czwartek, 2 sierpnia 2018

Rozdział XXII

       Jeszcze jakiś czas temu w życiu bym nie pomyślała że coś takiego w ogóle będzie mieć miejsce. Ale było lepiej, nie idealnie, ale o wiele lepiej. Czułam że jest. Chodziłam regularnie na spotkania z Laurą, a większość wolnego czasu spędzałam z Castielem, znajomymi i chrzestnymi. Nadrobiłam nieobecności w szkole, na szczęście mnie z niej nie wyrzucili, a wręcz przeciwnie, wszyscy cieszyli się że wróciłam.
       Zapytacie czy opowiedziałam Cas'owi moją historię? Tak, zrobiłam to któregoś wieczoru, gdy poczułam że chyba jestem na to gotowa. To nie było dla mnie łatwe, oczywiście skończyło się płaczem. Ale otrzymałam coś,  czego chyba nigdy się nie spodziewałam. Przez lata zaniżonej samooceny, uważania siebie samej za zwykłe ścierwo i dziwkę wreszcie poczułam, że ktoś szczerze mnie kocha. Castiel przytulił mnie do siebie, przysiągł mi, że dopilnuje, że coś takiego nigdy już się nie wydarzy. Że jestem bezpieczna. Oczywiście wściekł się, powiedział że nie daruje Dave'owi tego co mi robił. Zabroniłam mu oczywiście konfrontować się z nim, gdyż wiedziałam że jest nieobliczalny ale miałam wrażenie że to go może nie powstrzymać. Ale czułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że w razie czego mnie obroni.
       Dlatego myślałam, że moje problemy się kończą i że wszystko powoli zaczyna się układać. Ale grubo się myliłam. Chociaż nie zorientowałabym się ze coś jest nie tak gdybym nie widziała że Cas jest bardziej markotny niż zawsze. Ale istnieje coś takiego jak przeczucie czy kobieca intuicja. Albo jak niektórzy wolą - zmysł obserwacji. Ja fakt faktem martwiłam się, że Dave wyszedł z poprawczaka, w końcu skończył już to cholerne osiemnaście lat, a wyrok sądu... Wyrok sądu prawdopodobnie nigdy nie zapadł. A jeśli zapadł, to na korzyść Dave'a. Nie wiem, nikt nigdy mnie o tym nie powiadomił. Przestałam się kontaktować z moimi dawnymi opiekunami już na stałe wcale nie zamierzając do tego wracać. Tak czy inaczej - wyszedł. I tego nie da się już cofnąć. Starałam się o tym nie myśleć, ale to nie było proste. Bałam się co może się wydarzyć, Castiel zresztą też. Nigdzie nie chciał wypuszczać mnie samej. Odprowadzał mnie do domu i do szkoły, a nawet jak gdzieś szłam ze znajomymi. Właściwie taki stan rzeczy mi nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie. Im więcej czasu z nim spędzałam tym lepiej. I przede wszystkim z nim czułam się o wiele bezpieczniej.
       Ale wróćmy do sedna sprawy, co takiego się wydarzyło? 
       Któregoś dnia zauważyłam, że Cas zaczął zachowywać się trochę nerwowo, zaczął dostawać telefony od swoich kumpli, ale na ten temat nie chciał mówić ani słowa. Ale nie wymagałam tego od niego, chociaż frustrowało mnie to, że coś przede mną ukrywa. Próbowałam pytać,  wierzcie mi, naprawdę próbowałam. Z początku myślałam że to problemy z rodzicami, ale nie było ich w domu, więc to raczej nie było to. Miałam nadzieję tylko że nie wpakował się w jakieś gówno.
       Tego dnia, w którym wreszcie dowiedziałam się co się wydarzyło był naprawdę rozdrazniony. Dużo bardziej niż zwykle. Mało mówił, nie miał na nic ochoty. Ciągle tylko odbierał telefony i wychodził z pomieszczenia, żebym nie mogła słyszeć o czym rozmawia. Po ostatnim zaczął zbierać się do wyjścia mówiąc ze idzie się spotkać z kolegami.
To był moment, w którym zrozumiałam, że nie mogę pozwolić mu wyjść bez wyjaśnienia co się dzieje. Gdy zaczął kierować się do wyjścia chwyciłam go za rękaw kurtki i wciągnęłam go do mojego pokoju zamykając drzwi.
- Kurwa, spieszę się. - mruknął starając się zbliżyć do drzwi jednak blokowałam je swoim ciałem i nie zamierzałam się nigdzie ruszać. - Przesuń się bo nie chcesz żebym użył na tobie siły mała. - patrzyłam na niego poważnym wzrokiem i nie zamierzałam nigdzie go wypuszczać. Stał tak i czekał aż się przesunę, ale wiedział że użycie siły nie wchodzi tu w grę, dlatego szybko ustąpił, burknął coś pod nosem i usiadł na łóżku. Wiedział że bez wyjaśnień nie wyjdzie.
       Patrzyłam na niego starając się wymyślić co jest w jego głowie i jak bardzo musi być teraz wkurzony. Ale musiałam się skupić na tym co miałam mu do powiedzenia.
- Gdzie zamierzasz iść?  - zapytałam spokojnie.
- Mówiłem,  że z kumplami. - starał się nie wybuchnąć. Chyba nie oczekiwał takich durnych pytań, ale był cierpliwy. Na razie.
- Z kim? - dopytywałam.
- Chris, William, nie znasz ich, ale co za różnica. - jego ton głosu był coraz niższy.
- A gdzie?
- Nie twoja sprawa. - spojrzałam na niego jakby właśnie mnie uderzył. - Dobra, znam tę jebaną gierkę. Wiem że chcesz wiedzieć czemu chodzę taki wkurwiony. Dobrze, to skoro tak bardzo jesteś ciekawa to powiem ci. Jeden chłopak,  który jest moim sąsiadem a swego czasu był też moim kumplem zapytał mnie o jedną rzecz. Spotkałem typa wracając do domu i nagle znikąd rzucił do mnie tekstem "Czemu twoja dziewczyna wjebała mojego najlepszego kumpla na policji?". Udawałem że nie mam pojęcia o chuj mu chodzi, ale tego było mało. - patrzył na mnie z furią w oczach. - Któregoś dnia pojawił się pod moim domem, razem zgadnij z kim. Brawo księżniczko, z Davem. Nie odezwali się ani słowem bo byłem z William'em. Popatrzył na mnie i się uśmiechnął. Ale zgadnij co? To nie był gest przyjaźni, tylko cholerna groźba. Że wie gdzie mieszkam, tym samym gdzie ty się najczęściej pojawiasz i lepiej żebym zostawił go w spokoju. - bał się, ale nie o siebie. Tylko o mnie. Dopiero teraz zaczęły do mnie docierać pewne fakty. Faktycznie dawno u niego nie byłam,  zawsze proponował żebyśmy siedzieli u mnie albo szli na miasto, bo do niego jest daleko, albo są rodzice, albo wymyślał kolejne wymówki. Przeklinałam się w głowie że coś takiego w ogóle się dzieje. Miałam ochotę się rozpłakać i ciągle zdawałam sobie pytanie czemu wciągnęłam Castiela w to wszystko. Wtedy poczułam że wibruje mi telefon w kieszeni. Wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz.

xxxx [20.47] : Wiesz co jest ciekawe?

xxxx [20.47] : To, że twój chłopak mieszka zaraz obok mojego najlepszego kumpla.

xxxx [20.48] : ul. XXXXXX X/X to ten taki kremowy dom z żywopłotem dookoła.

       Stałam jak wryta. Nie wiedziałam co powinnam powiedzieć czy zrobić, ale wiedziałam że muszę być silna.
- Kto napisał? - usłyszałam głos Castiela i spojrzałam na niego. Wiedział, że coś jest nie tak. Bezsensownym było ukrywanie tego przed nim skoro sama chciałam żeby mówił mi o wszystkim. Podeszłam do niego i pokazałam mu telefon. Wziął go do ręki i zaczął czytać. Z początku nic nie powiedział, tylko patrzył to na mnie to na wyświetlacz.
- Nie chcę żebyś więcej do mnie przychodziła. - powiedział spokojnym ale stanowczym głosem.
- No chyba sobie żartujesz.  - odparłam od razu patrząc na niego jakbym widziała zupełnie obcą mi osobę.
- Nie, mówię poważnie. Nie mogę narazić na spotkanie z nim, nie wiadomo co by ci zrobił. - oburzyłam się, zamiast płakać zaczynałam być zła.
- Nie zamierzam odpuszczać sobie rzeczy, która jest praktycznie dla mnie codziennością. To najgorsze co mogłeś w tej chwili wymyślić, Cas. - rzuciłam przez ramię i wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. Musiałam zaparzyć sobie herbatę i zapalić. Otworzyłam okno w kuchni, odpaliłam papierosa i włączyłam czajnik. Nie chciałam się z nim kłócić, ale byłam przerażona tym co się dzieje i tym, że w ogóle wciągnęłam go we własne niesamowicie skomplikowane życie. Że on mając własne problemy będzie musiał teraz się mną opiekować i znosić to wszystko co się dzieje. Ale z drugiej strony wiedziałam że nie może być inaczej. Cas nie chciał i miejmy nadzieję nie zamierzał mnie zostawić. A że to on mnie uratował pod pretekstem tego jak bardzo jestem dla niego ważna tym samym skazał siebie samego na bycie moim, tak naprawdę, jedynym powodem do życia.
       Usłyszałam kroki dochodzące ze schodów. To Castiel szedł w moim kierunku. Przyszedł do mnie, wyjął jednego papierosa z paczki, odpalił i usiadł na parapecie naprzeciw mnie. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższy czas w milczeniu. I tak było w porządku. Na zmianę zaciągaliśmy się papierosami aż w końcu odezwałam się pierwsza.
- Pogadam z chrzestnymi żeby zadzwonili do cioci i powiadomili ją o wszystkim. - mój głos nie wyrażał żadnych emocji, jedynie westchnęłam co mogło dać do zrozumienia że ta sytuacja jest dla mnie męcząca i zwyczajnie przykra.
- Ana, jeśli chcesz, to przychodź do mnie, tylko pozwól mi załatwić gnoja. - starał się mnie namówić.
- Nie. - odparłam od razu. Nie było takiej mowy. - Załatwię to tak, żeby gdy tylko zbliży się choć do mnie czy do ciebie będzie miał szansę trafić znowu gdzie był. Albo tym razem do prawdziwego więzienia. Należy się skurwielowi. - nagle uderzyła we mnie adrenalina i zrozumiałam ile nienawiści do Dave'a w sobie noszę. Dawno nie widziałam w sobie tyle agresji, którą czułam na myśl o jednej osobie. Z chęcią sama bym go załatwiła, ale to tylko wszystko by skomplikowało. A ja miałam już po dziurki problemów. - Masz go nie tykać. Ani ty, ani twoi koledzy. Ja zablokuję jego numer i będzie święty spokój. Muszę raz na zawsze pozbyć się go z mojego życia. - zaciągnęłam się. - Nie będę nic zmieniać w moim obecnym życiu przez coś, czego już w nim nie ma.
- Dobra. Zrobimy jak mówisz, ale pod warunkiem że nie odpiszesz mu na to co napisał przed chwilą. - odparł Cas.
       I wiecie co? Miałam dotrzymać tej obietnicy, ale byłam mądrzejsza i stwierdziłam że nie mogę tak bezczynnie siedzieć i patrzeć jak inni robią wszystko za mnie. Dlatego później, gdy Casiel poszedł spać, a ja nie mogłam zasnąć zaczęłam czytać ostatnie i wcześniejsze wiadomości. Robiłam to dosłownie za jego plecami. Gdy tylko obrócił się w kierunku okna chwyciłam za telefon.

Ja [02.15]: Mam ci jedną ważną rzecz do powiedzenia.

xxxx [02.17]: Dawaj.

xxxx [02.18]: Z jednej strony chcę ci powiedzieć, że wiele zmieniłaś w moim życiu i jestem ci za to wdzięczny, a z drugiej kompletnie dla mnie nie istniejesz, jakby nigdy cię tu nie było.

Zamarłam. Bałam się odpisać, choć na początku byłam bardzo pewna siebie. Teraz strach zaczął mnie lekko paraliżować. Ale musiałam zrobić co trzeba.

Ja [02.19]: Super, mało mnie to obchodzi.

Ja [02.19]: To ostatnia wiadomość jaką ode mnie dostaniesz, a następnie blokuję twój numer. Odpierdol się ode mnie i od Casa, raz a dobrze. Nie chcę Cię na oczy widzieć.

xxxx [02.20]: Jeszcze zobaczymy. A za moich kumpli nie odpowiadam ;)

       I właśnie wtedy zrozumiałam, że to dopiero początek.

***

       Zrobiłam śniadanie, jak to zwykle bywało bo wstawałam wcześniej niż Castiel. Choć oczywiście nie zawsze tak było, bo mimo pobytu w psychiatryku i stałej terapii ciągle miewałam gorsze dni. Gdy nie mogłam podnieść się z łóżka, bo powiedzmy sobie szczerze, czułam się chujowo to właśnie Cas wszystkim się zajmował i dopilnowywał bym nie zostawała w pokoju przez cały dzień. Czasem tak mu się przyglądam i mam wrażenie że to zupełnie inna osoba niż ta, którą znałam na początku. Owszem, bywa dupkiem i to nie małym, ale to najbardziej opiekuńcza osoba jaką znam. Oczywiście nigdy się do tego nie przyzna, ale taki właśnie jest gdy się do niego zbliży.
       Tak czy inaczej jedliśmy śniadanie przy stoliku w kuchni. Dzień jak codzień, sobota, czyli wolne. Mogliśmy wyjść, albo siedzieć cały dzień na tyłkach. Chrzestni wyjechali na weekend, więc mieliśmy dom cały dla siebie. Ale wyjdzie w praniu, jak zawsze. Rzadko cokolwiek planujemy.
       I tak właśnie miało być, dzień miał być dobry, wolny od problemów.
- Nawet ci wyszło to śniadanie, dziewczynko. - mruknął Cas jeszcze zaspanym głosem, ale ten jego typowy uśmieszek nie schodził mu z twarzy
- Nawet? - prychnęłam. - Tylko tyle?
- Nie mogę cię za często chwalić bo będziesz chodziła dumna jak paw. To nie zdrowe. - zaśmiał się pod nosem. Wystawiłam mu język ale się nie odezwałam. Zapadła chwilowa cisza, po czym Castiel postanowił zmienić temat. - Ana, czemu z nim pisałaś? - prawie się zakrztusiłam. Skąd niby o tym wiedział?
- Nie wiem o czym mówisz. - mruknęłam.
- Daj spokój, nie jestem idiotą i nie mam takiego twardego snu jak ci się wydaje. - patrzył na mnie poważnym wzrokiem. Wiedziałam, że jest zły. Bardzo zły.
- Cas... - zaczęłam, ale od razu mi przerwał.
- Tylko się nie tłumacz jakimś gównem, oboje wiemy że to bez sensu. - miał rację, to było bez sensu. Tak samo jak wiedziałam że nie powinnam była z nim pisać.
- Nic się nie stało. Czuję się dobrze, a smsami krzywdy mi nie zrobi. Poza tym zablokowałam jego numer. - wywróciłam oczami.
- Kurwa, wiesz że nie o to mi chodzi. - warknął. - To wszystko jest dla twojego dobra. Nie możesz się z nim kontaktować, bo znowu wsadzą cię do pierdolonego wariatkowa. - serce mi stanęło. Cóż, to trochę zabolało.
- Przepraszam bardzo, że jestem wariatką i próbowałam się zajebać bo całe moje życie to jedno wielkie, pierdolone gówno. - sama zaczęłam tracić kontrolę nad tym co mówię. Nie miałam tego na myśli. Castiel wprowadził do mojego życia coś, co daje mi siłę i mnie tu jakoś trzyma.
- Ta, ze mną też ci źle, nie? - wiedziałam, że jak tak dalej pójdzie to Cas wyjdzie i pierdolnie drzwiami.
- Nie o to mi kurwa chodzi, dobrze mi o tym wiesz. Pisałam do tego zjeba bo nie chciałam ani mojej, ani twojej krzywdy więc z łaski swojej zamknij mordę. Kazałam mu się odpierdolić, więc sprawa załatwiona, nie ma za co. - tym razem to ja wstałam, wyszłam z kuchni, a następnie z domu i pierdolnęłam drzwiami.

***

[Castiel]

       Siedziałem i gapiłem się w pustą ścianę, krzesło czy tam inne gówno, które miałem przed sobą. Byłem zbyt wkurwiony, żeby za nią iść i to tak właściwie był mój błąd. Nie uśmiechało mi się za nią latać.. Nie rozumiałem po jakie gówno pisała do Dave'a, ale byłem pewien, że i tak skopię mu dupsko jak tylko go spotkam. Z drugiej strony wiem, że to nie jest to, czego Ana by chciała ale bo ja wiem czy będę w stanie się powstrzymać jeśli go zobaczę. Odpaliłem papierosa, żeby trochę się uspokoić i zdecydować co zrobić dalej. Niby mogę bezczynnie tu siedzieć, ale to bez sensu. Wiedziałem, że w końcu muszę za nią iść. Nie powinienem zostawiać jej samej dopóki sprawa nie przycichnie.
       Podniosłem się z krzesła, założyłem kurtkę i ruszyłem na zewnątrz. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia gdzie Anabelle mogła być w tej chwili, więc zadzwoniłem, ale odpowiedziała mi skrzynka. Było cholernie zimno, a ta idiotka wyszła bez kurtki, poszła chuj wie gdzie i wyłączyła telefon. Ale z drugiej strony minęła dopiero chwila odkąd wyszła, więc nie mogła być daleko. Ruszyłem w stronę parku bo to właśnie on był najbliżej i na moje cholerne szczęście nie musiałem długo szukać. Siedziała na ławce i rozmawiała przez telefon. Od razu pomyślałem, że jeszcze zadzwoniła do tego popierdoleńca, więc emocje znów zaczęły we mnie buzować. Gdy podszedłem bliżej usłyszałem, że jej głos jest w miarę spokojny i znów udaje że wszystko jest okej. W rzeczywistości miała zaszklone oczy i cała się trzęsła z zimna.
- Tak, tylko proszę, porozmawiaj z nią jak najszybciej okej? Tak? Super, dzięki. Trzymaj się, pa. - słyszałem koniec rozmowy. Nic nie wskazywało na to, żeby po drugiej stronie słuchawki był ten sukinsyn, więc trochę mi ulżyło.
       Ana mnie nie widziała, bo patrzyła w telefon do momentu, w którym podszedłem bliżej i zdejmując kurtkę okryłem jej ramiona i plecy. Wzdrygnęła się, ale nie popatrzyła na mnie. Po prostu siedziała z martwym wzrokiem wbitym w ziemię. Żadne z nas nic nie mówiło, po prostu stałem z rękoma w kieszeniach i patrzyłem na nią czekając aż się odezwie. Wiedziałem, że w końcu to zrobi, a ja sam nie miałem nic do powiedzenia, więc czekałem.
- Dzwoniłam do chrzestnej, żeby pogadała z ciocią, która ma kontakt z Davem i jeśli to się nie uspokoi zadzwonię na policję, bo mam do tego prawo. - jej głos był tak samo pusty jak wzrok. Bez tonu, jednolity, bez emocji. Aż zacząłem mieć wyrzuty sumienia, bo miałem świadomość że mogłem zrobić to... Delikatniej? W sensie, nie powinienem był się na nią wydzierać ani mówić tego co powiedziałem... Dobra, dość tych smętów.
       Usiadłem obok niej i odetchnąłem głęboko, aż para wyleciała z moich ust. Chciałem wziąć ją w ramiona, ale najwyraźniej nie miała ochoty bo zaraz się odsunęła.
- Ej, mała. - rzuciłem ostatecznie, lecz ta nawet nie miała zamiaru na mnie popatrzeć. - Patrz na mnie. - chwyciłem ostrożnie jej podbródek i zmusiłem ją żeby na mnie patrzyła. Jej wzrok był pełen smutku, złości i braku zrozumienia. Trochę podobny do tego, gdy byłem z nią w szpitalu. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć jak działam, bo sama najlepiej wiesz ile rzeczy jestem w stanie powiedzieć pod wpływem własnego wkurwu.
       Powoli zacząłem dopuszczać do siebie myśl, że ona chciała tylko nas chronić, a sama nie wie co zrobić i jak zrobić bo się boi. No tak. Boże, teraz to ja wychodzę na idiotę. Dziewczyna spuściła wzrok, ona też rozumiała, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Pogłaskałem ją kciukiem po policzku i dopiero wtedy poczułem jak bardzo zimno jest. Cała się trzęsła, a nie uśmiechało mi się zajmować się nią gdyby się przeziębiła, więc pomogłem jej założyć kurtkę i wstać. Przynajmniej buty miała na sobie, więc nie było tak źle. Przyprowadziłem ją do domu, a tam prosto do łóżka i położyłem się razem z nią. Leżeliśmy naprzeciw siebie patrząc sobie w oczy. Żadne z nas się nie odzywało przez dłuższą chwilę, ale tak było w porządku. Mogliśmy oboje w spokoju odetchnąć.
- Cas, co będzie gdy skończymy liceum? W sensie, studia czy co ty tam planujesz? - odetchnąłem z ulgą. Chyba sama miała dość gadania o tym co było i wolała pomyśleć o przyszłości. Cóż... To z kolei też był jeden z tych tematów, o których jakoś nie myślałem za wiele. Nie dlatego że nie miałem planów ale średnio uśmiechało mi się zastanawiać się nad tym co zrobię dalej.
- Chuj zrobię ze studiami. Wiesz, że nie cierpię się uczyć. - mruknąłem. - Ale pewnie z Lysem ruszymy dalej naszą robotę z zespołem i jakąś pracę dorywczą też by się znalazło. - dziewczyna westchnęła i obróciła się na plecy wbijając wzrok w sufit.
- Ja sama nie wiem co ze sobą zrobić. - wymamrotała.
- Na pewno rusz to, do czego masz smykałkę. - odparłem widząc, że zaczyna coraz się przesadnie przejmować. - Przecież zajebiście śpiewasz, grasz, rysujesz. Co ty tam jeszcze robisz? Nie ważne, po prostu z tego korzystaj.
- A studia? - spojrzała na mnie.
- Chcesz to idź, nie chcesz to nie. Moim zdaniem z twoimi talentami to ci zupełnie niepotrzebne. - wzruszyłem ramionami.
- Właściwie mam alimenty od ojca zaoszczędzone, a jakbym poszła na studia to miałabym ich jeszcze więcej bo są zapewnianie do końca edukacji. - o, i to zabrzmiało już bardziej logicznie.
- Ja będę dostawać hajs od rodziców pewnie. Więc... Moglibyśmy wynająć jakąś kawalerkę i spróbować żyć w ten sposób. - stwierdziłem po chwili namysłu. To nawet brzmiało całkiem nieźle. Ana jednak zamarła.
- Serio chcesz mieszkać z kimś tak popierdolonym i znosić to na codzień? - zapytała z niedowierzaniem.
- I tak spędzamy ze sobą każdy dzień i trzymasz się mnie jak kula u nogi. - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Powiedział. To ty mnie nigdzie nie puszczasz samej jak małego dziecka. - oburzyła się.
- No bo jesteś dzieciak, dziewczynko. - uwielbiałem się z nią droczyć.
- Spierdalaj, oboje już jesteśmy dorośli więc zamknij jadaczkę. - wystawiła mi język i obróciła się do mnie plecami. Przysunąłem się do niej i chwyciłem ją za biodro i pochyliłem się nad jej uchem.
- Ale pomyśl sobie, że moglibyśmy się pieprzyć całymi dniami i nocami bez zmartwień o to, że ktoś nam będzie przeszkadzał. Gdzie chcemy i kiedy tylko chcemy. - zamruczałem jej do ucha. Chyba spodobała jej się ta opcja bo gdy tylko zacząłem zwiedzać dłonią jej brzuch, biodra i uda zaczęła drżeć pod moim dotykiem.
- Dobra... Ta opcja mi się podoba. - uśmiechnęła się pod nosem.
- No i świetnie, wreszcie będę miał swoją własną, prywatną dziecinkę do rżnięcia w domu. - zaśmiałem się i opadłem na materac. Ana też się uśmiechała, chyba wizja zamieszkania razem znacznie poprawiła jej humor.
- Tylko się przypadkiem nie zapędzaj bo szybko się mną znudzisz. - miałem nadzieję, że nie mówi poważnie.
- Znudzić się? Tobą? - parsknąłem śmiechem. - Jak mogę znudzić się laską, która jest cholerną nimfomanką i chce się pieprzyć więcej niż ja? - to była prawda. Ana częściej niż ja potrafiła zaciągać mnie do łóżka.
- Przesadzasz, Cassie. - uśmiechnęła się złośliwie akcentując to cholerne zdrobnienie. 
- Dobra, dość bo źle się to dla ciebie skończy. - wywróciłem oczami i już nie pozwoliłem jej się odezwać bo zatkałem jej usta pocałunkiem.
       Zanim zdążyliśmy się rozpędzić zadzwonił telefon Any. Oderwaliśmy się od siebie i dziewczyna odebrała. Po drugiej stronie dało się usłyszeć Alexego.
- Ana! Idzie- idz...iemy się najebać w trzy dupy... już! - parsknąłem pod nosem, ale nie przeszkadzałem dziewczynie w rozmowie.
- Alexy, ty już jesteś najebany w trzy dupy... - dziewczyna śmiała się pod nosem. - A jest popołudnie, pajacu.
- Daj spo-okój, jesteśmy pod twoigmm dom-em. - mówił dość niewyraźnie, ale dało się go zrozumieć. Co za debilem trzeba być, żeby nachlać się już o tej porze?
- Kto? To jest was więcej? - Ana starała się zrozumieć Alexego, ale ciężko jej to szło.
- No jest-em ja... I jest mój brat id-iota. - chłopak chichrał się jakby miał pięć lat. Podniosłem się i spojrzałem za okno. Faktycznie tam byli, a żeby było zabawniej było już prawie całkiem ciemno a ci dwaj stali na środku ulicy. Ale fakt faktem była już szesnasta, a w zimę szybciej się ściemnia.
- Wiesz przecież, że nie mogę chlać przez leki jakie mam. - odparła.
- No weee-eeeź, tylko kolejkę. Je-ed-ną. Obie-cuję. - coraz bardziej się zawieszał.
Anabelle zasłoniła ręką słuchawkę.
- Cas, trzeba ich wpuścić do środka. - patrzyła na mnie.
- A ile oni mają lat żeby trzeba było się nimi zająć? - mruknąłem niezadowolony. - Już myślałem, że będę miał święty spokój do końca dnia.
- Obiecuję ci, że położę ich w pokoju rodziców i będziemy mieć spokój. Nie dotrą do domu w tym stanie. - dziewczyna wstała z łóżka i ruszyła na dół. Westchnąłem. Cóż,  trzeba było ruszyć dupsko bo Ana sama nie ogarnie tej dwójki.
       Schodząc po schodach nagle usłyszałem ogłuszający huk i krzyk Any. Nie miałem pojęcia co to było, ale na pewno nic dobrego. Pobiegłem przed dom, gdzie zobaczyłem Anę i Alexego, którzy stali na chodniku i odjeżdżające auto.
- Cas, szybko kurwa zapamiętaj rejestrację. - krzyczała Anabelle. Gdy tylko ujrzałem ten numer zacząłem powtarzać go w kółko w głowie, żeby nie zapomnieć. 
       Dopiero po chwili dotarło do mnie co się stało. Alexy wybiegł z powrotem na drogę całkiem się trzęsąc. Chyba nagle wytrzeźwiał gdy zobaczył nieprzytomnego brata leżącego na ulicy. Armin wpierdolił się pod to cholerne auto, a kierowca uciekł. Mnie też skoczyła adrenalina, więc gdy tylko zobaczyłem, że Ana dzwoni po karetkę zbiegłem do Alexego i pomogłem mu ostrożnie ściągnąć chłopaka na pobocze. Wyglądał okropnie, ale żył i oddychał. Był cały poobijany, pokrwawiony i złamał pewnie kilka kości. I nie ważne jakbym za nim nie przepadał, kurwa, miałem cholerną nadzieję że nić poważnego mu nie będzie. To mimo wszystko bliscy Anabelle, którzy byli jej przyjaciółmi jeszcze zanim zaczęła chodzić do naszej szkoły.
- To był Dave. - usłyszałem głos Any za swoimi plecami, gdy staraliśmy się z Alexym ułożyć Armin w bezpiecznej pozycji. Odwrócił em minimalnie głowę by widzieć ją chociaż kątem oka. - To on... Kierował samochodem. Chciał wjechać we mnie... Alexy... Ściągnął mnie z drogi w ostatniej chwili... Armin już nie zdążył. - dziewczyna dostawała duszności i była cała zapłakana. Na początku zamarłem nie wiedząc co powinienem myśleć i robić po czym wstałem i wziąłem dziewczynę w ramiona. Przypomniałem sobie w głowie jadące auto i jego rejestrację.

Słysząc karetkę na sygnale myślałem już tylko o jedym - ten skurwysyn słono zapłaci za to co robi.