośnymi protestami. Właściwie bardzo głośnymi, niektórzy strasznie się wydzierali... Ale ostatecznie wszyscy się zgodzili. Chyba tylko Rozalia wciąż jęczała, aż Leo ostatecznie musiał wziąć ją na plecy i nieść, a wtedy ta zasnęła. Na szczycie oczywiście byłam pierwsza, za mną Lysander. Rozejrzałam się dookoła. Łał. Widok miasta z tej perspektywy i w dodatku nocą był przecudny. Wzięłam głęboki wdech i właśnie wtedy poczułam się tak cudownie spokojna. Niesamowite uczucie. Jakby wszystko co mnie martwiło po prostu odeszło i pozwoliło mi cieszyć się tym gdzie i z kim jestem, oraz tym co mam przed oczami.
- Niesamowity widok... - rzuciłam właściwie do siebie samej.
- Zapierający dech. - odparł Lys. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się. - Bardzo inspirujący.
- To prawda. - przytaknęłam kiedy odwzajemniał gest. I wtedy spojrzałam w górę, na nocne niebo. Nagle do oczu same napłynęły mi łzy. Nie miałam pojęcia czemu, ale... Rozgwieżdżony nieboskłon był jedną z tych niewielu rzeczy, które naprawdę szczerze kochałam. Mogłabym spędzić całe życie po prostu leżąc i na niego patrząc. Nie pozwoliłam łzom wypłynąć z moich oczu. Zamiast tego zdjęłam koszulę, położyłam ją na mokrej od rosy trawie i usiadłam na niej. Lystander zdjął swój płaszcz i zrobił to samo. Znów spojrzałam w górę i po prostu tak siedziałam gdy reszta znajomych do nas dołączała. Podkuliłam kolana i otoczyłam je ramionami. Zaczęłam szukać gwiazdozbiorów jakie znałam. A znałam ich naprawdę wiele. Interesowałam się tym... Tak właściwie od zawsze. Odkąd byłam bardzo mała kochałam gwiazdy i kosmos całym sercem.
W tamtej chwili ciągle czułam ten dziwny spokój. Ten szczęśliwy spokój, którego tak bardzo ciągle pragnęłam, a nie mogłam go mieć. I właśnie wtedy znów w moich oczach pojawiły się łzy, tylko tym razem rozpłakałam się naprawdę. Nie ruszyłam głową, dalej patrzyłam w górę, pozwoliłam, żeby spłynęły mi po skroniach. Jakaś część mojej głowy krzyczała, błagała żeby tak już zostało, a inna zapewniała że właśnie tak będzie. Byłam przepełniona ogromną nadzieją. 
Lys też był w swoim świecie, nie chciałam mu przeszkadzać, aż nagle poczułam, że ktoś kładzie mi coś na ramionach. Takie ciepłe... I przyjemne. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na siebie. Miałam na sobie skórzaną kurtkę. No jasne, Castiel. Uśmiechnęłam się lekko i popatrzyłam na niego. Stał nade mną i palił papierosa. Nikt tym razem się do niego nie pruł. Każde z nas było zajęte widokiem, nawet on. Patrzył w górę w zamyśleniu. Obejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że większość towarzystwa leży na ziemi. Część z nich już zasnęła, a część po prostu patrzyła na to co miała nad sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam dobry pomysł, żeby tu przyjść. Dotknęłam lekko wierzchu dłoni czerwonowłosego, żeby zwrócić jego uwagę na siebie. Gdy spojrzał w dół poklepałam ziemię obok siebie dając mu znak żeby usiadł obok. Przytaknął, zgasił papierosa i usiadł, ale inaczej niż się spodziewałam. Usiadł za mną, tak, że byłam między jego nogami. Następnie chwycił mnie za ramię i przyciągnął w swoją stronę bym mogła się o niego oprzeć. Otoczył mnie ramionami w talii i po prostu tak siedział. Pokryłam się lekkim rumieńcem. Cóż... To było dość nieoczekiwane, ale przyjemne. Spojrzałam w górę na jego twarz i już otworzyłam usta żeby coś powiedzieć, ale on mi przerwał.
- Przymknij się i patrz się gdzie patrzyłaś. - rzucił. Ja natomiast zaśmiałam się gdzieś w głowie. Ułożyłam się na nim wygodnie po czym spojrzałam na Lysandra, do którego dołączyła Violetta. Uśmiechnęłam się pod nosem i odwróciłam wzrok patrząc z powrotem na gwiazdy.
Niesamowity, szczęśliwy spokój...
Proszę, niech tak już zostanie.
Błagam.

...

Tik tak.

piątek, 3 lutego 2017

Rozdział XII

Minęło kilka dni i wszystko w miarę wróciło do normy. Na szczęście było spokojnie. Wyprowadziłam się od Castiela, chociaż oczywiście był tego przeciwny. Narzekał i się obrażał, ostatecznie nawet z domu nie chciał mnie wypuścić. No ale nie było wyjścia, musiałam wracać, bo skoro prawie wyzdrowiał to bez problemu mogłam zdjąć mu szwy. Oboje wróciliśmy też do szkoły, bo nie chciałam nawet słyszeć o tym, że się tam nie wybiera. Oczywiście każdy się interesował czemu akurat nas obojga nie było przez tyle czasu. Lysander i Roza milczeli, bo nikt nie miał prawa się dowiedzieć oprócz nich. Zwłaszcza tyczyło się to Amber, wystarczy ze już coś podejrzewała. Ledwo przyszliśmy do szkoły, a tu się okazało, że jeden z zespołów, który uwielbiam będzie mieć za niedługo koncert w naszym mieście.
A właśnie, wspominałam już, że Armin i Alexy są ze mną w klasie? Nie? Nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie tak jest i szczerze, jestem naprawdę szczęśliwa z tego powodu. Może chociaż teraz uda mi się z nimi naprawdę blisko poznać. Wracając, wszystkim spodobał się pomysł na wspólny wypad na ten koncert. Szczerze, naprawdę nie mogę się doczekać. Mimo wszystko mój humor był dzisiaj w marnym stanie, jakoś tak wyszło. Chyba powrót do domu nie zadziałał na mnie zbyt dobrze.
Tak czy inaczej nadeszła pora rozstania ze znajomymi, koniec dnia, trzeba wrócić do siebie. Cas chyba gdzieś się spieszył,  bo nawet go nie zauważyłam kiedy wychodził. No cóż, najwyraźniej miał coś do załatwienia, więc pozostało mi wrócić do domu sama. Droga minęła mi bardzo szybko, jedynym problemem była temperatura, która w ciągu ostatnich kilku dni znacznie spadła, dlatego było chłodno. No cóż, takie uroki jesieni. Mimo wszystko to nadal moja ukochana pora roku, tak było chyba od zawsze. Jesień jest bardzo kolorowa, sprawiająca, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech, a jednocześnie cholernie depresyjna, co ma na mnie bardzo zły wpływ. Jednocześnie ją kocham jak i nienawidzę, heh. Wróciłam do domu, weszłam do środka trzaskając drzwiami. To nie było specjalnie, wina przeciągu. Rozejrzałam się po przedpokoju. Cóż... Byłam sama. Znowu. Jak zwykle. Zdjęłam buty i skierowałam się do kuchni by zrobić sobie herbatę. Tak herbata dobrze mi zrobi... Nalałam wody do czajnika i położyłam go na palącym się już gazie. Wyjęłam z szafki mój ulubiony kubek z postaciami z mojej ulubionej gry i wrzuciłam torebkę z herbatą do środka. Usiadłam przy stoliku pod oknem i wyjrzałam za nie. Nad miastem wisiały czarne chmury, zbierało się na deszcz. Wiatr powoli zaczął poruszać kolorowymi koronami drzew, a liście stopniowo zaczęły z nich opadać. Miałam stąd doskonały widok na park, widziałam tam jakąś kobietę z dzieckiem. Bardzo się spieszyli, zapewne chcąc uciec przed burzą. Westchnęłam. Ludzie mówią, że kochają deszcz. Że kochają wiatr. Że kochają burzę i błyskawice. Ale tak naprawdę przed nią uciekają. Uciekają przed deszczem, bo boją się, że zmokną. Uciekają przed wiatrem, bo boją się, że zacznie nimi rzucać i stracą kontrolę, bo jest nieprzyjemny. Uciekają przed burzą, bo boją się błyskawic, są wstanie oglądać je tylko zza okien własnych domów.
Nie bez powodu ludzie boją się wysokości.
Po prostu nie chcą spaść.
Ale sam widok jest cudowny.
Nagle usłyszałam dźwięk gwizdka. No ładnie, znowu się zamyśliłam. Westchnęłam podnosząc się z miejsca. Wzięłam czajnik zalewając herbatę, dosypałam cukru, wymieszałam i ruszyłam na górę do swojego pokoju. Rzuciłam torbę gdzieś w kąt. Chyba nie zadali nam za dużo, na szczęście. Położyłam kubek na stoliku i zaczęłam przebierać się w jakieś luźniejsze, ciepłe rzeczy. Założyłam na siebie o wiele za duży, ciemny, wełniany sweter i czarne getry do tego, a następnie rzuciłam się na łóżko. Herbata i tak musiała ostygnąć, dlatego po prostu leżałam. Nie sprawdzałam telefonu, bo wiedziałam, że i tak nikt nie dzwonił, ani nie pisał. Przecież bym słyszała. Zamknęłam oczy. A może by się zdrzemnąć? To właściwie nie taki najgorszy pomysł...
Tik tak.
Zaczęłam wsłuchiwać się w tykanie zegara.
Tik tak.
Nie miałam ochoty nawet włączyć muzyki.
Tik tak.
Wszędzie kompletna cisza...
Tik tak.
Zupełna cisza...
Tik tak.
Nie męczy cię to?
W sensie?
Tik tak.
Ta cisza. Jest trochę denerwująca.
Tylko trochę...
Tik tak.
A nie powinnaś przypadkiem słuchać muzyki? Przecież od tego zawsze ci lepiej.
Nie... Nie chcę...
Tik tak.
Tik. Tak.
Tik... Tak...
Otworzyłam oczy uświadamiając, a raczej przypominając sobie jedną rzecz. Czemu nie słucham muzyki? Bo siedzę w kompletnej ciszy. A robię to tylko wtedy... Kiedy jest naprawdę źle. Kiedy jestem cholernie smutna. Nie słucham niczego ani smutnego, ani wesołego. Siedzę w cholernej ciszy. Podniosłam się do siadu i spojrzałam za okno. Nagle poczułam, że wszystko jest... Ciężkie. Moje ciało jest ciężkie, powietrze, mój oddech, wszystko. Obróciłam głowę w stronę szafki, sięgnęłam ręką otwierając szufladę. Zaczęłam grzebać szukając pudełka, lub saszetki, w której jeszcze by coś zostało. Ale nie było już nic. Nie wiedziałam co dalej. Znalazłam receptę, ale... Tak bardzo nie miałam siły wstać i ruszyć do apteki. Nie miałam siły żeby cokolwiek zrobić. Nikogo nie było... Znowu... Nie poradzę sobie sama. Zacisnęłam kartę w ręce. Opadłam na poduszki i podkuliłam nogi obracając się na bok. Czułam, że oczy robią mi się mokre, ale nie mogłam nic na to poradzić. W tamtej chwili chciałam tylko zasnąć i nie budzić się przez kolejne tysiąc lat.

***

Nie mam pojęcia jak długo tak spałam. Obudziło mnie walenie deszczu w szyby. No tak, burza. Było już prawie całkiem ciemno, ale i tak nie miałam najmniejszej ochoty wstać. Nadal nie czułam się dobrze, w dodatku rozbolała mnie głowa. Nagle dostrzegłam, że byłam przykryta kocem, ale nie zastanawiałam się za bardzo jak to się stało. I to wcale nie tak, że wcześniej leżał na drugim końcu pokoju, nie nie. To przecież bez znaczenia. Przewróciłam się na drugi bok i wgapiłam wzrok w szybę.
- Obudziłaś się..? - usłyszałam znajomy głos. Lekko się wzdrygnęłam. Co do cholery..? Przecież byłam sama. A może to znowu moja głowa płata mi figle? Ale nie, to tym razem nie było to. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po pokoju. Na podłodze obok szafy siedział nie kto inny jak Castiel. Nie wiedziałam czy mi się to śni, dlatego uszczypnęłam się raz. Ale to nie był sen. I właściwie... Wcale mnie to nie zdziwiło. Tylko on jest takim jełopem, żeby włamać się do mojego domu. Powinnam teraz na niego nawrzeszczeć, albo dać mu kopa w tyłek, ale nie miałam najmniejszej ochoty wstać. Patrzyłam tak na niego tępym wzrokiem i nagle zorientowałam się, że nie odpowiedziałam na pytanie. Wzruszyłam ramionami i opuściłam głowę z powrotem na poduszkę. W sumie przecież ślepy nie był, chyba widział, że nie śpię. - Strasznie długo spałaś. - rzucił podnosząc się z podłogi i podchodząc do łóżka. - Wszystko okej? - zapytał na co ponownie wzruszyłam ramionami i obróciłam się do niego plecami. Spojrzałam na szafkę, na której zobaczyłam niewielką siateczkę z paroma pudełkami. Zaczęłam układać sobie w głowie co to może być i skąd się tu wzięło. Dopiero w tej chwili pojęłam, że nie trzymam w ręce recepty, którą wyjmowałam z szuflady. Chłopak zauważył, że patrzę na pudełka znajdujące się wewnątrz torby. - Miałaś... Receptę w ręce. Nie wiem na co te leki, ale myślałem, że się przydadzą jak zobaczyłem puste pudełka... - mówił wskazując ruchem dłoni na zamkniętą już szufladę. Westchnęłam. Ważne, że nie wie po co są.
- Dzięki... - udało mi się mruknąć lekko zachrypniętym głosem. Lepsze to niż całkowite nieodzywanie się, wcześniej wcale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. To właściwie miłe z jego strony. Podniosłam się do siadu. Głowa nadal mnie bolała, ale dzięki temu, że miałam towarzystwo chyba czułam się nieco lepiej. Oparłam się plecami o ścianę. Wzięłam wcześniej niewypitą herbatę, która już dawno ostygła i teraz była okropnie zimna. Sięgnęłam do siatki po jedno z pudełek. Tak, to było to czego potrzebowałam... Odkręciłam wieczko i wyjęłam tabletkę. Połknęłam ją i popiłam wodą. Od razu zniknęła mi suchość w gardle, teraz muszę czekać aż to zacznie działać. Cas usiadł na łóżku obok mnie i oboje zaczęliśmy się na siebie gapić. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem jakbyśmy widzieli się pierwszy raz w życiu. A przecież wcale tak nie było. Oczywiście dla niego to była nowa sytuacja, a i tak przecież prawie nic nie wie.
- Powiesz mi po co ci one? - zapytał po chwili ciszy. Z początku się nie odezwałam. Po co mu  to wiedzieć, jeszcze komuś powie, nie wiadomo co z tym zrobi. Lepiej niech to zostanie tylko dla mnie.
- Leki na ból głowy, sen i inne pierdoły. Są mocne, dlatego na receptę. Normalnie ci tego nie sprzedadzą. - skłamałam. Ale cóż, tak trzeba. On z początku przyglądał mi się tylko całkowicie milcząc. Ja natomiast skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i wtedy przytaknął. Zachowywał się nieco inaczej, jakby wiedział za dużo. Bo pewnie tak było. Nie wiem co się działo przez ostatnie kilka godzin, ale to mało ważne. Miło z jego strony, że tu był... Tego w tej chwili było mi trzeba. Chciałam gdzieś iść, ruszyć się z domu bo nie mogłam tu dłużej siedzieć. Im więcej minut minęło tym właściwie lepiej się czułam. Chciałam jeszcze tylko wyjść na świeże powietrze...
- Castiel... - zaczęłam i spojrzałam za okno. Przestało padać. - Chodźmy gdzieś. - rzuciłam jak gdyby nigdy nic. - Gdziekolwiek. - dodałam jeszcze.
- Właściwie to po to przyszedłem... - uśmiechnął się pod nosem. - Idziemy się zabawić. Wszyscy. - wstał i wyciągnął do mnie rękę, żeby pomóc mi wstać. - Rusz dupę, przebierz się i wychodzimy.
W odpowiedzi się zaśmiałam. Tak, tego zdecydowanie było mi trzeba. Chwyciłam jego rękę i podniosłam się z łóżka. Gdy wypełzłam spod koca poczułam lekki chłód i od razu miałam ochotę wrócić do ciepłego łóżka, ale to chyba nie byłoby dobre rozwiązanie.
- Już, przebiorę się pod warunkiem że wyjdziesz. - rzuciłam podchodząc do szafy, ale chłopak najwyraźniej nie miał zamiaru nigdzie iść. - Wyjdź bo się za bardzo podniecasz moim widokiem. - powiedziałam kpiąco, ale on nadal nie reagował tylko uśmiechał się cwanie, jak zawsze. Traciłam już cierpliwość, dlatego chwyciłam go za kołnierz i zaciągnęłam go do drzwi. Otworzyłam je i wypchnęłam gnoja na korytarz. - A TERAZ SPIERDALAJ. - Odwróciłam się, zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem i otworzyłam szafę. Zaczęłam szukać czegoś dobrego...
Po dłuższej chwili wyszłam z pokoju ubrana w czarne, cienkie rajstopy, zwiewną sukienkę w tym samym kolorze i na to koszulę w granatowo-czerwono-białą kratkę, oczywiście rozpiętą, poza tym była o wiele za duża i przede wszystkim luźna,ale tak samo ciepła, więc może nie zmarznę. Do tego jeszcze dołożyłam czarne glany, multum bransoletek, rozpuściłam włosy no i oczywiście poprawiłam makijaż i wszystko było gotowe. Spojrzałam na Casa, który ewidentnie był zadowolony z widoku jaki miał przed sobą.
- No, no, ładnie się dla mnie wystroiłaś... - rzucił. Ten durny uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
- Jak zawsze zabawny... - wywróciłam oczami i ruszyłam po schodach na dół. - To gdzie idziemy? - zapytałam w międzyczasie.
- Idziemy? Chyba jedziemy... - zanim zrozumiałam sens tych słów otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się motocykl. Spora maszyna, w dodatku niezła z tego co oceniłam na oko.
- No chyba sobie żartujesz... - powiedziałam stając w miejscu. On za to wziął ode mnie klucze i zamknął za nami drzwi.
- A-a, w żadnym razie dziecinko. - rzucił. Kurwa, jak on mnie nazwał?
- Dziecinko? Nie pochlebiaj sobie... - powiedziałam z ironią w głosie, ale i tak się zaśmiałam. To  było takie... Cukierkowe i całkiem mi się spodobało. Ale nie musi o tym wiedzieć. Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę motoru.
- Cas... Zabijesz nas, nie wsiądę na to. - powiedziałam stanowczo, ale nie chciał mnie słuchać.
- Uh, zamknij się i zaufaj mi choć raz w życiu. - warknął tylko po czym usiadł podając mi kask. Rzuciłam mu gniewne spojrzenie. Nie wierzę, że tak mu się daję... Ale chyba już nie było odwrotu. I tak zabrał mi klucze, dureń. Wzięłam kask i założyłam na głowę.
- A ty..? Gdzie masz kask? - zapytałam, ale nie odpowiedział.
- Chwyć się mnie, chyba, że chcesz spaść. - rzucił włączając silnik. Motocykl zawarczał, a ja lekko niepewnie objęłam chłopaka w pasie i oparłam się o jego plecy. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłabym przysiąc, że się uśmiechał, baran. I nagle ruszyliśmy ciągle tylko przyspieszając. Czułam zimny wiatr na ciele, ale to było bardzo przyjemne doznanie. Patrzyłam na drogę, na wszystko co mijaliśmy. Czułam się niesamowicie, to było cudowne. Byłam... Wolna. W końcu mogłam odetchnąć. Pokochałam tę prędkość z jaka jechaliśmy, całe to doznanie. Podróż była krótka, ale dla mnie trwała całe wieki. Była tak przyjemna, że wcale nie chciałam, żeby się kończyła. Zatrzymaliśmy się jednak pod jakimś klubem w mieście, jak się okazało jeszcze w nim nie byłam. Zdjęłam kask jednocześnie puszczając Castiela i dając mu odetchnąć. Byłam bardziej skupiona na uczuciach towarzyszących mi podczas jazdy, niż na tym gdzie i z kim byłam w danej chwili. Musiałam się uśmiechać, bo chłopak to zauważył i od razu to wyłapał. Ale nie dziwne, czułam się wręcz świetnie, a przynajmniej o wiele lepiej niż wcześniej.
- Podobało ci się. - zaśmiał się z lekką drwiną, jakby chciał mi coś udowodnić. Prychnęłam tylko, ale nie zaprzeczyłam, ani w ogóle się nie odezwałam. Zsiadłam z motoru odkładając kask na bok. Zaparkowaliśmy w jakiejś ciemnej uliczce, żeby oczywiście nikt nie zwinął nam sprzętu. Już miałam kierować się do wejścia, kiedy Cas mnie zatrzymał. Chyba coś go męczyło od czasu kiedy byliśmy w domu. Chwycił mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. - Zanim tam pójdziemy... Powiedz mi tylko... - zaczął starając się dobrać odpowiednio słowa, ale średnio mu to szło, dlatego w końcu wypalił: - Kim do jasnej cholery jest Dave..?

No jasne.

Mówiłam przez sen, prawda?

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział XI

Cały dzień byłam nieprzytomna, a raczej tak pół na pół. Trzymałam się na nogach ile mogłam, wszystko po to, żeby jak najlepiej zaopiekować się Casem. Chyba przesadzałam, nie wiem. Ale po prostu chciałam, żeby czuł się jak najlepiej i przez to zapominałam o sobie. Pomogłam chłopakowi wstać i trochę się rozchodzić. Na szczęście wszystko przebiegło po mojej myśli. Szwy się trzymają a sam Castiel czuje się lepiej. Nawet jeśli tego nie mówi, to zwyczajnie to po nim widać. Zdążył się nawet umyć a później oglądaliśmy jakiś film. Podałam mu obiad, odrobiliśmy lekcje i tak minął nam cały dzień. Wieczorem w telewizji leciał jakiś horror, więc siedzieliśmy na kanapie w salonie i oglądaliśmy. Nagle poczułam że znowu robię się senna, ale starałam się to jakoś ominąć, zrobić cokolwiek żeby tego nie czuć.
- Na co masz ochotę na kolację? - zapytałam zerkając na Castiela. On na początku nic nie odpowiedział po czym nagle uśmiechnął się szarmancko i zaśmiał się.
- No nie wiem... A ty jesteś w menu? - zapytał znacznie się do mnie przysuwając, a ja lekko się zarumieniłam, ale również wybuchnęłam śmiechem.
- Chciałbyś. - mruknęłam.
- A żebyś wiedziała. - spojrzał na mnie znacząco, a mnie zaczął robić się już mętlik w głowie. Zresztą, nie ważne, po prostu odpowiedziałam mu śmiechem.
- To jak, zjesz coś, czy nie? - zapytałam.
- Nah, raczej nie... - mruknął w odpowiedzi, ale ja tylko przewróciłam oczami i poszłam do kuchni. Zrobiłam mu hot-doga na kolację i wróciłam z powrotem do salonu kładąc mu talerz na kolanach. Spojrzał na mnie zdziwiony, ale kiwnął głową w formie takiego "Dzięki" i zabrał się za jedzenie. Po jakimś czasie poczułam na sobie jego wzrok, ale się nie odzywałam. Dopiero w momencie w którym zrozumiałam, że trwa to już dłuższą chwilę spojrzałam na Casa.
- Co? Coś nie tak? - zapytałam.
- Nie... - odparł. - Po prostu... Od przedwczoraj nie widziałem żebyś cokolwiek jadła, albo piła... - mruknął.
- Jadłam... - powiedziałam od razu bez zastanowienia. Byłam taka zmęczona, że nawet nie zastanawiałam się nad sensem tamtych słów. Praktycznie spałam na tej kanapie.
- Mhm... Okej. - odparł beznamiętnie. Zapewne nie uwierzył. - Ej, mam zadanie dla ciebie. - rzucił nagle.
- Hm? - spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
- Zamknij oczy na dziesięć sekund. - powiedział od razu, a mnie zatkało. Nie wiedziałam co kombinuje, ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, to natychmiast zasnę, A tego chciałam uniknąć.
- Ale...
- Zamykaj, no czego się boisz? - zapytał.
- Ciebie. - rzuciłam pół żartem, pół serio po czym się zaśmiałam.
- Zamykaj, bo nie ręczę. - powiedział twardo, Widocznie nie miałam nic do gadania, więc posłusznie to zrobiłam i starałam się nie zasnąć. Ale na nie wiele to się zdało, Pięć sekund później już zupełnie spałam...


***

[Castiel]

Wiedziałem że tak będzie. Obserwowałem Anę przez cały dzisiejszy dzień. Dobrze wiedziałem, że się zamęcza, że nie śpi i że zapewne też nie je. Trzeba było coś zrobić, cokolwiek żeby się nie przemęczyła i nie padła w którymś momencie, bo zauważyłem, że zaczyna ostro przeginać. Zupełnie zapomniała o własnej osobie, a tego robić nie powinna. Na szczęście udało mi się załatwić to podstępem i dziewczynie udało się zasnąć... No proszę, kto by się spodziewał, że role w końcu się odwrócą i to ja będę musiał jej pilnować żeby jadła i spała. Musi spełniać podstawowe wymagania organizmu, bo inaczej sobie nie poradzi. Głupia... Po jaką cholerę ona to robi? Westchnąłem po czym podniosłem się z kanapy. Anabelle spała na siedząco, co oczywiście było do przewidzenia. Wziąłem ją na ręce, co wcale nie było łatwe, bo bolał mnie bok i ramię zresztą też i zaniosłem ją do łóżka. Oczywiście sam też się położyłem, bo było już dość późno, zresztą, jutro będę musiał wstać wcześniej. Ale nie mogłem zasnąć. tylko leżałem opierając głowę o rękę i patrząc na dziewczynę, która leżała obok mnie. Nie mogłem oderwać od niej wzroku za nic w świecie. Bawiłem się tylko kosmkiem jej włosów i przyglądałem jej się ile mogłem. Rzadko kiedy miałem okazję tak dobrze się jej przyjrzeć, a szczerze mówiąc nie wiem co mnie naszło żeby to robić. Po prostu... Nie umiałem przestać... Ona zupełnie poprzewracała mi w głowie. Nie wiem co czuję, co robię, co myślę. Tak bardzo... Chciałbym ją mieć, chciałbym żeby była moja. Żeby nikt mi jej do kurwy nędzy nie odebrał. Nie wiem dlaczego poświęca mi tyle uwagi, czemu dalej tu jest? Czemu nie uciekła i nie zostawiła mnie dawno temu, tak jak powinna? Zrobiłem jej pieprzoną krzywdę a ona nic, nic do jasnej cholery ją nie ruszyło. Dalej tu sterczy głupia idiotka... A ja wiem, że stanie się jakaś pierdoła prędzej czy później. I wtedy odejdzie. Przez to wszystko nie mogłem zasnąć... Podniosłem się, otworzyłem okno na oścież i usiadłem z powrotem na brzegu łóżka jednocześnie odpalając papierosa.
Pierwszy raz czułem coś takiego. Nie ważne jak duże świństwa robię, ona i tak dalej tu jest, poświęca mi swój czas zamiast chodzić do szkoły i jeszcze marnuje przy tym własne zdrowie. Nie mam pojęcia co ona próbuje osiągnąć... Naprawdę mocno się zaciągnąłem po czym wypuściłem dym z ust. Jeszcze raz spojrzałem na Anę. Wyglądała tak... Spokojnie. Nie umiem określić co czułem kiedy tak na nią patrzyłem, ale do głowy przychodziło mi milion  myśli na raz. Żadna dziewczyna nigdy nie poświęcała mi aż tyle uwagi. Nie chodzi o samo zwracanie uwagi na moją osobę, bo tego mi nie brakuje. Po prostu... Nikt nie starał się być... Bliżej. Żadna dziewczyna nie starała się aż tak ze mną zaprzyjaźnić czy cokolwiek to było. Nawet Debra... Ale.... Nie będę porównywał Anabelle do... Niej, bo to byłoby przegięcie. Ona przestała dla mnie istnieć.
Nagle w pokoju zrobiło się chłodno i zauważyłem, że Ana zaczęła się niespokojnie wiercić i lekko drżeć, dlatego zgasiłem niedopałek i zamknąłem okno. Położyłem się z powrotem do łóżka nakrywając dziewczynę kocem, siebie zresztą też.
- Dobranoc mała... - mruknąłem tylko i zamknąłem oczy zapadając w głęboki sen.

***

Cudem obudziłem się przed Anabelle, ale na szczęście dzisiaj przyszło jej pospać dłuzej. Zrobiłem śniadanie, bo to wcale nie jest tak, że nie potrafię gotować, bo potrafię. Po prostu mi się nie chce, dlatego zawsze zamawiam. Zrobiłem jajecznicę i tosty oraz kawę i zaniosłem do pokoju w którym dziewczyna wciąż spała. Położyłem tacę z jedzeniem na stoliku po czym szturchnąłem dziewczynę w bok.
- Wstawaj... - mruknąłem ponuro dźgając ją dalej.
- Mhm... - mruknęła tylko na początku i obróciła się na drugi bok, ale nie minęła długa chwila i nagle zerwała się do siadu przecierając oczy. - Co? Która godzina? Zaspałam... - zaczęła mamrotać pod nosem i już próbowała wstać, ale jej nie pozwoliłem.
- Siedź tu. - rzuciłem patrząc na nią ostrym spojrzeniem.
- Ale Cas... Muszę zrobić śniadanie i ogarnąć... - zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.
- Przymknij się. - warknąłem kładąc jej tacę na kolanach. - I jedz. I nie próbuj mówić że nie jesteś głodna... - rzuciłem i usiadłem obok.
- Ale czekaj... A ty... - znów starała się coś powiedzieć.
- Jadłem już, naprawdę nie denerwuj mnie tylko jedz do jasnej cholery. - powiedziałem w końcu, a ona posłusznie przestała mówić i zaczęła jeść. Nie odrywałem od niej wzroku nawet na chwilę, ale ona ciągle patrzyła to w talerz, to na podłogę. Dopiero po dłuższej chwili się odezwała i spojrzała w moją stronę.
- Przepraszam... Zasnęłam... nawet nie wiem kiedy... - mamrotała pod nosem cały czas, a to robiło się nie do zniesienia.
- Przestań kurwa, naprawdę. Nie dość że się mną przejmujesz to jeszcze mnie przepraszasz za taką pierdołę! - nie wytrzymałem i podniosłem się z miejsca. - Myślisz że jestem głupi i nie widzę, że nie śpisz i nie jesz bo się mną zajmujesz? Naprawdę zacznij kurwa myśleć o sobie, a nie tylko o innych. - nie mogłem tak dłużej stać, więc po prostu wyszedłem z pokoju. Chyba znów mnie trochę poniosło...

***

[Anabelle]

Siedziałam na łóżku z tacą na kolanach i nie mogąc się ruszyć. Zupełnie mnie zatkało i nie wiedziałam co mam zrobić. Castiel musiał się nieźle wkurzyć, to było widać. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to co się stało... Znowu przestałam się sobą przejmować i zatraciłam się w głupiej opiece nad drugą osobą... Ah... Ale jestem głupia. Westchnęłam po czym wzięłam się do jedzenia, bo wiedziałam, że Cas pewnie nie chciał mnie widzieć póki nie zjem. Zresztą i tak bym to zrobiła, bo byłam potwornie głodna. Szczerze mówiąc, smakowało mi. Zaczęłam się zastanawiać czemu Castiel nie gotuje, skoro umie. Ale odpowiedź była oczywista. Po prostu był leniwy i wolał zamawiać. Gdy zjadłam w końcu odważyłam się wyjść z pokoju. Weszłam do kuchni, gdzie zastałam chłopaka palącego papierosa przy otwartym oknie. Był odwrócony do mnie plecami, a ja w ogóle bałam się odezwać. Odstawiłam naczynia do zlewu z zamiarem umycia ich później. Obróciłam się w stronę Castiela, ale on wciąż patrzył za okno i nie odezwał się ani słowem. Nie mogłam znieść tej denerwującej ciszy, więc podeszłam do niego i pociągnęłam go za rękaw koszulki, którą miał na sobie.
- Castiel... Nie obrażaj się na mnie. - wypaliłam pierwsze co mi przyszło do głowy. On na początku nie reagował, ale po chwili wypuścił dym z ust i obrócił się w moją stronę. Zmierzył mnie poważnym wzrokiem po czym przewrócił oczami. Spuściłam wzrok, w ogóle nie wiedziałam co powiedzieć. Ale chłopak po chwili mnie pogłaskał jak gdyby nigdy nic.
- Dobra, już, ogarnij się. - rzucił. - I więcej tak nie rób. - dopiero wtedy na niego spojrzałam i przytaknęłam. - A teraz się zbieraj, wychodzimy. - powiedział jeszcze gasząc papierosa.
- Jak to? Gdzie idziemy? - zapytałam zaskoczona.
- Zobaczysz. - powiedział tylko.
- Ale nie możesz... - starałam się mu uświadomić że to nie dobrze żeby gdziekolwiek szedł, ale zmierzył mnie tak groźnym spojrzeniem, że momentalnie się zamknęłam i poszłam do łazienki żeby się umyć i przebrać.

***

Pół godziny później byłam gotowa do wyjścia, Castiel również. Ubrałam się w szary sweter zakładany przez głowę, sięgający mi do ud, czarne spodnie, glany i do tego ciemno-zieloną kurtkę, również sięgającą mi do ud. Włosy splotłam w dwa, luźne warkocze po obu stronach, a na rękach jak zwykle miałam multum bransoletek. Do tego jeszcze czarny naszyjnik z wisiorkiem w kształcie małego księżyca i możemy iść. Gdy tylko wyszłam z łazienki chłopak zlustrował mnie swoim spojrzeniem i uśmiechnął się pod nosem.
- No, ładnie ładnie. - rzucił, a ja również się uśmiechnęłam i razem ruszyliśmy w stronę drzwi. Nie miałam pojęcia dokąd idziemy, ale jak się okazało chłopak zaprowadził mnie do galerii handlowej w naszej okolicy. Powiedział, że idziemy na pizzę, bo przez jeden dzień mam nie gotować, bo mi kategorycznie zabrania, a jemu samemu się nie chce. Teoretycznie mogliśmy zamówić... Ale dotarło do mnie, że pewnie chciał się jakkolwiek wyrwać z domu. W sumie to mu się nie dziwiłam, w końcu od dawna nigdzie nie był. Szliśmy tak powoli kierując się w stronę pizzerii, gdy nagle gdzieś dalej dostrzegliśmy chłopca siedzącego na ławce. Na oko mógł mieć może z cztery, lub pięć lat. Strasznie płakał i wołał swoją mamę. Spojrzałam na Castiela znacząco, ale on chyba sam miał zamiar tam podejść i właśnie tak zrobił. Poszłam za nim i przyglądałam się temu co robi. No cóż, nie spodziewałabym się czegoś takiego po nim, no chyba że chciałby dzieciaka po prostu uciszyć. Natomiast od podszedł do chłopca i spytał jak ma na imię. Mały odpowiedział mu, że ma na imię Charlie i od razu przestał płakać. Ja natomiast przyklęknęłam koło chłopca i powiedziałam żeby poszedł z nami i że znajdziemy jego mamę. Chyba się ucieszył, bo przytaknął i chwycił mnie za rękę po czym grzecznie poszedł z nami. Zaprowadziliśmy go do punktu informacyjnego i poprosiliśmy o wezwanie mamy chłopca przez głośnik i właśnie to się stało. Przypuszczam, że kobieta chyba już długi czas go szukała, bo przybiegła do biura i rozpłakała się na widok synka. Przytuliła go mocno i prosiła, żeby więcej się sam nie oddalał. Potem zaczęła dziękować mi i Castiel'owi za pomoc, a on powiedział tylko: "Na drugi raz pilnuj go, kurwa, lepiej." i skierował się do wyjścia. Wszystkich nas zatkało, mnie, matkę dziecka i wąsatego faceta z biura. Za to chłopiec podniósł oczy na mamę, wytarł nos i powiedział "Frytki". Na to kobieta przytaknęła. Ja jeszcze przeprosiłam ją za zachowanie Casa i powiedziałam im "do widzenia", po czym wybiegłam z biura żeby dogonić chłopaka. On chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać...

sobota, 29 października 2016

Rozdział X

- Alexy?! Ale co ty tutaj robisz? - zawołałam nie mogąc uwierzyć, że to właśnie jego widzę.
- No... Leżę. - zaśmiał się, a ja od razu wyciągnęłam do niego rękę żeby pomóc mu wstać. Kim był dla mnie Alexy? Był... Moim kumplem, ze starej szkoły. Co prawda nie znaliśmy się jakoś specjalnie długo, ale był jedną z niewielu osób, której zdążyłam w miarę zaufać. Czemu? Bo... Był jedną z niewielu osób, która nigdy ale to nigdy mnie nie zawiodła. Bardzo lubiłam i jego i jego barta bliźniaka Armina. Gdyby nie fakt, że się wyprowadziłam mogłaby to być naprawdę ładna przyjaźń. Pewnie dziwi was, że o tym wspomniałam, ale tak właśnie było. Takich ludzi jak on właśnie potrzebowałam. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć.
Gdy tylko się podniósł od razu rzuciłam mu się na szyję.
- Co ty tu robisz? - powtórzyłam praktycznie go dusząc.
- No cóż... Przeprowadziliśmy się, zmieniliśmy liceum, ogólnie parę rzeczy się wydarzyło. - zaśmiał się. - Nawet nie wiesz jak się cieszę że cię widzę. - dodał odwzajemniając uścisk i dodatkowo podnosząc mnie nieco nad ziemię. Ah... Jak mi tego brakowało.
- Wierz mi, wiem aż za dobrze. - uśmiechnęłam się serdecznie. Nigdy o nim nie wspominałam, bo nasza znajomość nie była zbyt długa, ani jakoś za specjalnie głęboka, ale to nie wina nas samych, tylko czasu jaki ze sobą spędziliśmy. Chłopak opuścił mnie na ziemię, a ja pozwoliłam mu odetchnąć. Jak zwykle uśmiechał się tym swoim słodkim uśmiechem. Normalnie biło od niego szczęściem i było to ogromnie zaraźliwe. Własnie dlatego cała sytuacja sprzed kilku minut zupełnie wyleciała mi z głowy. I wszystko byłoby w porządku gdyby ten cholerny telefon nie zadzwonił znowu. Wściekłam się i natychmiast wyjęłam go z kieszeni i rozłączyłam nie patrząc kto to był, ale dobrze znałam odpowiedź.
- Nie odbierzesz? - zapytał niebieskowłosy i spojrzał na mnie z zaciekawieniem przekręcając głowę na bok.
- Nie, to nikt ważny, naprawdę. - uśmiechnęłam się i schowałam telefon z powrotem do kieszeni. Na co on wzruszył ramionami, ale dobrze wiedziałam, że w głębi widzi że coś jest nie tak. Na tyle na ile znałam Alexego zauważyłam, że spostrzega... Więcej, niż zwykli ludzie. Ma ten dar co ja. Wyczuwa więcej uczuć w innych osobach niż można sobie wyobrazić.
- Skoro już się spotkaliśmy, to co powiesz na to, żeby iść na jakąś kawę i ciastko? - zapytał.
- Ciastko? O tak, ja zawsze! - zaśmiałam się.
- A spróbowałabyś się nie zgodzić. - również zaczął się śmiać i poprowadził mnie do pobliskiej kawiarni,

***

I tak właśnie upłynęło mi całe popołudnie i przy okazji wieczór. Alexy nie zmienił się nic a nic, dalej był tym cudownym, fantastycznym i roześmianym chłopakiem, którego znałam wcześniej. Wiele mi opowiedział, co działo się pod moją nieobecność, dlaczego się przeprowadzili i co ogólnie się zmieniło. Ale obiecałam mu, że to zostanie między nami, dlatego pozwólcie, że nie będę tu o tym opowiadać. Skoro tylko ja o tym wiem, to niech tak zostanie. Zaczęło robić się już naprawdę późno i aż sama się sobie dziwiłam że tyle czasu spędziłam na rozmowie z jedną osobą. Ale co ja poradzę, że było nam naprawdę dobrze, bo ta kawiarnia miała niesamowicie przyjemny klimat. Siedzieliśmy na takich mega wygodnych pufach i popijaliśmy czekoladę zajadając ciastka. Normalnie wymarzone popołudnie żeby się odstresować. Co jakiś czas czułam w kieszeni wibrujący telefon, więc musiałam się rozłączać, co było naprawdę denerwujące, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. W końcu trzeba było się zbierać, bo to miejsce miało zostać zamknięte z a 10 minut, a my nawet nie zauważyliśmy, że jest prawie 22. Ostatecznie wygramoliliśmy się na zewnątrz. Było już naprawdę chłodno, a ja głupia, nie wzięłam kurtki. W dodatku byłam w krótkich spodenkach i crop topie, ale przynajmniej miałam bluzę. Nie wiem czemu, ale w dzień nie czułam tego cholernego chłodu. Alexy proponował mi że pożyczy mi swoją kurtkę, ale mu zabroniłam, bo sam by zmarznął. W końcu po raz kolejny poczułam wibracje telefonu i wyciągnęłam go z zamiarem rozłączenia się, ale chłopak był szybszy. Wyrwał mi go i odebrał nie odzywając się. Stał tak chwilę słuchając co mówi osoba po drugiej stronie słuchawki, aż w końcu się rozłączył.
- Chyba... Musisz sobie coś z kimś wyjaśnić. - powiedział tylko. wiedziałam, że to Castiel, bo słyszałam jego głos, ale nie rozumiałam nic z tego co mówi. - Powiedział żebyś wróciła i parę innych rzeczy, ale to chyba nie ode mnie powinnaś to usłyszeć. - patrzył na mnie swoimi różowymi oczami, jakby chciał wyczytać ze mnie wszelkie emocje. A ja nie wiedziałam, co powinnam czuć, jak się zachować. Stałam tak przez chwilę w bezruchu. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę z własnego błędu, że nie powinnam wychodzić od Casa, nawet jeśli bardzo mnie wkurzył. Przecież mogło mu się coś stać.... Ale zaraz, w końcu od czego miał tą swoją dziwkę. Biłam się tak z myślami, ale na szczęście przerwał mi Alexy. - Masz mi coś do powiedzenia? - zapytał udawanym głosem surowego rodzica, albo starszego brata. Mimo, że było to zabawne, nie mogłam się na tym skupić.
- Musimy iść... - powiedziałam chwytając go za rękę i ciągnąc w stronę domu buntownika. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam przecież sprawdzić przynajmniej czy wszystko okej, zresztą zostawiłam go na cały dzień bez kolacji czy czegokolwiek. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego jak duży błąd popełniłam zostawiając go tam i od razu zaczęłam mieć wyrzuty sumienia...

***

Pół godziny później byliśmy już pod domem Castiela. Drzwi oczywiście nie były zamknięte na klucz, więc nie było problemu z wejściem do środka. W całym domu w ogóle nie paliło się światło, więc nie wiedziałam co mam sobie myśleć. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, bo do głowy przychodziły mi same najgorsze scenariusze. Zapaliłam światło w korytarzu, ale wszystko było tak, jak zostawiłam wychodząc. Od razu skierowałam się do pokoju Castiela i otworzyłam drzwi na oścież nawet nie pukając. Światło z przedpokoju dotarło na drugi koniec pomieszczenia, gdzie zobaczyłam chłopaka leżącego na łóżku plecami do drzwi. Na początku się zawahałam, ale po chwili podeszłam do łóżka i położyłam rękę na jego ramieniu. Chciałam tylko sprawdzić czy nic mu nie jest, ale o natychmiast strącił moją rękę. Cholera, coś było nie tak. Obróciłam się z powrotem do drzwi gdzie w progu pokoju stał Alexy. Podeszłam do niego, uściskałam go, a na ucho szepnęłam mu, że dziękuję za dzisiaj i że zobaczymy się niebawem, innymi słowy grzecznie kazałam mu sobie iść. Niebieskowłosy na szczęście od razu zrozumiał i wyszedł na pożegnanie głaskając mnie po głowie.
Zgłosiłam światło, zdjęłam buty, obróciłam się i podeszłam od razu do Casa. Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam się przyglądać czerwonowłosemu.
- Castiel... - wymamrotałam, ale on ani drgnął. Ogromnie gryzły mnie wyrzuty sumienia przez to ze w ogóle nie odbierałam i zostawiłam go tu całkiem samego. Co prawda z tą dziwką, ale ona pewnie też szybko się zmyła. - Wszystko... W porządku? - zapytałam, ale znów zero reakcji. Widziałam wcześniej, że ma otwarte oczy, więc na pewno nie spał, ale musiałam jakoś zadziałać. Problem w tym, że jeśli on będzie się tak zachowywać, to do niczego nie dojdę. W końcu wstałam i już miałam skierować się do wyjścia kiedy poczułam rękę chłopaka na swoim nadgarstku. Wystarczyła jedna chwila i już leżałam koło niego. O nic nie pytając, ani nawet nie odzywając się słowem po prostu mnie przytulił i nie wypuszczał.
- Cas... - zaczęłam.
- Cicho bądź. - przerwał mi, a i tak mnie zatkało. Nie wiedziałam czemu, ale nagle poczułam się niesamowicie dobrze i zrobiło mi się tak ciepło... Ale za każdym razem tak było. Czułam jak jego dłoń jeździ mi po plecach i było to naprawdę przyjemne. Dopiero teraz zaczęłam odczuwać tak ogromne zmęczenie. Nie wiem czemu nie zorientowałam się jak bardzo wykończona jestem.
- Ale... - znów starałam się coś powiedzieć.
- Po prostu śpij. - powiedział twardo. A ja jakoś... Nie miałam siły, żeby mu się sprzeciwić, więc po prostu zamknęłam oczy i zaczęłam zasypiać. Przez sen usłyszałam tylko jakby ciche "Przepraszam...".

***

Nim się obejrzałam był już ranek, obudziłam się dalej będąc w ramionach chłopaka. Popatrzyłam na niego, a ten dureń nie spał, tylko obserwował mnie jak gdyby nigdy nic. Wzdrygnęłam się i poderwałam do siadu. Rozejrzałam się po pokoju.
- Która... Która godzina? - zapytałam.
- Przed 9, wyluzuj, jest wcześnie. - powiedział chłopak dalej nie odrywając ode mnie wzroku. Westchnęłam i przetarłam oczy.
- Akurat, tak ci przypomnę, że to nie ty musisz zrobić obiad i do tego posprzątać... - powiedziałam po czym wstałam, wzięłam ubrania z torby i skierowałam się do łazienki. - Co chcesz na śniadanie? - zapytałam jednocześnie czesząc włosy i wiążąc je w dwa warkocze. Nie usłyszałam jednak odpowiedzi. - Tosty mogą być? - odwróciłam się, a gry chłopak przytaknął wyszłam z pokoju.
Pół godziny później już krążyłam po kuchni ubrana w czarne getry i czarnej bluzie (https://yohstore.com.br/wp-content/uploads/2016/05/East-Knitting-OT-002-harajuku-style-Star-print-hoodies-Skull-Cross-sweatshirts-2015-winter-new-pullover-3.jpg) i robiłam Castielowi tosty z dżemem i jednocześnie zastanawiałam się co zrobić na obiad. Gdy śniadanie było gotowe zaniosłam je chłopakowi do pokoju razem ze szklaną soku pomarańczowego, uśmiechnęłam się na odchodne i wróciłam do kuchni biorąc się do dalszej pracy. Dziś na obiad będzie spaghetti!

***

Wierzcie mi na słowo, że to jak traktowałam tego chłopaka... Nie wiem zwyczajnie skąd to się wzięło. Po prostu czułam, że kogoś potrzebuje. Że to wcale nie jest tak, że on jest chamem bez powodu. Bo to reakcja obronna na ból zadawany przez innych ludzi. Każdy reaguje na to inaczej, jedni płaczą, inni się śmieją, a jeszcze inni odchodzą bez słowa. Ale Castiela cechuje to, że jest wredny i niemiły. Ale to zapewne nie było tylko jego winą. Nie wiem ile ten chłopak przeżył, bo nie powiedział i nie chce mówić mi wszystkiego, ale stwierdziłam, że muszę się nim zaopiekować. Nieważne czy będąc zawsze obok, czy gdzieś z boku. Nie musi widzieć, wystarczy że będzie czuł... Wsparcie. Tak to powinno wyglądać, prawda? Doszłam do tego wszystkiego po jakimś czasie, kiedy zaczęłam więcej dostrzegać. Czasem... Mam wrażenie, że wiem o ludziach za dużo, rozumiem za dużo rzeczy i o wiele za szybko dorosłam. Wyczuwam więcej emocji niż inni, dostrzegam więcej. Mam tendencję do tego, że stawiam innych nad własne zdrowie i nad własną osobę. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale ja zwyczajnie nie potrafię inaczej. Nie umiem oderwać się od ludzi, na których mi zależy, nie wiem dlaczego. Nie umiem ich zwyczajnie zostawić i jestem obok nie ważne jak bardzo mnie krzywdzą. A przynajmniej się staram, staram się im pomagać, opiekować się nimi, stwarzać im pewną formę bezpieczeństwa, daję im własne zaufanie... Ale często robię to za bardzo. Często otwieram się przed ludźmi, którzy nie rozumieją, bo zawsze, nie ważne jak bym chciała do takiego otwarcia dochodzi. Pokazuję własne wnętrze, oswajają mnie ludzie, którzy nie powinni byli wcale tego robić. I właśnie to jest najbardziej bolesne, dlatego się ograniczam. Dlatego nie chcę płakać, pokazywać siebie i własnych emocji. Dla ich bezpieczeństwa i swojego własnego.
Cały dzień minął mi bardzo szybko. Praktycznie nic się nie działo oprócz tego, że Lysander nas odwiedził i przyniósł nam lekcje. Nie chciałam mu wspominać o wczorajszej sytuacji, ale wiedziałam że zapewne Cas wszystko mu powiedział. Zwyczajnie unikałam tematu jak mogę, bo to było zdecydowanie łatwiejsze. Gdy siedzieliśmy wieczorem z Castielem po zmianie opatrunków i ogarnięciu całego domu. Czekałam aż zaśnie a przy okazji się uczyłam, bo to przydatne i przynajmniej później nie będę musiała nadrabiać.Nie wiem czemu w ogóle nie odczuwałam zmęczenia, mimo tego że wcale nie wstałam późno, a była już prawi północ. Postanowiłam wykorzystać energię do samego końca i zrobić ze sobą coś pożytecznego.
- Nie zamierzasz spać? - usłyszałam cichy głos Castiela leżącego koło mnie. Zerknęłam na niego i zobaczyłam jak wpatruje się we mnie tymi swoimi ciemnymi oczami.
- Uczę się, poza tym nie jestem zmęczona. - powiedziałam, lekko się uśmiechnęłam i wróciłam do czytania.
- Kujon. - mruknął ponuro i obrócił się plecami do mnie. Ja tylko wzruszyłam ramionami śmiejąc się pod nosem i wróciłam do nauki.
Naprawdę nie wiem jak to się stało, ale zanim się obejrzałam nastał ranek i trzeba było wziąć się za gotowanie i zakupy. Z tego co myślę Cas będzie mógł dzisiaj spokojnie wstać i się przejeść po domu. Rany ładnie mu się goją i już niedługo będzie można zdjąć mu szwy i wszystko powinno być okej. Podniosłam się z łóżka i dopiero w tej chwili poczułam uderzające zmęczenie. Nie wiem skąd się wzięło, ale nagle tak strasznie zachciało mi się spać. Ale nie mogłam sobie na to pozwolić przez to że właśnie teraz maiłam już mnóstwo rzeczy do zrobienia. Zastanawiałam się czemu do jasnej cholery mój organizm nie dał mi od tym znać wcześniej? No ale już trudno... Trzeba jakoś przeżyć ten dzień...
"Zaraz... Czy ja wczoraj coś jadłam...?" - pytałam się w myślach. "Chyba nie... Nie pamiętam. Zaraz trzeba będzie coś zjeść... Albo nie, może później." - i tak właściwie wyszło na to, że całkiem o tym zapomniałam. Tak bardzo zatraciłam się w opiece nad Castielem, że zupełnie zapomniałam o sobie. A to nie mogło skończyć się dobrze...