poniedziałek, 3 lipca 2017

Rozdział XIV

Spałam. Naprawdę długo, ale wbrew pozorom nie był to przyjemny sen. Ale to nic nowego. Od dawna nie miałam tak naprawdę szans tak porządnie się wyspać.
Nie miałam pojęcia jaki jest dzień, ani tym bardziej godzina. Ostatnie co pamiętam to tamta impreza i to, że siedzieliśmy na wzgórzu do rana... Chyba wtedy zasnęłam. Tak, to było w tamtym momencie. Westchnęłam. Ktoś musiał zanieść mnie do domu. Cóż, chyba nawet nie muszę się zastanawiać kto. Zanim nawet pomyślałam usłyszałam jakiś stukot na dole w kuchni i głośne "Kuuurwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa". To mi wystarczyło, żeby widzieć, ze Castiel jest w mieszkaniu. Podniosłam się do siadu. Dalej byłam w tych samych ubraniach, co wcześniej. Poza tym śmierdziałam wódką i innymi trunkami. Przydałoby się umyć... Sięgnęłam do szafki po pudełka z tabletkami. Wzięłam kilka, wstałam i ruszyłam do łazienki. Tak... Zdecydowanie dobrze będzie się odświeżyć.

***

Ubrana w czarny szlafrok i kapcie, z mokrymi włosami zeszłam na dół, gdzie słychać było stukot naczyń. Weszłam do kuchni i stanęłam w progu. Przyglądałam się Castielowi. Włosy miał częściowo spięte, tak by mu nie przeszkadzały. Stał nad kuchenką i mieszał coś na patelni. Gotujący Cas? Cudny widok. Wiem, że umie gotować. Już się o tym przekonałam, ale zabawnie się na to patrzyło. Nie zauważył mnie, dlatego spokojnie usiadłam przy stoliku i oparłam głowę o rękę. Zauważyłam paczkę papierosów  i zapalniczkę należące do Castiela. Chwyciłam za nie, wyciągnęłam jednego wsadzając do ust i odpaliłam. Chłopak wzdrygnął się na dźwięk kliknięcia. Obrócił się w moją stronę.
- Czy ty próbujesz sprawić żebym zszedł na zawał? - rzucił gromiąc mnie wzrokiem. Ja tylko wzruszyłam ramionami i zaciągnęłam się. Normalnie nie paliłam, nie piłam też tyle alkoholu co ostatnio... Ale... - Co ty tak właściwie robisz, co? - mruknął. Podszedł do mnie i spróbował zabrać mi papierosa, ale odsunęłam rękę i buchnęłam mu dymem w twarz. Wskazałam ruchem głowy na patelnię.
- Przypalisz. - odparłam. Castiel nie ruszył się przez krótki moment, ale w końcu odwrócił się i wrócił do gotowania. Co się tak właściwie ze mną dzieje? Znowu coś jest nie tak... Zaczynam się zachowywać jak Cas. Tylko, że tym razem to on sterczał tu ze mną. Zamieniliśmy się? Zabawnie było go widzieć w takiej roli. Opiekował się mną... Chyba, tak mi się zdaje. Stał tam zirytowany, jeszcze jedna rzecz i  zupełnie szlag go trafi. "Uspokój się. Uspokój się. Uspokój się." - powtarzałam sobie w głowie. Pociągnęłam jeszcze kilka razy po czym otworzyłam okno i wyrzuciłam niedopałek. Padało, więc tym nie miałam się czym martwić.
- Ile spałam? - zapytałam, żeby przerwać ciszę.
- Ponad dwa dni. - odparł krótko nie przerywając wykonywanej czynności. Spojrzałam na zegarek. Była 16. No ładnie... Rozważałam czy rozsądnie będzie tłumaczyć się alkoholem i tym, że sporo wypiłam... Ale to nie był dobry plan. Jakiekolwiek tłumaczenie będzie brzmieć gównianie, dlatego lepiej było się nie odzywać. Patrzyłam po prostu za okno i czekałam. Zamyśliłam się dość mocno, więc jeśli Cas cokolwiek próbował do mnie mówić z pewnością tego nie słyszałam. A więc spałam ponad dwa dni? Coś czuję, że moja frekwencja w szkole już płacze. Przydałoby się wreszcie tam iść i przede wszystkim usprawiedliwić te wszystkie nieobecności. Westchnęłam i lekko się wzdrygnęłam. Dopiero wtedy zauważyłam, że Cas postawił przede mną talerz z jedzeniem. Nie protestowałam, w końcu długo nie jadłam. Sam usiadł na przeciwko mnie z własnym talerzem. Kiwnęliśmy sobie tylko głowami w ramach "smacznego" i oboje zaczęliśmy jeść. Nastała kompletna cisza. Żadne z nas nie próbowało się odezwać przez dłuższy czas. Co jakiś czas zawieszałam na nim wzrok zastanawiając się czy odezwać się czy nie, ale on zrobił to pierwszy.
- W sobotę jest ten koncert na który chciałaś iść. - powiedział, ja pokiwałam głową.
- A jest...? - zapytałam.
(( Rysunek mojego autorstwa. Oto Anabelle proszę państwa. ))

- Czwartek. - zaśmiał się pod nosem. - Na drugi raz jak zamierzasz przespać pół tygodnia to uprzedź.
Sama też się zaśmiałam. Nie miałam pojęcia, że to tak wyjdzie, naprawdę. Ale nie miałam ochoty się budzić. Zasnęłam w tak cudownym nastroju, w tym, którego nigdy nie czułam.
- Tak właściwie... - właśnie coś sobie uświadomiłam. - Skąd wiedziałeś kiedy się obudzę? - zapytałam. Nie gotowałby bez powodu.
- Przez pierwsze półtora dnia praktycznie się nie ruszałaś. Zastanawiałem się czy w ogóle żyjesz. Lys i Roza tu byli. Skubana chciała wezwać karetkę. - mówił. Wywrócił oczami. - Ale dzisiaj już dość mocno się wierciłaś, to stwierdziłem, że pewnie niedługo wstaniesz. - wzruszył ramionami. Pokiwałam głową.
- A przejmujesz się tym bo..? - dopytywałam.
- Przymknij się dziewczynko, bo jeszcze zmienię zdanie. - warknął. Zaśmiałam się pod nosem. Cały Castiel.
- No nie mów, że się martwisz. - zakpiłam. - Uważaj, bo jeszcze się nabiorę. - Czerwonowłosy spojrzał na mnie takim wzrokiem jakby ledwo się powstrzymywał przed przyłożeniem mi. Wystawiłam mu język i wróciłam do jedzenia. Spojrzałam na blat. - Straszny syf tu zrobiłeś.
- Ale przynajmniej masz jedzenie, nie narzekaj. - burknął momentalnie.
- Żeby to jeszcze dobre było, to może... - mruknęłam uśmiechając się złośliwie. To były oczywiście żarty, bo Cas naprawdę dobrze gotował i co lepsze wiedział o tym. Po chwili wstałam, wzięłam swój talerz i skierowałam się w stronę zlewu. Po drodze jednak się zatrzymałam. Obróciłam się w jego stronę, pochyliłam nad nim i pocałowałam go lekko w czubek głowy. - Dzięki, że się mną zająłeś. - powiedziałam. Zabrałam też jego talerz i ruszyłam we wcześniej obranym kierunku. Kątem oka dostrzegłam, że chłopak lekko się zarumienił. Tak wręcz minimalnie, ale od razu odwrócił wzrok w stronę okna.
Urocze.

***

Kolejnego dnia przyszliśmy do szkoły. Od razu usprawiedliwiłam wszystkie nieobecności zanosząc wszystko co potrzeba do Nathaniela. Castiel teoretycznie też powinien to zrobić, ale stwierdził, że ma to głęboko w poważaniu dlatego poszłam sama.
- Aż tak długo cię trzymało? - zapytał blondyn patrząc na to co mu przyniosłam i chowając to do teczki.
- Powiedzmy. - wzruszyłam ramionami. Nie maiłam ochoty mu się tłumaczyć
- I Castiela niby też? - spojrzał na mnie podejrzliwie. Oho, mój panie nie doszukuj się zbyt wielu rzeczy. Wiem, że jesteś spostrzegawczy Nath, ale to trochę za wiele.
- Wiesz jaki on jest. Nie przychodzi sobie kiedy chce. - rzuciłam, a on przytaknął i uśmiechnął się pod nosem. - Nie miałam okazji spytać... Dobrze się bawiłeś?
- Cóż... Można tak powiedzieć. Nie przepadam za takimi głośnymi miejscami, ale nie było najgorzej. - powiedział.
- No to chociaż tyle. - uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Dobra, wracam na lekcje. - powiedziałam wychodząc. Pomachałam do niego jeszcze i ruszyłam pod klasę. Z tego co słyszałam, dzisiaj miało być ogłoszenie odnośnie dalszych planów na ten rok szkolny. Miałam nadzieję, że wymyślili coś ciekawego. Jakąś wycieczkę, cokolwiek. Bylebyśmy się nie nudzili przez kolejne kilka miesięcy. Lubię się uczyć, to fakt, ale jak przyjdzie mi siedzieć tak bez przerwy w ławce to szlag mnie trafi. Chyba, że reszta mojego roku szkolnego będzie wyglądać jak ostatnie tygodnie. Cóż, prędzej mnie stąd wyrzucą, a tego raczej nikt nie chce.
W jednej chwili poczułam delikatne pęknięcie w ramię. Obróciłam się i moim oczom ukazała się Violetta.
- O hej Violu, jak się masz? - zapytałam i uśmiechnęłam się lekko.
- D-Dobrze... Jest w porządku. - odparła odwzajemniając gest. - A... Jak ty się czujesz? Wszystko u ciebie dobrze? - dopytywała.
- Jasne, skąd to pytanie? - odpowiedziałam od razu.
- Cóż... Lysander mówił, ze coś jest nie tak. Podobno bardzo długo spałaś i nikt nie wiedział co się dzieje. Martwiłam się trochę... - z każdym zdaniem mówiła ciszej. - Jak wszyscy...
Od razu uśmiechnęłam się cieplej. Dobroć tej dziewczyny była wręcz rozczulająca, była przeurocza.
- Nic mi nie jest, nie martw się. Po prostu potrzebowałam dłuższej drzemki. - puściłam jej oczko na co ona lekko się uśmiechnęła.
- No tak... Jasne, rozumiem. Najważniejsze, że wszystko dobrze. - przytuliłam ją delikatnie co odwzajemniła, choć na początku chyba trochę się wahała i wtedy zadzwonił dzwonek.

***

- A więc wycieczka, dni otwarte, bal i jeszcze tryliard innych, drobniejszych rzeczy po drodze... - wymieniała Rozalia stojąc na środku klasy. Zaangażowała się w organizację wydarzeń szkolnych, nie dziwne więc, że jest tego tyle. Innymi słowy ten rok szkolny nudny nie będzie.
- A co najpierw? - zapytałam opierając głowę o rękę.
- Wycieczka. - powiedział pan Farazowski. Miałam zapytać jeszcze o parę rzeczy, ale mnie uprzedził. - Odpowiadając na wszystkie dodatkowe pytania. Do lasu, nad jezioro, na kilka dni. I najprawdopodobniej za dwa tygodnie, może mniej. Wszystko do ustalenia. Będziecie mieszkać w niedużych, wolno stojących domkach.
Właściwie pomysł był niczego sobie. Nie jest jeszcze na tyle zimno żeby się czymś martwić, może nawet pływać będzie się dało, jak się uprze. Lubiłam ogniska i inne rzeczy tego pokroju. I szczerze? Nie mogłam się doczekać. Choć nieco martwiłam się faktem, że będę musiała się bardzo pilnować. Jak zobaczą mnie w złym stanie to ciężko będzie mi odpowiadać na pytania...
A to będzie dość... Problematyczne.
- Szkoda, że nie można mieć mieszanych domków. - usłyszałam jak Castiel szepcze mi do ucha. Dreszcz przeszedł mi po plecach.
- Mało nocy spędziliśmy w jednym łóżku? Uspokój lepiej swoją chcicę bo odwróci się to przeciwko tobie. - prychnęłam.
- No nie mów, że za tym nie tęsknisz. - zaśmiał się pod nosem.
- To nie ja w tej chwili pierdolę o mieszanych domkach. - wywróciłam oczami i pacnęłam go w ramię, ale mimo wszystko uśmiechnęłam się pod nosem. Chłopak ostatecznie się odsunął, ale ten zawadiacki uśmieszek nie schodził mu z twarzy. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać nad naszą relacją. Jak to jest między nami? Nie jesteśmy parą, to na pewno. Żadne pocałunki, ani tym bardziej seks tu w grę nie wchodzi. Zastanawiało mnie jednak to, na jakim poziomie "przyjaźni", jeśli można było to tak nazwać, jesteśmy. Prawda jest taka, że za dużo o sobie nawzajem nie wiedzieliśmy. Ten wyjazd zapewne będzie dobrą do tego okazją. W każdym razie między nami nie było źle. Chłopak mimo wszystko wiedział o mnie więcej niż większość tej bandy w okół mnie, choć nadal było to niewiele. Może jeszcze ewentualnie Lysander... Za dużo widział. Ale on nie jest raczej typem, który miał by komuś o tym mówić. A zresztą, pewnie i tak zapomniał. Ta cała jego słynna "pamięć" robiła furorę w całym liceum.
Ale wracając do sytuacji. Nie było tak źle. Tak czy inaczej, nie mogłam pokazywać za dużo, to nigdy nie jest bezpieczne rozwiązanie. Już i tak wiedzą więcej niż powinni.

***

Po zakończonej lekcji skierowałam się do wyjścia z klasy, gdy nagle poczułam szarpnięcie za ramię i zostałam z powrotem wciągnięta do pomieszczenia.
- Co jest kurw... - nie dokończyłam. Obróciłam się i moim oczom ukazała się wytapetowana blondyneczka. Jak jej tam było...? Agnes? A...? A nie, chyba Amber. Spojrzałam na nią spokojnym wzrokiem i czekałam na to co miała do powiedzenia. Uśmiechnęłam się pod nosem, skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej. Przyglądała mi się, a przez jej twarz przebiegła seria emocji. Nie do końca chyba wiedziała jakie podejście ma do mnie obrać. Cóż, nie znała mnie. Chyba nawet ani razu nie zamieniłam z nią zdania. Słyszałam opinie ludzi, poza tym przyglądałam się jej i to mi wystarczyło. A na marginesie, cóż, nic na mnie nie miała.
- Co ty sobie wyobrażasz, co? - rzuciła się w jednej chwili. A może jednak..? Czekała aż odpowiem, ale ja nadal milczałam. No mów, czekam. Gadaj co masz do powiedzenia. - mówiłam sobie w głowie. - Pojawiasz się znikąd i nagle Castiel zaczyna biegać w okół ciebie jakby poza tobą świata nie widział. Zostaw go w spokoju. - terkotała. Oho, ktoś tu jest zazdrosny. Kiwnęłam głową, ale moja twarz wyraźnie wyrażała czysty sarkazm. Jakby wręcz mówiła ironiczne "Fascynujące. Mów dalej.".
Podobny obraz
- Zanim się tu pojawiłaś wszystko było świetnie. I wiesz co? Myślisz że jestem ślepa? Zarywasz do k-a-ż-d-e-g-o chłopaka na jakiego spojrzysz. Jesteś zwykłą szmatą. I powtarzam ci, ale to ostatni raz - Castiel. Jest. Mój. - warknęła. Lustrowałam ją spojrzeniem nadal się nie odzywając. Chyba poczuła się niepewnie. Lekko przymrużyła oczy po czym prychnęła, obróciła się i wyminęła mnie kierując się w stronę wyjścia z sali. "Całkiem przypadkiem" nadepnęła mi obcasem na stopę, szpilką, tak konkretniej. Jednocześnie pchnęła mnie ramieniem. Problem był taki, że chyba nie zauważyła, że mam na sobie inne buty niż się spodziewała. Innymi słowy to ona prawie się wywróciła, a ja nawet jej nie dotknęłam.
- Glany, kochanie. - rzuciłam, uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam z sali zatrzaskując jej drzwi przed nosem.
Sucz.

piątek, 9 czerwca 2017

Rozdział XIII

Spierdoliłaś.

To słowo odbijało się echem po mojej głowie. Zapytał o to, bo mówiłam przez sen. Bo był ciekawy. A ciekawych ludzi niewiele może powstrzymać.
- Jeśli powiem, że nikt, to to nie przejdzie, prawda? - zapytałam starając się wziąć to na siebie w jak najbardziej luzacki sposób. On natomiast siłą powstrzymywał się, żeby mnie teraz nie udusić. Zgromił mnie wzrokiem przez co poczułam się przy nim dziwnie mała. - Dobra, to inaczej. Muszę wyjaśniać ci to teraz? - rzuciłam ale wyraz jego twarzy się nie zmieniał. Westchnęłam. Nie wiedziałam co powiedzieć, chciałam uniknąć tematu i co prawda byłam dobra w omijaniu ich ale teraz... Było to trudne. Zwłaszcza po tym wszystkim co działo się jeszcze godzinę temu. Nie czułam się na tyle dobrze żeby to poruszać. Temat był trudny, a poza tym... Zapomnieć jest łatwiej. - Później. - rzuciłam tylko. Odwróciłam się na pięcie i zanim zdążył mnie złapać byłam już w środku. Zaczęłam szukać znajomych co nie było łatwym zadaniem gdyż wszędzie było mnóstwo ludzi. Castiel też mi przepadł gdzieś w tłumie, a może dalej był na zewnątrz? A kto go tam wie. Przeciskałam się między ludźmi aż wreszcie dostrzegłam Rozalię, która stała przy barze starając się zwrócić na siebie uwagę barmana. Nie odezwałam się, tylko dźgnęłam ją w ramię parę razy żeby się do mnie obróciła.
- Ana! Nareszcie jesteś, już się martwiłam że nie przyjdziesz. Wysłaliśmy po ciebie Castiela, a wiesz jak to z nim, nigdy nie wiesz czy zrobi to co mu mówią. Chociaż w sumie sam chciał, ale to głównie przez to, że nikt nie mógł się do ciebie dodzwonić... I swoją drogą ładnie wyglądasz! - zaczęła mówić długim ciągiem robiąc tylko krótkie przerwy na oddechy. Ja tylko uśmiechałam się przytakując. Mówienie za dużo jakoś mi nie podchodziło, a Roza była już lekko wstawiona, dlatego pozwalałam jej kontynuować. Chciałam żeby zaprowadziła mnie do reszty, ale wolałam poczekać. W końcu udało jej się złapać barmana, zamówiła co trzeba i teraz pozostało nam czekać. Opadłam się łokciami o blat i obróciłam się w stronę tłumu. Szukałam wzrokiem Casa, co nie było łatwe gdyż co chwilę jaskrawe światła biły mi w oczy. Możliwe, że znalazł już resztę, ale mniejsza z nim. On umie się sobą zaopiekować. Ostatecznie gdy napoje były gotowe pomogłam Rozie je zanieść. Nie mam pojęcia jak sama chciała zabrać to wszystko, bo w końcu nikogo razem z nią tu nie było... Więc może to i dobrze, że przyszłam. Wszyscy siedzieli w loży pod ścianą dość nie daleko baru, więc w sumie to z przejściem tam nie było tak źle. Wszyscy ucieszyli się, że przyszłam. Heh, miło z ich strony. Kiwnęłam im głową na przywitanie.
- Dobra, teraz mówić kto co zamawiał. - odezwałam się wreszcie uśmiechając się pod nosem. I nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Zastanawiałam się ile oni tu siedzą i ile zdążyli już wypić... Ale mniejsza z tym. Nie mogłam wyłapać pojedynczych słów przez to wszystko i traciłam już cierpliwość. Hałas klubu już sam w sobie był wystarczająco głośny, a co dopiero gdy oni się darli. - Hej! Cisza! - rzuciłam wreszcie i wszyscy zamilkli. - Po kolei. Już. - zarządziłam i wtedy wszystko zaczęło się dziać jak należy. Rozdałam każdemu co zamawiał i już miałam usiąść, gdy zorientowałam się że Castiel też tam jest. Nie był zbyt zadowolony, ale cóż, co mu poradzę. Już miałam usiąść, kiedy nagle ktoś chwycił mnie za rękę i pociągnął do siebie tak, że wylądowałam na jego kolanach. Armin. No jasne. Zaśmiałam się pod nosem i oparłam się o niego.
- Co, stęskniłeś się za mną? - zapytałam z uśmiechem popijając jednocześnie z kieliszka. Tequila, całkiem niezła swoją drogą.
- Oczywiście, że tak. Nie za wygodnie ci? - zapytał ze śmiechem kiedy próbowałam się jakoś wygodnie ułożyć. Pił. Ale na razie dawał radę.
- Zawsze i wszędzie. - powiedziałam. - A powiedz co cię skłoniło do wyjścia z domu i porzucenia swojej ukochanej konsoli? - zapytałam. Chłopak natychmiast uniósł rękę i palcem wskazał na swojego brata, siedzącego na drugim końcu loży.
- Najczarniejszy szatan. - powiedział gromiąc go wzrokiem.-  Zabrał mi ją i powiedział, że dostanę po powrocie. Przedłużacz do kabli od komputera też... - mruknął z niesmakiem. Alexy natomiast był w siódmym niebie, zadowolony mrugnął do mnie uśmiechając się szeroko i wrócił do rozmowy z Violettą. Zaraz... Violetta? W takim miejscu? Kto do jasnej cholery zmusił to biedne dziewczę do przyjścia tutaj? Chociaż w sumie... Już pewnie przywykła do hałasu. Siedzą tu zapewne nie wiadomo ile, więc wyglądała na całkiem zadowoloną. Na początku to musiała być jakaś mordęga.
Właściwie takie wyjścia całą paczką były całkiem niezłym pomysłem. Dobre oderwanie się od całej reszty świata, bardzo przydatne.
Gorszy był fakt, że nie czułam tego, ze ci ludzie to moi przyjaciele. Przynajmniej nie wszyscy. Mało się przy nich odzywałam, ale to nie było akurat u mnie nic nowego. Rzadko kiedy ktoś zwracał uwagę na to jak mało o mnie wie. Ważne, że potrafiłam się dobrze bawić. Może po prostu jeszcze za mało z nimi przebywałam? Nie przywykłam jeszcze... Tak, to z pewnością to. Nie otwieram się przed nimi za bardzo. To właściwie bezsensowne, a przynajmniej praktycznie na początku znajomości. Lepiej dmuchać na zimne, jeszcze nie znam ich... Aż tak. Musiałam być ostrożna i się nie zapominać.

***

Siedzieliśmy tam parę godzin, a czas naprawdę leciał jak szalony. I jutro mieliśmy iść do szkoły? No jasne, nie będzie najmniej połowy z nas. Ciężko będzie wytrzeźwieć po tym ile wypiliśmy, a przynajmniej niektórym. Ja starałam się mimo wszystko nie przesadzać, ale fakt faktem głowę miałam mocną. Większość z nas bawiła się przednio, Cas był przez jakiś czas nieco przygaszony, ale przeszło mu nawet szybko. Alkohol robił swoje. Dużo rozmawialiśmy, dzięki czemu dowiedziałam się mnóstwo... Rzeczy... O których zwyczajnie bym ich nie przypuszczała. Trochę potańczyliśmy, czego właściwie nie lubię ale dziewczyny wyciągnęły mnie na parkiet. Cóż, jak chciałam to umiałam się ruszać, a że ciągle czułam na sobie wzrok Castiela siedzącego kilka metrów dalej, robiłam wszystko żeby eksponować moje ciało. Tak, niech sobie chuj patrzy i się podnieca. Pierdolony zboczeniec. Co nie zmienia tego, że gdzieś głęboko chyba chciałam mu się podobać. Co jakiś czas zerkałam też na innych chłopaków. Nathaniel przyglądał się na zmianę mi i Casowi. Poważnie myślał że tego nie widać? Jak gromi czerwonowłosego lodowatym spojrzeniem... Niesamowite jak bardzo miły wobec wszystkich potrafił być, ale Castiela to nienawidził całym sercem. Zaśmiałam się pod nosem. Ogólnie sam fakt, że Nath tu był, był zaskakujący. Bardziej spodziewałam się tego, że będzie siedzieć w domu z nosem w książkach, albo spać, zwłaszcza że tydzień dopiero się zaczął.
Lysander natomiast nie patrzył na mnie jak Cas czy Nath, co jakiś czas tylko zerkał w stronę moją i reszty dziewczyn uśmiechając się pod nosem. Alexy szczerzył się do mnie, a Armin gdzieś zniknął. Może poszedł po drinki... Nie mam pojęcia,  ale byłam zbyt zajęta żeby się nad tym zastanawiać. Nagle jednak poczułam czyjąś rękę na swoim biodrze, a gdy tylko się odwróciłam by sprawdzić kim jest ta osoba i ewentualnie coś jej nagadać moim oczom ukazał się Castiel. W jednej chwili przyciągnął mnie do siebie trzymając mocno za biodra.
- Dobrze się bawisz? - rzucił z ironią. Mimowolnie oblałam się lekkim rumieńcem, ale całe szczęście raczej nie było tego widać. A przynajmniej mam nadzieję, że światła klubu tego nie pokazały.
- Świetnie, a nie widać? - odpowiedziałam pukając go w klatkę piersiową palcem. - Ty chyba też. - uśmiechnęłam się cwanie przysuwając się do niego nieco bardziej. Od kiedy jestem taka pewna siebie? Co się się ze mną stało? Ah, no tak, alkohol. Cas w odpowiedzi wbił palce w moje biodra. - Chodź, idziemy po drinki. Trzeba rozbujać tych nudziarzy. - wskazałam palcem wszystkich, którzy siedzieli pod ścianą po czym wydostałam się z uścisku chłopaka i ruszyłam w kierunku baru. Nie sprawdzałam czy za mną idzie, ale gdy tylko dotarłam na miejsce poczułam go za sobą. Oparł się o mnie lekko owijając jedną  rękę wokół mojej talii, a drugą sięgnął po coś po drugiej stronie baru. A raczej udawał że to robi, żeby odwrócić uwagę ludzi wokół od tego co w rzeczywistości próbował robić.
- Teraz już nie uciekniesz... - mruknął pochylając się nad moim karkiem. Ja natomiast postanowiłam go trochę podręczyć. Obróciłam się w jego stronę, i przybliżyłam się do niego jak najbardziej się dało, a nie mógł mi nigdzie uciec gdyż miał za sobą spory tłum. Chwyciłam go jedną ręką za kołnierz koszulki przyciągając go do siebie, a drugą oparłam się o blat za sobą. Zastanawiałam się czy to dobry pomysł traktować go w ten sposób, czy nie wybuchnie, albo cokolwiek. Ale nic się nie stało, wręcz przeciwnie, chyba mu się to spodobało. Olałam wzrok ludzi wokół i jeszcze bardziej do niego przylgnęłam.
- Oh, ktoś tu się chyba za bardzo podniecił. - zachichotałam kiedy ten gromił mnie wzrokiem. Wiedziałam, że go nakręcam i że różnie może się to skończyć, ale brnęłam w to dalej.
- Zamknij się. - rzucił tylko chwytając mnie na nowo za biodra i napierając na mnie. Próbował się przysunąć i mnie pocałować, ale nie pozwalałam mu na to. - Coś ty się dziewczynko nagle taka pewna siebie zrobiła, hm? - warknął.
- Zawsze taka byłam, po prostu jesteś ślepy. - zaśmiałam się i w jednej chwili go puściłam i odwróciłam się by zwrócić na siebie uwagę barmana. Ten przyszedł jak a zawołanie, a ja zaczęłam składać zamówienie. Biedny Cas, zostawiłam go na pastwę własnych zboczeń... Dobrze mu tak. Wymieniłam alkohole po czym rzuciłam okiem za siebie. Castiel gromił mnie zmieszanym wzrokiem połączonym z wściekłością i niepewnością. Właśnie coś takiego chciałam uzyskać. Po chwili podano mi drinki a ja tylko jednym spojrzeniem pokazałam chłopakowi ze ma mi pomóc i momentalnie to zrobił. Dość niechętnie, ale zrobił. Wróciliśmy do rozbawionego towarzystwa i zaczęliśmy rozdawać napoje.
Szczerze? Nie wiem co we mnie wstąpiło. To pewnie przez alkohol, normalnie nie zachowywałam się tak jak chwilę temu przy barze. Obym się szybko ogarnęła, bo źle się to skończy...

***

Co działo się później? Cóż, wypiliśmy jeszcze trochę... Niektórzy mniej, niektórzy więcej. Nawet Armin w tym czasie zdążył się znaleźć. Był taki jakiś dziwnie zadowolony... Oh, no proszę, a co to za ślady szminki na szyi? Hah, no ładnie ładnie. Tego bym się po nim nie spodziewała. Albo jednak? On chyba ostatecznie był najbardziej wstawiony z nas wszystkich. Chociaż właściwie nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale zachowywał się zupełnie jak nie on. Może pomijając moment, w którym wybuchnął płaczem bo chciał swoją konsolę i musieliśmy go uspokajać... Ale całkiem się trzymał.
Ostatecznie koło trzeciej nad ranem wyszliśmy stamtąd, śpiewając, wrzeszcząc i tańcząc na ulicy. Zakłócaliśmy ciszę nocną jak się tylko dało i do tej pory się dziwię, że nikt nie zadzwonił na policję. Z tego co zauważyłam, to byłam jedną z najlepiej trzymających się osób. A tak naprawdę wcale nie wypiłam mało. Castiel, oczywiście dzięki doświadczeniu trzymał się na nogach, jak należało. Alexy chyba nie wypił jakoś sporo, bo trzymał się też całkiem nieźle. To samo tyczyło się Lysa. No i oczywiście Leo był w podobnym stanie co ja. Reszta... Jak to reszta, trzymali się średnio, albo wcale. Po jakimś czasie takiego chodzenia przed siebie zauważyłam wzgórze. Dość spore, ale tam moglibyśmy w spokoju posiedzieć, a żadne z nas do domu się nie wybierało...
- Chodźmy tam. - rzuciłam ruszając pod górę rzucając tylko jednym spojrzeniem na resztę. Spotkałam się z głośnymi protestami. Właściwie bardzo głośnymi, niektórzy strasznie się wydzierali... Ale ostatecznie wszyscy się zgodzili. Chyba tylko Rozalia wciąż jęczała, aż Leo ostatecznie musiał wziąć ją na plecy i nieść, a wtedy ta zasnęła. Na szczycie oczywiście byłam pierwsza, za mną Lysander. Rozejrzałam się dookoła. Łał. Widok miasta z tej perspektywy i w dodatku nocą był przecudny. Wzięłam głęboki wdech i właśnie wtedy poczułam się tak cudownie spokojna. Niesamowite uczucie. Jakby wszystko co mnie martwiło po prostu odeszło i pozwoliło mi cieszyć się tym gdzie i z kim jestem, oraz tym co mam przed oczami.
- Niesamowity widok... - rzuciłam właściwie do siebie samej.
- Zapierający dech. - odparł Lys. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się. - Bardzo inspirujący.
- To prawda. - przytaknęłam kiedy odwzajemniał gest. I wtedy spojrzałam w górę, na nocne niebo. Nagle do oczu same napłynęły mi łzy. Nie miałam pojęcia czemu, ale... Rozgwieżdżony nieboskłon był jedną z tych niewielu rzeczy, które naprawdę szczerze kochałam. Mogłabym spędzić całe życie po prostu leżąc i na niego patrząc. Nie pozwoliłam łzom wypłynąć z moich oczu. Zamiast tego zdjęłam koszulę, położyłam ją na mokrej od rosy trawie i usiadłam na niej. Lystander zdjął swój płaszcz i zrobił to samo. Znów spojrzałam w górę i po prostu tak siedziałam gdy reszta znajomych do nas dołączała. Podkuliłam kolana i otoczyłam je ramionami. Zaczęłam szukać gwiazdozbiorów jakie znałam. A znałam ich naprawdę wiele. Interesowałam się tym... Tak właściwie od zawsze. Odkąd byłam bardzo mała kochałam gwiazdy i kosmos całym sercem.
W tamtej chwili ciągle czułam ten dziwny spokój. Ten szczęśliwy spokój, którego tak bardzo ciągle pragnęłam, a nie mogłam go mieć. I właśnie wtedy znów w moich oczach pojawiły się łzy, tylko tym razem rozpłakałam się naprawdę. Nie ruszyłam głową, dalej patrzyłam w górę, pozwoliłam, żeby spłynęły mi po skroniach. Jakaś część mojej głowy krzyczała, błagała żeby tak już zostało, a inna zapewniała że właśnie tak będzie. Byłam przepełniona ogromną nadzieją. 
Lys też był w swoim świecie, nie chciałam mu przeszkadzać, aż nagle poczułam, że ktoś kładzie mi coś na ramionach. Takie ciepłe... I przyjemne. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na siebie. Miałam na sobie skórzaną kurtkę. No jasne, Castiel. Uśmiechnęłam się lekko i popatrzyłam na niego. Stał nade mną i palił papierosa. Nikt tym razem się do niego nie pruł. Każde z nas było zajęte widokiem, nawet on. Patrzył w górę w zamyśleniu. Obejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że większość towarzystwa leży na ziemi. Część z nich już zasnęła, a część po prostu patrzyła na to co miała nad sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam dobry pomysł, żeby tu przyjść. Dotknęłam lekko wierzchu dłoni czerwonowłosego, żeby zwrócić jego uwagę na siebie. Gdy spojrzał w dół poklepałam ziemię obok siebie dając mu znak żeby usiadł obok. Przytaknął, zgasił papierosa i usiadł, ale inaczej niż się spodziewałam. Usiadł za mną, tak, że byłam między jego nogami. Następnie chwycił mnie za ramię i przyciągnął w swoją stronę bym mogła się o niego oprzeć. Otoczył mnie ramionami w talii i po prostu tak siedział. Pokryłam się lekkim rumieńcem. Cóż... To było dość nieoczekiwane, ale przyjemne. Spojrzałam w górę na jego twarz i już otworzyłam usta żeby coś powiedzieć, ale on mi przerwał.
- Przymknij się i patrz się gdzie patrzyłaś. - rzucił. Ja natomiast zaśmiałam się gdzieś w głowie. Ułożyłam się na nim wygodnie po czym spojrzałam na Lysandra, do którego dołączyła Violetta. Uśmiechnęłam się pod nosem i odwróciłam wzrok patrząc z powrotem na gwiazdy.
Niesamowity, szczęśliwy spokój...
Proszę, niech tak już zostanie.
Błagam.

...

Tik tak.

piątek, 3 lutego 2017

Rozdział XII

Minęło kilka dni i wszystko w miarę wróciło do normy. Na szczęście było spokojnie. Wyprowadziłam się od Castiela, chociaż oczywiście był tego przeciwny. Narzekał i się obrażał, ostatecznie nawet z domu nie chciał mnie wypuścić. No ale nie było wyjścia, musiałam wracać, bo skoro prawie wyzdrowiał to bez problemu mogłam zdjąć mu szwy. Oboje wróciliśmy też do szkoły, bo nie chciałam nawet słyszeć o tym, że się tam nie wybiera. Oczywiście każdy się interesował czemu akurat nas obojga nie było przez tyle czasu. Lysander i Roza milczeli, bo nikt nie miał prawa się dowiedzieć oprócz nich. Zwłaszcza tyczyło się to Amber, wystarczy ze już coś podejrzewała. Ledwo przyszliśmy do szkoły, a tu się okazało, że jeden z zespołów, który uwielbiam będzie mieć za niedługo koncert w naszym mieście.
A właśnie, wspominałam już, że Armin i Alexy są ze mną w klasie? Nie? Nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie tak jest i szczerze, jestem naprawdę szczęśliwa z tego powodu. Może chociaż teraz uda mi się z nimi naprawdę blisko poznać. Wracając, wszystkim spodobał się pomysł na wspólny wypad na ten koncert. Szczerze, naprawdę nie mogę się doczekać. Mimo wszystko mój humor był dzisiaj w marnym stanie, jakoś tak wyszło. Chyba powrót do domu nie zadziałał na mnie zbyt dobrze.
Tak czy inaczej nadeszła pora rozstania ze znajomymi, koniec dnia, trzeba wrócić do siebie. Cas chyba gdzieś się spieszył,  bo nawet go nie zauważyłam kiedy wychodził. No cóż, najwyraźniej miał coś do załatwienia, więc pozostało mi wrócić do domu sama. Droga minęła mi bardzo szybko, jedynym problemem była temperatura, która w ciągu ostatnich kilku dni znacznie spadła, dlatego było chłodno. No cóż, takie uroki jesieni. Mimo wszystko to nadal moja ukochana pora roku, tak było chyba od zawsze. Jesień jest bardzo kolorowa, sprawiająca, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech, a jednocześnie cholernie depresyjna, co ma na mnie bardzo zły wpływ. Jednocześnie ją kocham jak i nienawidzę, heh. Wróciłam do domu, weszłam do środka trzaskając drzwiami. To nie było specjalnie, wina przeciągu. Rozejrzałam się po przedpokoju. Cóż... Byłam sama. Znowu. Jak zwykle. Zdjęłam buty i skierowałam się do kuchni by zrobić sobie herbatę. Tak herbata dobrze mi zrobi... Nalałam wody do czajnika i położyłam go na palącym się już gazie. Wyjęłam z szafki mój ulubiony kubek z postaciami z mojej ulubionej gry i wrzuciłam torebkę z herbatą do środka. Usiadłam przy stoliku pod oknem i wyjrzałam za nie. Nad miastem wisiały czarne chmury, zbierało się na deszcz. Wiatr powoli zaczął poruszać kolorowymi koronami drzew, a liście stopniowo zaczęły z nich opadać. Miałam stąd doskonały widok na park, widziałam tam jakąś kobietę z dzieckiem. Bardzo się spieszyli, zapewne chcąc uciec przed burzą. Westchnęłam. Ludzie mówią, że kochają deszcz. Że kochają wiatr. Że kochają burzę i błyskawice. Ale tak naprawdę przed nią uciekają. Uciekają przed deszczem, bo boją się, że zmokną. Uciekają przed wiatrem, bo boją się, że zacznie nimi rzucać i stracą kontrolę, bo jest nieprzyjemny. Uciekają przed burzą, bo boją się błyskawic, są wstanie oglądać je tylko zza okien własnych domów.
Nie bez powodu ludzie boją się wysokości.
Po prostu nie chcą spaść.
Ale sam widok jest cudowny.
Nagle usłyszałam dźwięk gwizdka. No ładnie, znowu się zamyśliłam. Westchnęłam podnosząc się z miejsca. Wzięłam czajnik zalewając herbatę, dosypałam cukru, wymieszałam i ruszyłam na górę do swojego pokoju. Rzuciłam torbę gdzieś w kąt. Chyba nie zadali nam za dużo, na szczęście. Położyłam kubek na stoliku i zaczęłam przebierać się w jakieś luźniejsze, ciepłe rzeczy. Założyłam na siebie o wiele za duży, ciemny, wełniany sweter i czarne getry do tego, a następnie rzuciłam się na łóżko. Herbata i tak musiała ostygnąć, dlatego po prostu leżałam. Nie sprawdzałam telefonu, bo wiedziałam, że i tak nikt nie dzwonił, ani nie pisał. Przecież bym słyszała. Zamknęłam oczy. A może by się zdrzemnąć? To właściwie nie taki najgorszy pomysł...
Tik tak.
Zaczęłam wsłuchiwać się w tykanie zegara.
Tik tak.
Nie miałam ochoty nawet włączyć muzyki.
Tik tak.
Wszędzie kompletna cisza...
Tik tak.
Zupełna cisza...
Tik tak.
Nie męczy cię to?
W sensie?
Tik tak.
Ta cisza. Jest trochę denerwująca.
Tylko trochę...
Tik tak.
A nie powinnaś przypadkiem słuchać muzyki? Przecież od tego zawsze ci lepiej.
Nie... Nie chcę...
Tik tak.
Tik. Tak.
Tik... Tak...
Otworzyłam oczy uświadamiając, a raczej przypominając sobie jedną rzecz. Czemu nie słucham muzyki? Bo siedzę w kompletnej ciszy. A robię to tylko wtedy... Kiedy jest naprawdę źle. Kiedy jestem cholernie smutna. Nie słucham niczego ani smutnego, ani wesołego. Siedzę w cholernej ciszy. Podniosłam się do siadu i spojrzałam za okno. Nagle poczułam, że wszystko jest... Ciężkie. Moje ciało jest ciężkie, powietrze, mój oddech, wszystko. Obróciłam głowę w stronę szafki, sięgnęłam ręką otwierając szufladę. Zaczęłam grzebać szukając pudełka, lub saszetki, w której jeszcze by coś zostało. Ale nie było już nic. Nie wiedziałam co dalej. Znalazłam receptę, ale... Tak bardzo nie miałam siły wstać i ruszyć do apteki. Nie miałam siły żeby cokolwiek zrobić. Nikogo nie było... Znowu... Nie poradzę sobie sama. Zacisnęłam kartę w ręce. Opadłam na poduszki i podkuliłam nogi obracając się na bok. Czułam, że oczy robią mi się mokre, ale nie mogłam nic na to poradzić. W tamtej chwili chciałam tylko zasnąć i nie budzić się przez kolejne tysiąc lat.

***

Nie mam pojęcia jak długo tak spałam. Obudziło mnie walenie deszczu w szyby. No tak, burza. Było już prawie całkiem ciemno, ale i tak nie miałam najmniejszej ochoty wstać. Nadal nie czułam się dobrze, w dodatku rozbolała mnie głowa. Nagle dostrzegłam, że byłam przykryta kocem, ale nie zastanawiałam się za bardzo jak to się stało. I to wcale nie tak, że wcześniej leżał na drugim końcu pokoju, nie nie. To przecież bez znaczenia. Przewróciłam się na drugi bok i wgapiłam wzrok w szybę.
- Obudziłaś się..? - usłyszałam znajomy głos. Lekko się wzdrygnęłam. Co do cholery..? Przecież byłam sama. A może to znowu moja głowa płata mi figle? Ale nie, to tym razem nie było to. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po pokoju. Na podłodze obok szafy siedział nie kto inny jak Castiel. Nie wiedziałam czy mi się to śni, dlatego uszczypnęłam się raz. Ale to nie był sen. I właściwie... Wcale mnie to nie zdziwiło. Tylko on jest takim jełopem, żeby włamać się do mojego domu. Powinnam teraz na niego nawrzeszczeć, albo dać mu kopa w tyłek, ale nie miałam najmniejszej ochoty wstać. Patrzyłam tak na niego tępym wzrokiem i nagle zorientowałam się, że nie odpowiedziałam na pytanie. Wzruszyłam ramionami i opuściłam głowę z powrotem na poduszkę. W sumie przecież ślepy nie był, chyba widział, że nie śpię. - Strasznie długo spałaś. - rzucił podnosząc się z podłogi i podchodząc do łóżka. - Wszystko okej? - zapytał na co ponownie wzruszyłam ramionami i obróciłam się do niego plecami. Spojrzałam na szafkę, na której zobaczyłam niewielką siateczkę z paroma pudełkami. Zaczęłam układać sobie w głowie co to może być i skąd się tu wzięło. Dopiero w tej chwili pojęłam, że nie trzymam w ręce recepty, którą wyjmowałam z szuflady. Chłopak zauważył, że patrzę na pudełka znajdujące się wewnątrz torby. - Miałaś... Receptę w ręce. Nie wiem na co te leki, ale myślałem, że się przydadzą jak zobaczyłem puste pudełka... - mówił wskazując ruchem dłoni na zamkniętą już szufladę. Westchnęłam. Ważne, że nie wie po co są.
- Dzięki... - udało mi się mruknąć lekko zachrypniętym głosem. Lepsze to niż całkowite nieodzywanie się, wcześniej wcale nie mogłam wydobyć z siebie słowa. To właściwie miłe z jego strony. Podniosłam się do siadu. Głowa nadal mnie bolała, ale dzięki temu, że miałam towarzystwo chyba czułam się nieco lepiej. Oparłam się plecami o ścianę. Wzięłam wcześniej niewypitą herbatę, która już dawno ostygła i teraz była okropnie zimna. Sięgnęłam do siatki po jedno z pudełek. Tak, to było to czego potrzebowałam... Odkręciłam wieczko i wyjęłam tabletkę. Połknęłam ją i popiłam wodą. Od razu zniknęła mi suchość w gardle, teraz muszę czekać aż to zacznie działać. Cas usiadł na łóżku obok mnie i oboje zaczęliśmy się na siebie gapić. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem jakbyśmy widzieli się pierwszy raz w życiu. A przecież wcale tak nie było. Oczywiście dla niego to była nowa sytuacja, a i tak przecież prawie nic nie wie.
- Powiesz mi po co ci one? - zapytał po chwili ciszy. Z początku się nie odezwałam. Po co mu  to wiedzieć, jeszcze komuś powie, nie wiadomo co z tym zrobi. Lepiej niech to zostanie tylko dla mnie.
- Leki na ból głowy, sen i inne pierdoły. Są mocne, dlatego na receptę. Normalnie ci tego nie sprzedadzą. - skłamałam. Ale cóż, tak trzeba. On z początku przyglądał mi się tylko całkowicie milcząc. Ja natomiast skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i wtedy przytaknął. Zachowywał się nieco inaczej, jakby wiedział za dużo. Bo pewnie tak było. Nie wiem co się działo przez ostatnie kilka godzin, ale to mało ważne. Miło z jego strony, że tu był... Tego w tej chwili było mi trzeba. Chciałam gdzieś iść, ruszyć się z domu bo nie mogłam tu dłużej siedzieć. Im więcej minut minęło tym właściwie lepiej się czułam. Chciałam jeszcze tylko wyjść na świeże powietrze...
- Castiel... - zaczęłam i spojrzałam za okno. Przestało padać. - Chodźmy gdzieś. - rzuciłam jak gdyby nigdy nic. - Gdziekolwiek. - dodałam jeszcze.
- Właściwie to po to przyszedłem... - uśmiechnął się pod nosem. - Idziemy się zabawić. Wszyscy. - wstał i wyciągnął do mnie rękę, żeby pomóc mi wstać. - Rusz dupę, przebierz się i wychodzimy.
W odpowiedzi się zaśmiałam. Tak, tego zdecydowanie było mi trzeba. Chwyciłam jego rękę i podniosłam się z łóżka. Gdy wypełzłam spod koca poczułam lekki chłód i od razu miałam ochotę wrócić do ciepłego łóżka, ale to chyba nie byłoby dobre rozwiązanie.
- Już, przebiorę się pod warunkiem że wyjdziesz. - rzuciłam podchodząc do szafy, ale chłopak najwyraźniej nie miał zamiaru nigdzie iść. - Wyjdź bo się za bardzo podniecasz moim widokiem. - powiedziałam kpiąco, ale on nadal nie reagował tylko uśmiechał się cwanie, jak zawsze. Traciłam już cierpliwość, dlatego chwyciłam go za kołnierz i zaciągnęłam go do drzwi. Otworzyłam je i wypchnęłam gnoja na korytarz. - A TERAZ SPIERDALAJ. - Odwróciłam się, zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem i otworzyłam szafę. Zaczęłam szukać czegoś dobrego...
Po dłuższej chwili wyszłam z pokoju ubrana w czarne, cienkie rajstopy, zwiewną sukienkę w tym samym kolorze i na to koszulę w granatowo-czerwono-białą kratkę, oczywiście rozpiętą, poza tym była o wiele za duża i przede wszystkim luźna,ale tak samo ciepła, więc może nie zmarznę. Do tego jeszcze dołożyłam czarne glany, multum bransoletek, rozpuściłam włosy no i oczywiście poprawiłam makijaż i wszystko było gotowe. Spojrzałam na Casa, który ewidentnie był zadowolony z widoku jaki miał przed sobą.
- No, no, ładnie się dla mnie wystroiłaś... - rzucił. Ten durny uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
- Jak zawsze zabawny... - wywróciłam oczami i ruszyłam po schodach na dół. - To gdzie idziemy? - zapytałam w międzyczasie.
- Idziemy? Chyba jedziemy... - zanim zrozumiałam sens tych słów otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się motocykl. Spora maszyna, w dodatku niezła z tego co oceniłam na oko.
- No chyba sobie żartujesz... - powiedziałam stając w miejscu. On za to wziął ode mnie klucze i zamknął za nami drzwi.
- A-a, w żadnym razie dziecinko. - rzucił. Kurwa, jak on mnie nazwał?
- Dziecinko? Nie pochlebiaj sobie... - powiedziałam z ironią w głosie, ale i tak się zaśmiałam. To  było takie... Cukierkowe i całkiem mi się spodobało. Ale nie musi o tym wiedzieć. Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę motoru.
- Cas... Zabijesz nas, nie wsiądę na to. - powiedziałam stanowczo, ale nie chciał mnie słuchać.
- Uh, zamknij się i zaufaj mi choć raz w życiu. - warknął tylko po czym usiadł podając mi kask. Rzuciłam mu gniewne spojrzenie. Nie wierzę, że tak mu się daję... Ale chyba już nie było odwrotu. I tak zabrał mi klucze, dureń. Wzięłam kask i założyłam na głowę.
- A ty..? Gdzie masz kask? - zapytałam, ale nie odpowiedział.
- Chwyć się mnie, chyba, że chcesz spaść. - rzucił włączając silnik. Motocykl zawarczał, a ja lekko niepewnie objęłam chłopaka w pasie i oparłam się o jego plecy. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłabym przysiąc, że się uśmiechał, baran. I nagle ruszyliśmy ciągle tylko przyspieszając. Czułam zimny wiatr na ciele, ale to było bardzo przyjemne doznanie. Patrzyłam na drogę, na wszystko co mijaliśmy. Czułam się niesamowicie, to było cudowne. Byłam... Wolna. W końcu mogłam odetchnąć. Pokochałam tę prędkość z jaka jechaliśmy, całe to doznanie. Podróż była krótka, ale dla mnie trwała całe wieki. Była tak przyjemna, że wcale nie chciałam, żeby się kończyła. Zatrzymaliśmy się jednak pod jakimś klubem w mieście, jak się okazało jeszcze w nim nie byłam. Zdjęłam kask jednocześnie puszczając Castiela i dając mu odetchnąć. Byłam bardziej skupiona na uczuciach towarzyszących mi podczas jazdy, niż na tym gdzie i z kim byłam w danej chwili. Musiałam się uśmiechać, bo chłopak to zauważył i od razu to wyłapał. Ale nie dziwne, czułam się wręcz świetnie, a przynajmniej o wiele lepiej niż wcześniej.
- Podobało ci się. - zaśmiał się z lekką drwiną, jakby chciał mi coś udowodnić. Prychnęłam tylko, ale nie zaprzeczyłam, ani w ogóle się nie odezwałam. Zsiadłam z motoru odkładając kask na bok. Zaparkowaliśmy w jakiejś ciemnej uliczce, żeby oczywiście nikt nie zwinął nam sprzętu. Już miałam kierować się do wejścia, kiedy Cas mnie zatrzymał. Chyba coś go męczyło od czasu kiedy byliśmy w domu. Chwycił mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. - Zanim tam pójdziemy... Powiedz mi tylko... - zaczął starając się dobrać odpowiednio słowa, ale średnio mu to szło, dlatego w końcu wypalił: - Kim do jasnej cholery jest Dave..?

No jasne.

Mówiłam przez sen, prawda?

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział XI

Cały dzień byłam nieprzytomna, a raczej tak pół na pół. Trzymałam się na nogach ile mogłam, wszystko po to, żeby jak najlepiej zaopiekować się Casem. Chyba przesadzałam, nie wiem. Ale po prostu chciałam, żeby czuł się jak najlepiej i przez to zapominałam o sobie. Pomogłam chłopakowi wstać i trochę się rozchodzić. Na szczęście wszystko przebiegło po mojej myśli. Szwy się trzymają a sam Castiel czuje się lepiej. Nawet jeśli tego nie mówi, to zwyczajnie to po nim widać. Zdążył się nawet umyć a później oglądaliśmy jakiś film. Podałam mu obiad, odrobiliśmy lekcje i tak minął nam cały dzień. Wieczorem w telewizji leciał jakiś horror, więc siedzieliśmy na kanapie w salonie i oglądaliśmy. Nagle poczułam że znowu robię się senna, ale starałam się to jakoś ominąć, zrobić cokolwiek żeby tego nie czuć.
- Na co masz ochotę na kolację? - zapytałam zerkając na Castiela. On na początku nic nie odpowiedział po czym nagle uśmiechnął się szarmancko i zaśmiał się.
- No nie wiem... A ty jesteś w menu? - zapytał znacznie się do mnie przysuwając, a ja lekko się zarumieniłam, ale również wybuchnęłam śmiechem.
- Chciałbyś. - mruknęłam.
- A żebyś wiedziała. - spojrzał na mnie znacząco, a mnie zaczął robić się już mętlik w głowie. Zresztą, nie ważne, po prostu odpowiedziałam mu śmiechem.
- To jak, zjesz coś, czy nie? - zapytałam.
- Nah, raczej nie... - mruknął w odpowiedzi, ale ja tylko przewróciłam oczami i poszłam do kuchni. Zrobiłam mu hot-doga na kolację i wróciłam z powrotem do salonu kładąc mu talerz na kolanach. Spojrzał na mnie zdziwiony, ale kiwnął głową w formie takiego "Dzięki" i zabrał się za jedzenie. Po jakimś czasie poczułam na sobie jego wzrok, ale się nie odzywałam. Dopiero w momencie w którym zrozumiałam, że trwa to już dłuższą chwilę spojrzałam na Casa.
- Co? Coś nie tak? - zapytałam.
- Nie... - odparł. - Po prostu... Od przedwczoraj nie widziałem żebyś cokolwiek jadła, albo piła... - mruknął.
- Jadłam... - powiedziałam od razu bez zastanowienia. Byłam taka zmęczona, że nawet nie zastanawiałam się nad sensem tamtych słów. Praktycznie spałam na tej kanapie.
- Mhm... Okej. - odparł beznamiętnie. Zapewne nie uwierzył. - Ej, mam zadanie dla ciebie. - rzucił nagle.
- Hm? - spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
- Zamknij oczy na dziesięć sekund. - powiedział od razu, a mnie zatkało. Nie wiedziałam co kombinuje, ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, to natychmiast zasnę, A tego chciałam uniknąć.
- Ale...
- Zamykaj, no czego się boisz? - zapytał.
- Ciebie. - rzuciłam pół żartem, pół serio po czym się zaśmiałam.
- Zamykaj, bo nie ręczę. - powiedział twardo, Widocznie nie miałam nic do gadania, więc posłusznie to zrobiłam i starałam się nie zasnąć. Ale na nie wiele to się zdało, Pięć sekund później już zupełnie spałam...


***

[Castiel]

Wiedziałem że tak będzie. Obserwowałem Anę przez cały dzisiejszy dzień. Dobrze wiedziałem, że się zamęcza, że nie śpi i że zapewne też nie je. Trzeba było coś zrobić, cokolwiek żeby się nie przemęczyła i nie padła w którymś momencie, bo zauważyłem, że zaczyna ostro przeginać. Zupełnie zapomniała o własnej osobie, a tego robić nie powinna. Na szczęście udało mi się załatwić to podstępem i dziewczynie udało się zasnąć... No proszę, kto by się spodziewał, że role w końcu się odwrócą i to ja będę musiał jej pilnować żeby jadła i spała. Musi spełniać podstawowe wymagania organizmu, bo inaczej sobie nie poradzi. Głupia... Po jaką cholerę ona to robi? Westchnąłem po czym podniosłem się z kanapy. Anabelle spała na siedząco, co oczywiście było do przewidzenia. Wziąłem ją na ręce, co wcale nie było łatwe, bo bolał mnie bok i ramię zresztą też i zaniosłem ją do łóżka. Oczywiście sam też się położyłem, bo było już dość późno, zresztą, jutro będę musiał wstać wcześniej. Ale nie mogłem zasnąć. tylko leżałem opierając głowę o rękę i patrząc na dziewczynę, która leżała obok mnie. Nie mogłem oderwać od niej wzroku za nic w świecie. Bawiłem się tylko kosmkiem jej włosów i przyglądałem jej się ile mogłem. Rzadko kiedy miałem okazję tak dobrze się jej przyjrzeć, a szczerze mówiąc nie wiem co mnie naszło żeby to robić. Po prostu... Nie umiałem przestać... Ona zupełnie poprzewracała mi w głowie. Nie wiem co czuję, co robię, co myślę. Tak bardzo... Chciałbym ją mieć, chciałbym żeby była moja. Żeby nikt mi jej do kurwy nędzy nie odebrał. Nie wiem dlaczego poświęca mi tyle uwagi, czemu dalej tu jest? Czemu nie uciekła i nie zostawiła mnie dawno temu, tak jak powinna? Zrobiłem jej pieprzoną krzywdę a ona nic, nic do jasnej cholery ją nie ruszyło. Dalej tu sterczy głupia idiotka... A ja wiem, że stanie się jakaś pierdoła prędzej czy później. I wtedy odejdzie. Przez to wszystko nie mogłem zasnąć... Podniosłem się, otworzyłem okno na oścież i usiadłem z powrotem na brzegu łóżka jednocześnie odpalając papierosa.
Pierwszy raz czułem coś takiego. Nie ważne jak duże świństwa robię, ona i tak dalej tu jest, poświęca mi swój czas zamiast chodzić do szkoły i jeszcze marnuje przy tym własne zdrowie. Nie mam pojęcia co ona próbuje osiągnąć... Naprawdę mocno się zaciągnąłem po czym wypuściłem dym z ust. Jeszcze raz spojrzałem na Anę. Wyglądała tak... Spokojnie. Nie umiem określić co czułem kiedy tak na nią patrzyłem, ale do głowy przychodziło mi milion  myśli na raz. Żadna dziewczyna nigdy nie poświęcała mi aż tyle uwagi. Nie chodzi o samo zwracanie uwagi na moją osobę, bo tego mi nie brakuje. Po prostu... Nikt nie starał się być... Bliżej. Żadna dziewczyna nie starała się aż tak ze mną zaprzyjaźnić czy cokolwiek to było. Nawet Debra... Ale.... Nie będę porównywał Anabelle do... Niej, bo to byłoby przegięcie. Ona przestała dla mnie istnieć.
Nagle w pokoju zrobiło się chłodno i zauważyłem, że Ana zaczęła się niespokojnie wiercić i lekko drżeć, dlatego zgasiłem niedopałek i zamknąłem okno. Położyłem się z powrotem do łóżka nakrywając dziewczynę kocem, siebie zresztą też.
- Dobranoc mała... - mruknąłem tylko i zamknąłem oczy zapadając w głęboki sen.

***

Cudem obudziłem się przed Anabelle, ale na szczęście dzisiaj przyszło jej pospać dłuzej. Zrobiłem śniadanie, bo to wcale nie jest tak, że nie potrafię gotować, bo potrafię. Po prostu mi się nie chce, dlatego zawsze zamawiam. Zrobiłem jajecznicę i tosty oraz kawę i zaniosłem do pokoju w którym dziewczyna wciąż spała. Położyłem tacę z jedzeniem na stoliku po czym szturchnąłem dziewczynę w bok.
- Wstawaj... - mruknąłem ponuro dźgając ją dalej.
- Mhm... - mruknęła tylko na początku i obróciła się na drugi bok, ale nie minęła długa chwila i nagle zerwała się do siadu przecierając oczy. - Co? Która godzina? Zaspałam... - zaczęła mamrotać pod nosem i już próbowała wstać, ale jej nie pozwoliłem.
- Siedź tu. - rzuciłem patrząc na nią ostrym spojrzeniem.
- Ale Cas... Muszę zrobić śniadanie i ogarnąć... - zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.
- Przymknij się. - warknąłem kładąc jej tacę na kolanach. - I jedz. I nie próbuj mówić że nie jesteś głodna... - rzuciłem i usiadłem obok.
- Ale czekaj... A ty... - znów starała się coś powiedzieć.
- Jadłem już, naprawdę nie denerwuj mnie tylko jedz do jasnej cholery. - powiedziałem w końcu, a ona posłusznie przestała mówić i zaczęła jeść. Nie odrywałem od niej wzroku nawet na chwilę, ale ona ciągle patrzyła to w talerz, to na podłogę. Dopiero po dłuższej chwili się odezwała i spojrzała w moją stronę.
- Przepraszam... Zasnęłam... nawet nie wiem kiedy... - mamrotała pod nosem cały czas, a to robiło się nie do zniesienia.
- Przestań kurwa, naprawdę. Nie dość że się mną przejmujesz to jeszcze mnie przepraszasz za taką pierdołę! - nie wytrzymałem i podniosłem się z miejsca. - Myślisz że jestem głupi i nie widzę, że nie śpisz i nie jesz bo się mną zajmujesz? Naprawdę zacznij kurwa myśleć o sobie, a nie tylko o innych. - nie mogłem tak dłużej stać, więc po prostu wyszedłem z pokoju. Chyba znów mnie trochę poniosło...

***

[Anabelle]

Siedziałam na łóżku z tacą na kolanach i nie mogąc się ruszyć. Zupełnie mnie zatkało i nie wiedziałam co mam zrobić. Castiel musiał się nieźle wkurzyć, to było widać. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to co się stało... Znowu przestałam się sobą przejmować i zatraciłam się w głupiej opiece nad drugą osobą... Ah... Ale jestem głupia. Westchnęłam po czym wzięłam się do jedzenia, bo wiedziałam, że Cas pewnie nie chciał mnie widzieć póki nie zjem. Zresztą i tak bym to zrobiła, bo byłam potwornie głodna. Szczerze mówiąc, smakowało mi. Zaczęłam się zastanawiać czemu Castiel nie gotuje, skoro umie. Ale odpowiedź była oczywista. Po prostu był leniwy i wolał zamawiać. Gdy zjadłam w końcu odważyłam się wyjść z pokoju. Weszłam do kuchni, gdzie zastałam chłopaka palącego papierosa przy otwartym oknie. Był odwrócony do mnie plecami, a ja w ogóle bałam się odezwać. Odstawiłam naczynia do zlewu z zamiarem umycia ich później. Obróciłam się w stronę Castiela, ale on wciąż patrzył za okno i nie odezwał się ani słowem. Nie mogłam znieść tej denerwującej ciszy, więc podeszłam do niego i pociągnęłam go za rękaw koszulki, którą miał na sobie.
- Castiel... Nie obrażaj się na mnie. - wypaliłam pierwsze co mi przyszło do głowy. On na początku nie reagował, ale po chwili wypuścił dym z ust i obrócił się w moją stronę. Zmierzył mnie poważnym wzrokiem po czym przewrócił oczami. Spuściłam wzrok, w ogóle nie wiedziałam co powiedzieć. Ale chłopak po chwili mnie pogłaskał jak gdyby nigdy nic.
- Dobra, już, ogarnij się. - rzucił. - I więcej tak nie rób. - dopiero wtedy na niego spojrzałam i przytaknęłam. - A teraz się zbieraj, wychodzimy. - powiedział jeszcze gasząc papierosa.
- Jak to? Gdzie idziemy? - zapytałam zaskoczona.
- Zobaczysz. - powiedział tylko.
- Ale nie możesz... - starałam się mu uświadomić że to nie dobrze żeby gdziekolwiek szedł, ale zmierzył mnie tak groźnym spojrzeniem, że momentalnie się zamknęłam i poszłam do łazienki żeby się umyć i przebrać.

***

Pół godziny później byłam gotowa do wyjścia, Castiel również. Ubrałam się w szary sweter zakładany przez głowę, sięgający mi do ud, czarne spodnie, glany i do tego ciemno-zieloną kurtkę, również sięgającą mi do ud. Włosy splotłam w dwa, luźne warkocze po obu stronach, a na rękach jak zwykle miałam multum bransoletek. Do tego jeszcze czarny naszyjnik z wisiorkiem w kształcie małego księżyca i możemy iść. Gdy tylko wyszłam z łazienki chłopak zlustrował mnie swoim spojrzeniem i uśmiechnął się pod nosem.
- No, ładnie ładnie. - rzucił, a ja również się uśmiechnęłam i razem ruszyliśmy w stronę drzwi. Nie miałam pojęcia dokąd idziemy, ale jak się okazało chłopak zaprowadził mnie do galerii handlowej w naszej okolicy. Powiedział, że idziemy na pizzę, bo przez jeden dzień mam nie gotować, bo mi kategorycznie zabrania, a jemu samemu się nie chce. Teoretycznie mogliśmy zamówić... Ale dotarło do mnie, że pewnie chciał się jakkolwiek wyrwać z domu. W sumie to mu się nie dziwiłam, w końcu od dawna nigdzie nie był. Szliśmy tak powoli kierując się w stronę pizzerii, gdy nagle gdzieś dalej dostrzegliśmy chłopca siedzącego na ławce. Na oko mógł mieć może z cztery, lub pięć lat. Strasznie płakał i wołał swoją mamę. Spojrzałam na Castiela znacząco, ale on chyba sam miał zamiar tam podejść i właśnie tak zrobił. Poszłam za nim i przyglądałam się temu co robi. No cóż, nie spodziewałabym się czegoś takiego po nim, no chyba że chciałby dzieciaka po prostu uciszyć. Natomiast od podszedł do chłopca i spytał jak ma na imię. Mały odpowiedział mu, że ma na imię Charlie i od razu przestał płakać. Ja natomiast przyklęknęłam koło chłopca i powiedziałam żeby poszedł z nami i że znajdziemy jego mamę. Chyba się ucieszył, bo przytaknął i chwycił mnie za rękę po czym grzecznie poszedł z nami. Zaprowadziliśmy go do punktu informacyjnego i poprosiliśmy o wezwanie mamy chłopca przez głośnik i właśnie to się stało. Przypuszczam, że kobieta chyba już długi czas go szukała, bo przybiegła do biura i rozpłakała się na widok synka. Przytuliła go mocno i prosiła, żeby więcej się sam nie oddalał. Potem zaczęła dziękować mi i Castiel'owi za pomoc, a on powiedział tylko: "Na drugi raz pilnuj go, kurwa, lepiej." i skierował się do wyjścia. Wszystkich nas zatkało, mnie, matkę dziecka i wąsatego faceta z biura. Za to chłopiec podniósł oczy na mamę, wytarł nos i powiedział "Frytki". Na to kobieta przytaknęła. Ja jeszcze przeprosiłam ją za zachowanie Casa i powiedziałam im "do widzenia", po czym wybiegłam z biura żeby dogonić chłopaka. On chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać...

sobota, 29 października 2016

Rozdział X

- Alexy?! Ale co ty tutaj robisz? - zawołałam nie mogąc uwierzyć, że to właśnie jego widzę.
- No... Leżę. - zaśmiał się, a ja od razu wyciągnęłam do niego rękę żeby pomóc mu wstać. Kim był dla mnie Alexy? Był... Moim kumplem, ze starej szkoły. Co prawda nie znaliśmy się jakoś specjalnie długo, ale był jedną z niewielu osób, której zdążyłam w miarę zaufać. Czemu? Bo... Był jedną z niewielu osób, która nigdy ale to nigdy mnie nie zawiodła. Bardzo lubiłam i jego i jego barta bliźniaka Armina. Gdyby nie fakt, że się wyprowadziłam mogłaby to być naprawdę ładna przyjaźń. Pewnie dziwi was, że o tym wspomniałam, ale tak właśnie było. Takich ludzi jak on właśnie potrzebowałam. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć.
Gdy tylko się podniósł od razu rzuciłam mu się na szyję.
- Co ty tu robisz? - powtórzyłam praktycznie go dusząc.
- No cóż... Przeprowadziliśmy się, zmieniliśmy liceum, ogólnie parę rzeczy się wydarzyło. - zaśmiał się. - Nawet nie wiesz jak się cieszę że cię widzę. - dodał odwzajemniając uścisk i dodatkowo podnosząc mnie nieco nad ziemię. Ah... Jak mi tego brakowało.
- Wierz mi, wiem aż za dobrze. - uśmiechnęłam się serdecznie. Nigdy o nim nie wspominałam, bo nasza znajomość nie była zbyt długa, ani jakoś za specjalnie głęboka, ale to nie wina nas samych, tylko czasu jaki ze sobą spędziliśmy. Chłopak opuścił mnie na ziemię, a ja pozwoliłam mu odetchnąć. Jak zwykle uśmiechał się tym swoim słodkim uśmiechem. Normalnie biło od niego szczęściem i było to ogromnie zaraźliwe. Własnie dlatego cała sytuacja sprzed kilku minut zupełnie wyleciała mi z głowy. I wszystko byłoby w porządku gdyby ten cholerny telefon nie zadzwonił znowu. Wściekłam się i natychmiast wyjęłam go z kieszeni i rozłączyłam nie patrząc kto to był, ale dobrze znałam odpowiedź.
- Nie odbierzesz? - zapytał niebieskowłosy i spojrzał na mnie z zaciekawieniem przekręcając głowę na bok.
- Nie, to nikt ważny, naprawdę. - uśmiechnęłam się i schowałam telefon z powrotem do kieszeni. Na co on wzruszył ramionami, ale dobrze wiedziałam, że w głębi widzi że coś jest nie tak. Na tyle na ile znałam Alexego zauważyłam, że spostrzega... Więcej, niż zwykli ludzie. Ma ten dar co ja. Wyczuwa więcej uczuć w innych osobach niż można sobie wyobrazić.
- Skoro już się spotkaliśmy, to co powiesz na to, żeby iść na jakąś kawę i ciastko? - zapytał.
- Ciastko? O tak, ja zawsze! - zaśmiałam się.
- A spróbowałabyś się nie zgodzić. - również zaczął się śmiać i poprowadził mnie do pobliskiej kawiarni,

***

I tak właśnie upłynęło mi całe popołudnie i przy okazji wieczór. Alexy nie zmienił się nic a nic, dalej był tym cudownym, fantastycznym i roześmianym chłopakiem, którego znałam wcześniej. Wiele mi opowiedział, co działo się pod moją nieobecność, dlaczego się przeprowadzili i co ogólnie się zmieniło. Ale obiecałam mu, że to zostanie między nami, dlatego pozwólcie, że nie będę tu o tym opowiadać. Skoro tylko ja o tym wiem, to niech tak zostanie. Zaczęło robić się już naprawdę późno i aż sama się sobie dziwiłam że tyle czasu spędziłam na rozmowie z jedną osobą. Ale co ja poradzę, że było nam naprawdę dobrze, bo ta kawiarnia miała niesamowicie przyjemny klimat. Siedzieliśmy na takich mega wygodnych pufach i popijaliśmy czekoladę zajadając ciastka. Normalnie wymarzone popołudnie żeby się odstresować. Co jakiś czas czułam w kieszeni wibrujący telefon, więc musiałam się rozłączać, co było naprawdę denerwujące, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. W końcu trzeba było się zbierać, bo to miejsce miało zostać zamknięte z a 10 minut, a my nawet nie zauważyliśmy, że jest prawie 22. Ostatecznie wygramoliliśmy się na zewnątrz. Było już naprawdę chłodno, a ja głupia, nie wzięłam kurtki. W dodatku byłam w krótkich spodenkach i crop topie, ale przynajmniej miałam bluzę. Nie wiem czemu, ale w dzień nie czułam tego cholernego chłodu. Alexy proponował mi że pożyczy mi swoją kurtkę, ale mu zabroniłam, bo sam by zmarznął. W końcu po raz kolejny poczułam wibracje telefonu i wyciągnęłam go z zamiarem rozłączenia się, ale chłopak był szybszy. Wyrwał mi go i odebrał nie odzywając się. Stał tak chwilę słuchając co mówi osoba po drugiej stronie słuchawki, aż w końcu się rozłączył.
- Chyba... Musisz sobie coś z kimś wyjaśnić. - powiedział tylko. wiedziałam, że to Castiel, bo słyszałam jego głos, ale nie rozumiałam nic z tego co mówi. - Powiedział żebyś wróciła i parę innych rzeczy, ale to chyba nie ode mnie powinnaś to usłyszeć. - patrzył na mnie swoimi różowymi oczami, jakby chciał wyczytać ze mnie wszelkie emocje. A ja nie wiedziałam, co powinnam czuć, jak się zachować. Stałam tak przez chwilę w bezruchu. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę z własnego błędu, że nie powinnam wychodzić od Casa, nawet jeśli bardzo mnie wkurzył. Przecież mogło mu się coś stać.... Ale zaraz, w końcu od czego miał tą swoją dziwkę. Biłam się tak z myślami, ale na szczęście przerwał mi Alexy. - Masz mi coś do powiedzenia? - zapytał udawanym głosem surowego rodzica, albo starszego brata. Mimo, że było to zabawne, nie mogłam się na tym skupić.
- Musimy iść... - powiedziałam chwytając go za rękę i ciągnąc w stronę domu buntownika. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam przecież sprawdzić przynajmniej czy wszystko okej, zresztą zostawiłam go na cały dzień bez kolacji czy czegokolwiek. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego jak duży błąd popełniłam zostawiając go tam i od razu zaczęłam mieć wyrzuty sumienia...

***

Pół godziny później byliśmy już pod domem Castiela. Drzwi oczywiście nie były zamknięte na klucz, więc nie było problemu z wejściem do środka. W całym domu w ogóle nie paliło się światło, więc nie wiedziałam co mam sobie myśleć. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, bo do głowy przychodziły mi same najgorsze scenariusze. Zapaliłam światło w korytarzu, ale wszystko było tak, jak zostawiłam wychodząc. Od razu skierowałam się do pokoju Castiela i otworzyłam drzwi na oścież nawet nie pukając. Światło z przedpokoju dotarło na drugi koniec pomieszczenia, gdzie zobaczyłam chłopaka leżącego na łóżku plecami do drzwi. Na początku się zawahałam, ale po chwili podeszłam do łóżka i położyłam rękę na jego ramieniu. Chciałam tylko sprawdzić czy nic mu nie jest, ale o natychmiast strącił moją rękę. Cholera, coś było nie tak. Obróciłam się z powrotem do drzwi gdzie w progu pokoju stał Alexy. Podeszłam do niego, uściskałam go, a na ucho szepnęłam mu, że dziękuję za dzisiaj i że zobaczymy się niebawem, innymi słowy grzecznie kazałam mu sobie iść. Niebieskowłosy na szczęście od razu zrozumiał i wyszedł na pożegnanie głaskając mnie po głowie.
Zgłosiłam światło, zdjęłam buty, obróciłam się i podeszłam od razu do Casa. Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam się przyglądać czerwonowłosemu.
- Castiel... - wymamrotałam, ale on ani drgnął. Ogromnie gryzły mnie wyrzuty sumienia przez to ze w ogóle nie odbierałam i zostawiłam go tu całkiem samego. Co prawda z tą dziwką, ale ona pewnie też szybko się zmyła. - Wszystko... W porządku? - zapytałam, ale znów zero reakcji. Widziałam wcześniej, że ma otwarte oczy, więc na pewno nie spał, ale musiałam jakoś zadziałać. Problem w tym, że jeśli on będzie się tak zachowywać, to do niczego nie dojdę. W końcu wstałam i już miałam skierować się do wyjścia kiedy poczułam rękę chłopaka na swoim nadgarstku. Wystarczyła jedna chwila i już leżałam koło niego. O nic nie pytając, ani nawet nie odzywając się słowem po prostu mnie przytulił i nie wypuszczał.
- Cas... - zaczęłam.
- Cicho bądź. - przerwał mi, a i tak mnie zatkało. Nie wiedziałam czemu, ale nagle poczułam się niesamowicie dobrze i zrobiło mi się tak ciepło... Ale za każdym razem tak było. Czułam jak jego dłoń jeździ mi po plecach i było to naprawdę przyjemne. Dopiero teraz zaczęłam odczuwać tak ogromne zmęczenie. Nie wiem czemu nie zorientowałam się jak bardzo wykończona jestem.
- Ale... - znów starałam się coś powiedzieć.
- Po prostu śpij. - powiedział twardo. A ja jakoś... Nie miałam siły, żeby mu się sprzeciwić, więc po prostu zamknęłam oczy i zaczęłam zasypiać. Przez sen usłyszałam tylko jakby ciche "Przepraszam...".

***

Nim się obejrzałam był już ranek, obudziłam się dalej będąc w ramionach chłopaka. Popatrzyłam na niego, a ten dureń nie spał, tylko obserwował mnie jak gdyby nigdy nic. Wzdrygnęłam się i poderwałam do siadu. Rozejrzałam się po pokoju.
- Która... Która godzina? - zapytałam.
- Przed 9, wyluzuj, jest wcześnie. - powiedział chłopak dalej nie odrywając ode mnie wzroku. Westchnęłam i przetarłam oczy.
- Akurat, tak ci przypomnę, że to nie ty musisz zrobić obiad i do tego posprzątać... - powiedziałam po czym wstałam, wzięłam ubrania z torby i skierowałam się do łazienki. - Co chcesz na śniadanie? - zapytałam jednocześnie czesząc włosy i wiążąc je w dwa warkocze. Nie usłyszałam jednak odpowiedzi. - Tosty mogą być? - odwróciłam się, a gry chłopak przytaknął wyszłam z pokoju.
Pół godziny później już krążyłam po kuchni ubrana w czarne getry i czarnej bluzie (https://yohstore.com.br/wp-content/uploads/2016/05/East-Knitting-OT-002-harajuku-style-Star-print-hoodies-Skull-Cross-sweatshirts-2015-winter-new-pullover-3.jpg) i robiłam Castielowi tosty z dżemem i jednocześnie zastanawiałam się co zrobić na obiad. Gdy śniadanie było gotowe zaniosłam je chłopakowi do pokoju razem ze szklaną soku pomarańczowego, uśmiechnęłam się na odchodne i wróciłam do kuchni biorąc się do dalszej pracy. Dziś na obiad będzie spaghetti!

***

Wierzcie mi na słowo, że to jak traktowałam tego chłopaka... Nie wiem zwyczajnie skąd to się wzięło. Po prostu czułam, że kogoś potrzebuje. Że to wcale nie jest tak, że on jest chamem bez powodu. Bo to reakcja obronna na ból zadawany przez innych ludzi. Każdy reaguje na to inaczej, jedni płaczą, inni się śmieją, a jeszcze inni odchodzą bez słowa. Ale Castiela cechuje to, że jest wredny i niemiły. Ale to zapewne nie było tylko jego winą. Nie wiem ile ten chłopak przeżył, bo nie powiedział i nie chce mówić mi wszystkiego, ale stwierdziłam, że muszę się nim zaopiekować. Nieważne czy będąc zawsze obok, czy gdzieś z boku. Nie musi widzieć, wystarczy że będzie czuł... Wsparcie. Tak to powinno wyglądać, prawda? Doszłam do tego wszystkiego po jakimś czasie, kiedy zaczęłam więcej dostrzegać. Czasem... Mam wrażenie, że wiem o ludziach za dużo, rozumiem za dużo rzeczy i o wiele za szybko dorosłam. Wyczuwam więcej emocji niż inni, dostrzegam więcej. Mam tendencję do tego, że stawiam innych nad własne zdrowie i nad własną osobę. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale ja zwyczajnie nie potrafię inaczej. Nie umiem oderwać się od ludzi, na których mi zależy, nie wiem dlaczego. Nie umiem ich zwyczajnie zostawić i jestem obok nie ważne jak bardzo mnie krzywdzą. A przynajmniej się staram, staram się im pomagać, opiekować się nimi, stwarzać im pewną formę bezpieczeństwa, daję im własne zaufanie... Ale często robię to za bardzo. Często otwieram się przed ludźmi, którzy nie rozumieją, bo zawsze, nie ważne jak bym chciała do takiego otwarcia dochodzi. Pokazuję własne wnętrze, oswajają mnie ludzie, którzy nie powinni byli wcale tego robić. I właśnie to jest najbardziej bolesne, dlatego się ograniczam. Dlatego nie chcę płakać, pokazywać siebie i własnych emocji. Dla ich bezpieczeństwa i swojego własnego.
Cały dzień minął mi bardzo szybko. Praktycznie nic się nie działo oprócz tego, że Lysander nas odwiedził i przyniósł nam lekcje. Nie chciałam mu wspominać o wczorajszej sytuacji, ale wiedziałam że zapewne Cas wszystko mu powiedział. Zwyczajnie unikałam tematu jak mogę, bo to było zdecydowanie łatwiejsze. Gdy siedzieliśmy wieczorem z Castielem po zmianie opatrunków i ogarnięciu całego domu. Czekałam aż zaśnie a przy okazji się uczyłam, bo to przydatne i przynajmniej później nie będę musiała nadrabiać.Nie wiem czemu w ogóle nie odczuwałam zmęczenia, mimo tego że wcale nie wstałam późno, a była już prawi północ. Postanowiłam wykorzystać energię do samego końca i zrobić ze sobą coś pożytecznego.
- Nie zamierzasz spać? - usłyszałam cichy głos Castiela leżącego koło mnie. Zerknęłam na niego i zobaczyłam jak wpatruje się we mnie tymi swoimi ciemnymi oczami.
- Uczę się, poza tym nie jestem zmęczona. - powiedziałam, lekko się uśmiechnęłam i wróciłam do czytania.
- Kujon. - mruknął ponuro i obrócił się plecami do mnie. Ja tylko wzruszyłam ramionami śmiejąc się pod nosem i wróciłam do nauki.
Naprawdę nie wiem jak to się stało, ale zanim się obejrzałam nastał ranek i trzeba było wziąć się za gotowanie i zakupy. Z tego co myślę Cas będzie mógł dzisiaj spokojnie wstać i się przejeść po domu. Rany ładnie mu się goją i już niedługo będzie można zdjąć mu szwy i wszystko powinno być okej. Podniosłam się z łóżka i dopiero w tej chwili poczułam uderzające zmęczenie. Nie wiem skąd się wzięło, ale nagle tak strasznie zachciało mi się spać. Ale nie mogłam sobie na to pozwolić przez to że właśnie teraz maiłam już mnóstwo rzeczy do zrobienia. Zastanawiałam się czemu do jasnej cholery mój organizm nie dał mi od tym znać wcześniej? No ale już trudno... Trzeba jakoś przeżyć ten dzień...
"Zaraz... Czy ja wczoraj coś jadłam...?" - pytałam się w myślach. "Chyba nie... Nie pamiętam. Zaraz trzeba będzie coś zjeść... Albo nie, może później." - i tak właściwie wyszło na to, że całkiem o tym zapomniałam. Tak bardzo zatraciłam się w opiece nad Castielem, że zupełnie zapomniałam o sobie. A to nie mogło skończyć się dobrze...

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział IX

Stałam w progu pokoju wkurzona jak nie wiem. Patrzyłam na czerwonowłosego z irytacją. Kiedy on siedział sobie na brzegu łóżka jak gdyby nigdy nic z zamiarem wstania. Okno było otwarte na ościerz, a w ręce chłopaka widniał odpalony papieros. Dobrze, że okno miał zaraz koło łóżka, więc miałam pewność, że przynajmniej nie wstawał.
- Kładź się do jasnej cholery! - warknęłam i podeszłam do niego. Wyrwałam mu z ręki fajkę po czym trzepnęłam go poduszką, którą miałam pod ręką.
- Ej! Chorego się nie bije! - zawołał podnosząc ręce w geście obronnym.
- Skoro jesteś taki chory, to kładź się i nie wstawaj. - coraz bardziej wychodziłam z siebie.
- Jasne, nie ma sprawy... O ile położysz się ze mną. - powiedział uśmiechając się zawadiacko.
- Chyba cię główka boli.
- No, a żebyś wiedziała... - mruknął. Po chwili za sobą usłyszałam ciche chrząknięcie. No tak, zapomniałam o Lysie. I nawet dobrze że nam przerwał bo już miałam rzucić tekstem "To masz problem" i się obrazić. No cóż, tak bywa. Po chwili westchnęłam i zaczęłam szukać w torbie leków przeciwbólowych.
- Hej stary. - mruknął ponuro Castiel do białowłosego i posłusznie położył się z powrotem.
- Cześć Castiel... Jak się czujesz?
- Nie najgorzej, poza tym, że ból jest nie raz nie do wytrzymania, to daję radę. - wzruszył ramionami.
- Słyszałem, że mieliście tu wczoraj salę operacyjną. - powiedział Lys i uśmiechnął się lekko.
- Ta... Ana poskładała mnie do kupy. - zaśmiał się pod nosem.
- Właśnie, wdzięczny masz być i się słuchać, a nie... - dorzuciłam na co oboje wybuchnęli śmiechem, ale ja pozostałam poważna. - No i co was tak bawi, serio mówię. - powiedziałam obracając się do nich. Zauważyłam, że Cas trzyma się za bok. Podeszłam do niego podając mu tabletkę i szklankę z wodą. - A ty się lepiej nie śmiej, bo jeszcze zapaści dostaniesz. - wywróciłam oczami ale i tak się uśmiechnęłam. Poczochrałam mu tą czerwoną czuprynę po czym obróciłam się do Lysa.
- To jak? Zostawić was samych? - zapytałam z uśmiechem. Tak coś czułam, że powinni sobie wyjaśnić... Parę spraw. Białowłosy przytaknął.
- Jakbyś mogła... - powiedział.
- Nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się. Przed wyjściem wyrzuciłam fajkę za okno i zamknęłam je. - Tylko pilnuj żeby nie wstawał. - dodałam jeszcze. Po chwili podeszłam do Casa i weszłam na łóżko. Zaczęłam szukać tego cholerstwa... Jakimś cudem znalazłam się nad chłopakiem.
- No proszę... Sama mi do łóżka włazisz... - zaśmiał się.
- Przymknij się. - powiedziałam sucho po czym wysunęłam rękę pod jego poduszkę i zaczęłam tam grzebać. Castiel chyba ogarnął o co chodzi i zaczął się rzucać.
- Ej co ty ogarniasz... Zostaw to... - mówił i chciał mnie obezwładnić, ale byłam szybsza. Wyprostowałam się siadając na nogach chłopaka i machając ręką w górze w której była paczka papierosów.
- Haha! Szach mat! - zaśmiałam się. - Nie ma palenia, jeszcze sobie zaszkodzisz. - powiedziałam po czym zanim buntownik zdążył cokolwiek zrobić zeskoczyłam z łóżka. Zauważyłam jak bardzo Lys jest rozbawiony całą sytuacją, ale nie skupiłam się na tym, tylko czym prędzej uciekłam z pokoju.

***

Siedziałam przed lustrem, które znajdowało się na ścianie w przedpokoju. Nie wiem jak długo tam sterczałam, ale siedziałam tak opierając się o ścianę i patrząc na własne odbicie.
"I co? Tak dobrze się bawisz? Przecież nawet nie masz ku temu powodów..." - przysłuchiwałam się własnym myślom.
- Właśnie że mam... Przecież tak uwielbiam się z nimi śmiać. - wymamrotałam pod nosem.
"Niby z kim? Dziewczyno, ogarnij się. Oni nie chcą dla ciebie dobrze, nie masz nikogo. Zawsze byłaś i będziesz sama."
- Przestań...
"Przecież taka jest prawda. Nikt cię nie potrzebuje, ani ciebie ani twojej pomocy. Jesteś nikim."
- To nieprawda! - zaczęłam mówić coraz głośniej i chwyciłam się za głowę. - Przecież Castiel... Ktoś musi mu teraz pomagać..
"Oh, proszę cię. Dobrze wiesz, że sam dałby sobie świetnie radę. Nigdy nie byłaś i nie jesteś mu potrzebna. Wykorzysta cię jak wszyscy. I tak zostaniesz sama!"
- Kłamiesz! - teraz już krzyknęłam i skuliłam się w miejscu. I wtedy nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Anabelle... Z kim rozmawiasz? - usłyszałam głos Lysandra.
- Z... - zaczęłam ale nie umiałam dokończyć, rozejrzałam się po przedpokoju.
- Ana... Nikogo tu nie ma. - powiedział spokojnie, a ja podniosłam na niego wzrok. Dopiero wtedy zorientowałam się, że płaczę. Spojrzałam w jego dwukolorowe oczy i w jednej chwili poczułam jak chłopak mnie przytula. - Spokojnie... Już dobrze... - mruknął i zaczął mnie delikatnie głaskać. Wtedy od razu się w niego wtuliłam i pozwoliłam się uspokoić.
- Co... Co się stało? - zapytałam.
- Rozmawiałem z Castielem, kiedy nagle usłyszałem, że z kimś rozmawiasz... Myślałem, że przez telefon, ale miałem przeczucie że coś jest nie tak, bo nagle zaczęłaś krzyczeć. Więc przyszedłem to sprawdzić. - powiedział cały czas tym samym spokojnym tonem.
- Ah... No tak... - mruknęłam pod nosem.
- Musiałaś zasnąć i coś ci się przyśniło.
- Tak... To pewnie to... - powoli zaczęłam się uspokajać i dochodzić do siebie. - Słyszałeś co mówiłam?
- Większość... - powiedział a ja tylko przytaknęłam.
- W porządku. W każdym razie... Zapomnij o tym, dobrze? To mi się czasem zdarza. - uśmiechnęłam się i przetarłam oczy.
- Ale... - zaczął ale mu przerwałam.
- Proszę. - powiedziałam patrząc mu w oczy. Wtedy westchnął.
- Skoro sobie tego życzysz... Ale pamiętaj, że gdyby coś było nie tak, to zawsze możesz mi powiedzieć. - dodał jeszcze.
- Jasne... Dzięki. - zaśmiałam się pod nosem. Cieszyłam się, że mogę na niego liczyć. A poza tym to było... Miłe. To, że był obok, kiedy chyba potrzebowałam czyjejś obecności. Po chwili wyswobodziłam się z objęć chłopaka i uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił. - Wyjaśniliście sobie wszystko? - zapytałam żeby przerwać niezręczną ciszę i uniknąć zbędnych pytań.
- Tak... Tak sądzę... - powiedział i oboje skierowaliśmy się do sypialni Castiela. Gdy tylko wyszłam do pomieszczenia zobaczyłam jak chłopak siedzi pod ścianą i mi się przygląda z taką dziwną... Troską? Nie... To niemożliwe.
- Wszystko okej? - zapytał ciągle się we mnie wpatrując na co od razu przytaknęłam i uśmiechnęłam się pogodnie. Po chwili Lys oznajmił że już pójdzie, a jutro przyniesie nam zeszyty, żebyśmy mogli nadrobić nieobecności. Podziękowałam mu i gdy pożegnaliśmy się z nim od razu padłam na łóżko.
- Uh.... Mam dość... Poszłabym spać... - jęknęłam.
- To idź, droga wolna. - rzucił czerwonowłosy grając w jakąś grę na swojej komórce. Już miałam mu odpowiedzieć gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Czyżby Lysander czegoś zapomniał? Westchnęłam po czym podniosłam się i ruszyłam do drzwi. Gdy tylko je otworzyłam zobaczyłam jakąś dziewczynę, blondynkę, wytapetowaną lalunię. Wyglądała... No cóż, jak dziwka. Miała na sobie mini spódniczkę i biały obcisły top z ogromnym dekoltem, który zaznaczał jak duży ta dziewczyna ma biust, do tego jeszcze te czarne szpilki, przez które dziewczyna zdawała się wyższa.
- Um... Tak? - mruknęłam.
- Zastałam Castiela? - zapytała swoim słodkim, wysokim głosem, który już mnie denerwował.
- Najpierw powiedz ktoś ty, a później przejdziemy do dalszej dyskusji... - mruknęłam.
- Jestem Ada, dziewczyna Castiela. A teraz z łaski swojej przepuść mnie złotko. - powiedziała, ale ze względu na to, że nie drgnęłam ona przepychnęła się koło mnie. Zamurowało mnie... Jak to dziewczyna? O co tu chodzi? Zamknęłam drzwi i poszłam za nią. I wtedy zobaczyłam jak ona siada mu na kolanach i zaczynają się migdalić. Kurwa... Tego już za wiele. Chrząknęłam znacząco.
- Cassi? Może mnie przedstawisz swojej dziewczynie? - zapytałam słodkim głosem. Chłopak wtedy oderwał się od Ady i spojrzał na mnie.
- A tak... To Anabelle, moja koleżanka. - powiedział jakoś tak dziwnie obojętnie, a ja starałam uśmiechnąć się jak najmniej sztucznie. - Pomaga mi.
- Może macie ochotę na coś do picia? - zapytałam. Chciałam po prostu wyjść stamtąd jak najszybciej.
- Jak możesz to przynieś mi proszę wodę, lekko gazowaną najlepiej i z plasterkiem cytryny. - powiedziała ta zdzira.
- Jasne... - rzuciłam po czym zniknęłam za drzwiami i zajęłam się swoim. Miałam kompletny mętlik w głowie. Nie umiałam sobie nic ułożyć.... Nie wiem czemu. Zaczęłam kroić cytrynę i wtedy usłyszałam za sobą kroki. Ta dziwka stanęła koło mnie i uśmiechnęła się jadowicie.
- Mam do ciebie prośbę złociutka, z łaski swojej nie zbliżaj się do Castiela. - powiedziała.
- Bo co? - warknęłam. - Opiekuję się nim i nic ci do tego.
- Bo jest mój. - te słowa aż ociekały jadem. - A co do tej opieki... To idź lepiej do domu. Już ja się nim zajmę i zrobię to o wiele lepiej od ciebie. Nie jesteś mu już potrzebna. - zaśmiała się pod nosem i skierowała się z powrotem do sypialni chłopaka. Najpierw mnie zatkało, ale gdy tylko poczułam jak te słowa zabolały... W tym momencie wbiłam nóż w tacę.
- Pierdol się wstrętna dziwko... - wysyczałam przez zęby starając się pohamować łzy. Wzięłam tacę na której leżały dwie szklanki i dzbanek z wodą z cytryną. Po chwili podeszłam do drzwi i pierwsze co usłyszałam to stłumiony jęk tej dziewczyny. Tak chcesz się bawić? No to proszę bardzo, zacznijmy przedstawienie. Weszłam do pokoju otwierając drzwi z buta i spojrzałam na tamtą dwójkę. Dziewczyna siedziała Casowi okrakiem na kolanach będąc już w samym staniku. Całowali się bez opamiętania i przestali dopiero gdy drzwi huknęły o ścianę. Bez słowa podeszłam do stolika nocnego i położyłam na nim tacę. Zaczęłam nalewać wodę do szklanek i wtedy znów usłyszałam głos tej żmii.
- No już pospiesz się, nie mamy całego dnia... A jak widzisz mamy ważne sprawy do załatwienia. - zaśmiała się słodko. Wtedy nie wytrzymałam. Ona traktowała mnie jak jakąś służącą, jakbym była nikim. Spojrzałam na Casa, ale on się nie odzywał.
- Ha... Wiesz gdzie to mam? - warknęłam do niej. - Dokładnie, w dupie. - chwyciłam szklanki do rąk i wylałam jej na głowę, a ona zaczęła piszczeć.
- Jesteś chora na głowę! - krzyknęła.
- Ana... Cholera, co ci jest? Pogrzało cię do reszty? - powiedział Castiel, a wtedy ja spojrzałam na niego wściekłym spojrzeniem.
- Wiesz co? Zamknij wreszcie ten ryj. - powiedziałam ze wściekłością. Chwyciłam dzbanek i wylałam mu całą zawartość na głowę. - Może teraz ta twoja dziwka się tobą zajmie, co? Tylko uważaj, żeby ci szwy przypadkiem nie popękały. - powiedziałam z pogardą po czym skierowałam się do wyjścia szybkim krokiem.
- Ana... Czekaj! - zawołał.
- Wal się. - rzuciłam nie obracając się za siebie po czym wzięłam klucze i wyszłam z domu trzaskając drzwiami. Mam tego serdecznie dość.

***

Szłam tak szybkim krokiem nie patrząc nawet przed siebie. Byłam wściekła. i to nie dlatego, że byłam zazdrosna, czy cokolwiek w tym stylu, zwyczajnie tamta dziewczyna wyprowadziła mnie z równowagi. Ni miałam zamiaru pozwolić na takie traktowanie. Za kogo ona się w ogóle miała? To pewnie nawet nie była jego "dziewczyna", tylko kolejna łatwa panna. Zdążyłam zauważyć, że Castiel chyba po prostu nie umie zrezygnować z czegoś takiego. Ale nie to mnie denerwowało, po prostu czułam się jakbym w ogóle nie istniała, wtedy gdy weszłam do pokoju. Musiałam... Od tego odetchnąć. Za wiele emocji jednego dnia. Po drodze wcisnęłam w uszy słuchawki i zupełnie olałam dzwoniący telefon. Nie wiedziałam czy to Cas czy ktokolwiek inny, ale szczerze, miałam to w głębokim poważaniu. Nie miałam najmniejszej ochoty nawet słyszeć w tej chwili jego głosu. Ciągle patrzyłam w ziemię i wszystko byłoby w porządku, gdybym nagle na kogoś nie wpadła. na szczęście ustałam na nogach, ale chłopak przede mną już nie...
- Uważaj jak leziesz... - warknęłam nawet nie wysilając się żeby przeprosić. Usłyszałam śmiech, który... Z kimś mi się kojarzył, ale nie miałam pojęcia z kim. Wtedy na niego spojrzałam i zobaczyłam... Te niebieskie włosy i te różowe tęczówki, które tak dobrze utknęły w mojej głowie. Przewertowałam twarze moich znajomych i nagle mnie oświeciło. To była chyba jedyna osoba, którą miałam ochotę widzieć w tej chwili, a z drugiej strony, której w życiu bym się tu nie spodziewała. - O mój Boże.... Alexy! 

piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział VIII

[Castiel]

Obudziłem się w środku nocy z cholernym bólem głowy, boku i ramienia. Jęknąłem ledwo słyszalnie przez zaciśnięte zęby. Musiałem wstać i wziąć leki przeciwbólowe, bo myślałem, że nie wytrzymam. Otworzyłem oczy i dopiero teraz zauważyłem, że Ana trzyma rękę na mojej klatce piersiowej i śpi obok mnie. No tak... Przecież to właśnie ona się mną zajęła. Eh... Ona jest niesamowita. Ostrożnie chwyciłem jej dłoń żeby ją od siebie odsunąć i spróbowałem się podnieść. Ale nie miałem za bardzo siły, poza tym czułem tylko ten cholerny ból, który narastał z każdą chwilą.
- Ja pierdole... - warknąłem na głos ze wściekłością i to właśnie obudziło Anę. Zobaczyła, że opieram się na przedramionach i próbuję wstać i momentalnie poderwała się do siadu.
- No i co ty robisz, cholera? - zaczęła się na mnie drzeć. - Gdzie leziesz w tym stanie matole?
- Nie drzyj tej mordy, łeb mnie napierdala... - powiedziałem. Dziewczyna powoli się uspokoiła, następnie sięgnęła po szklankę z wodą i tabletkę po czym podała mi je. Połknąłem kapsułkę i oddałem jej naczynie.
- A spróbuj mi jeszcze raz próbować wstać, to cię uduszę własnymi rękami. - powiedziała twardym głosem.
- Oczywiście "mamo". - rzuciłem z ironią i opadłem z powrotem na poduszkę.
- Eh... Przecież mówiłam żebyś mnie obudził jakby coś się działo... - westchnęła. Ja natomiast przewróciłem oczami.
- Musisz się wyspać, zresztą i tak wystarczająco problemów ze mną masz. - odparłem niewiele myśląc. Anabelle właśnie wtedy gasiła lampkę, po czym położyła się z powrotem i obróciła w moją stronę.
- To co? Mam w ogóle nie spać, żeby cię pilnować? - zapytała. Ja natomiast momentalnie prychnąłem, ale nie odezwałem się już. Przecież... Kurwa... Czy ona musiała się mną zajmować? Przecież nie jestem małym dzieckiem, umiem dać sobie radę. Całe życie umiałem.
- Nie uwolnisz się ode mnie póki się dobrze nie poczujesz. I tak stąd nie pójdę nawet jak będziesz próbować mnie wyrzucić. - usłyszałem.
- A po jaką cholerę?
- Bo potrzebujesz opieki pacanie. - ciągle miała niezadowolony głos.
- Nie potrzebuję, nigdy nie potrzebowałem i nie będę potrzebować. Przez całe życie sam sobie radziłem i teraz też tak będzie. Bo ciągle jestem kurwa sam. - warknąłem i obróciłem głowę w drugą stronę, żeby na mnie nie patrzyła. Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę z sensu własnych słów. Nie wiem czemu to powiedziałem, po prostu to samo ze mnie wyleciało, ale nie odezwałem się więcej. Nastała chwila ciszy, ale nie patrzyłem co robi Ana. Na razie trułem sobie w głowie jaką głupotę właśnie popełniłem. Nie potrzebnie się w ogóle odzywałem. Nagle jednak poczułem dłoń dziewczyny na swoim ramieniu.
- Ale wiesz... Ja nie zostawiam ludzi, kiedy potrzebują pomocy. Dlatego... - i wtedy jej przerwałem.
- Zapomnij o tym co powiedziałem. Tego po prostu nie było. Po prostu daj sobie spokój. - rzuciłem ponuro, ale ona mnie nie posłuchała i po prostu dokończyła co chciała powiedzieć.
- Dlatego już nie musisz się martwić tym, że będziesz sam. Pamiętaj że zawsze możesz na mnie liczyć. - powiedziała cicho i wtedy obróciłem lekko głowę w jej stronę. Dziewczyna siedziała na łóżku i uśmiechała się do mnie, jak gdyby nigdy nic. Chyba... Jeszcze nikt mi tak nie powiedział. Nikt nigdy nie zachowywał się tak względem mnie.
- Ana... - zacząłem.
- Słuchaj, wiem jak to jest. Wiem czym jest samotność, wiem jak to jest... I nie chcę żeby ktokolwiek.musiał się czuć w ten sposób. - powiedziała, a następnie pochyliła się i mnie przytuliła. Czułem bijące od niej ciepło i od razu zrobiło mi się jakoś... Lepiej. Chyba jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego. Cholera... Co mi jest? Co się ze mną kurwa dzieje? Ta dziewczyna... Ona... Zupełnie zawróciła mi w głowie. Nie potrafiłem racjonalnie myśleć. Co mi się stało?
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - rzuciła jeszcze ze śmiechem, wtedy lekko uśmiechnąłem się pod nosem.
- A kto w ogóle powiedział, że będę chciał to zrobić? - zaśmiałem się lekko. - Wiesz... Wizja własnej pokojówki całkiem mi pasuje. - rzuciłem.
- Pokojówki? O nie, nie. Na zbyt wiele to ty sobie nie pozwalaj. - odsunęła się z lekkim niezadowoleniem w głosie.
- Jeszcze przydałby ci się taki seksowny strój... Ale właściwie nie wiem, czy byłoby co oglądać. - powiedziałem to specjalnie żeby jej dopiec, dodatkowo jeszcze wskazałem ruchem głowy na jej biust. Dziewczyna momentalnie się zarumieniła i walnęła mnie poduszką.
- Śpij cholero. - rzuciła, położyła się i obróciła plecami do mnie. - I nie patrz mi więcej na cycki! - dodała jeszcze, a ja parsknąłem śmiechem. To chyba jednak nie był dobry pomysł, bo od razu zabolał mnie bok. Chyba jeszcze nie powinienem się tak bardzo śmiać. Po chwili i tak się zamknąłem gdy tylko po raz kolejny oberwałem poduszką. Powoli czułem, że leki przeciwbólowe zaczynają działać i dzięki temu w miarę szybko udało mi się zasnąć.

***

[Anabelle]

Obudziłam się o w pół do dziewiątej, czyli w miarę wcześnie jak na mnie. Chyba poczułam taki... Obowiązek? Nie wiem jak to nazwać. Na całe szczęście Cas spał jak zabity, więc mogłam spokojnie wstać i iść na zakupy. Zebrałam się w miarę szybko, odświeżyłam i wzięłam portfel i telefon po czym wyszłam. Znalazłam klucze leżące na szafce w przedpokoju, więc zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam. Chciałam szybko to wszystko załatwić, żeby skoczyć jeszcze do domu po kilka swoich rzeczy i zdążyć zanim Castiel się obudzi. W końcu będę pewnie musiała u niego trochę zostać...
Kupiłam wszystkie potrzebne rzeczy, żeby ugotować obiad, a poza tym, żeby po prostu były w domu na najbliższe kilka dni. Ten chłopak w końcu musi przestać pochłaniać to śmieciowe jedzenie, bo to źle wpływa na organizm. Po zakupach pognałam jeszcze do siebie, spakowałam sobie trochę ubrań, szczoteczkę do zębów, szampon, trochę ubrań, szczotkę do włosów, ładowarkę, książkę i parę innych potrzebnych mi rzeczy. Przy okazji przebrałam się w luźny, czarny crop top, czarne krótkie spodenki i trampki. Glany jednak wzięłam ze sobą, żeby mieć jakieś buty na zmianę. Tak więc ruszyłam z torbą pełną rzeczy przewieszoną przez ramię i siatkami pełnymi zakupów do domu buntownika.
Droga nie zajęła mi długo, ale trochę się namęczyłam niosąc to wszystko. Torbę z rzeczami zostawiłam w korytarzu, a siatki z zakupami zaniosłam do kuchni. Pierwsze za co się zabrałam to oczywiście sprzątanie pustych butelek i porozbijanego szkła, później tez pozmywałam naczynia i wytarłam blaty. W takim chlewie nie dałoby się gotować... Gdy już wszystko ogarnęłam zabrałam się za gotowanie. Pomyślałam, że upiekę naleśniki. Może dzięki temu Castiel będzie mieć dobry humor? Oby tak właśnie było...

***

Jakiś czas później przyszłam do pokoju chłopaka z tacą w rękach, na której leżał talerz pełen naleśników z owocami i bitą śmietaną, oraz kubek z herbatą. Lubiłam gotować, sprawiało mi to dużą przyjemność i nie szło mi to najgorzej. Jak się okazało chłopak już nie spał. Nie wiedziałam jak długo, ale lustrował mnie swoim spojrzeniem. Ruchem głowy nakazałam mu się podnieść po czym położyłam mu poduszkę pod plecy i usiadłam obok.
- Wyspałeś się? - zapytałam spokojnie i zaczęłam kroić naleśnika.
- Mhm... - mruknął tylko w odpowiedzi. Czyżby obudził się ze złym humorem? O nie... tylko tego brakuje... Podniosłam wzrok i spojrzałam na niego. Patrzył na mnie typowym dla siebie ponurym spojrzeniem.
- Coś nie tak? - zapytałam, ale on tylko wywrócił oczami. Nie miałam pojęcia o co może mu chodzić, ale postanowiłam już nie zwracać na to uwagi. - Lepiej się czujesz?
- Trochę. Ale to draństwo cholernie boli. - rzucił z niezadowoleniem w głosie.
- To normalne... Musi boleć, bo się goi. - powiedziałam. - Zaraz na to spojrzę i zmienię ci opatrunki. - dodałam po czym położyłam mu tacę na kolanach. Pokroiłam mu jedzenie, żeby nie musiał nadwyrężać zranionego ramienia, a skoro czuł się lepiej, to nie będę musiała już go karmić. Na szczęście. Przynajmniej obejdzie się bez narzekania. Nastała chwila milczenia w której zaczęłam się zastanawiać jak... Zapytać go co takiego się wydarzyło? Kto w ogóle mu to zrobił i czy w ogóle to pamięta? W końcu był tak schlany, że nie zdziwiłabym się gdyby o wszystkim zapomniał. Teraz tak siedziałam i przyglądałam się mu kiedy jadł zastanawiając się od czego zacząć. Wyglądało na to, że mu smakowało, nawet jeśli się nie odzywał.
- I co? Dobre? - zapytałam żeby przerwać ciszę.
- Ujdzie... - mruknął, ale i tak wiedziałam że jest o wiele lepsze. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem.
- Cas... Powiedz mi, w co się znowu wykopałeś? - zapytałam w końcu prosto z mostu.
- O co ci znowu chodzi? - rzucił z niezadowoleniem.
- Nie udawaj debila, gadaj kto cię tak urządził? - zaczęłam tracić cierpliwość.
- A co cię to?
- Gadaj, bo się obrażę i nie będę ci gotować... - powoli działał mi na nerwy. Ale wtedy się zamknął i wbił wzrok w ścianę. Chyba się zastanawiał co powiedzieć. - Tylko nie kłam, bo od razu zauważę. - dodałam jeszcze.
- No dobra! - warknął. - Nachlałem się i skończyły mi się fajki, to poszedłem do sklepu niedaleko. Jak wychodziłem to jakiś gość na mnie wpadł i zaczął mnie wyzywać. To się wkurwiłem i rzuciłem się na tego gnojka. Ale było z nim dwóch kumpli i miał nóż... Nie dałem im rady i tyle! - warknął. A ja momentalnie chwyciłam go za nadgarstek, żeby się uspokoił. Zrobiłam to odruchowo, ale widać, że pomogło, przynajmniej trochę.
- Czemu tak strasznie się upiłeś? - zapytałam jeszcze przypominając sobie w jakim był stanie, kiedy go spotkałam i to ile pustych i porozbijanych butelek znalazłam w kuchni.
- A co cię to kurwa obchodzi? - był coraz to bardziej wściekły.
- Bo chcę wiedzieć, a co nie wolno mi? - nie umiałam znaleźć dobrego argumentu.
- ...
- ... No mów kuźwa póki mam cierpliwość. - wyrzuciłam w końcu.
- Bo nie mogłem znieść tej pieprzonej sytuacji, rozumiesz? - warknął i spojrzał mi w oczy.
- A... Ale... Jak to?
- Nie mogłem znieść tego że się do mnie nie odzywasz, że zupełnie mnie olewasz bo zrobiłem głupotę... Bo jestem kurwa idiotą! - powiedział, a ja zaczęłam śmiać się pod nosem. - No i z czego się kurwa brechtasz? - chyba wyprowadziłam go z równowagi.
- Przepraszam... - powiedziałam z szerokim uśmiechem. - Już w porządku. - pogłaskałam go lekko. - Po prostu... Nie krzywdź już więcej nikogo. - powiedziałam, ale chłopak się nie odezwał. Wiedziałam że tego nie chciał, a poza tym ja też nie powinnam wiązać z nim zbyt wielkich nadziei. To było zwykłe zauroczenie, o którym teraz powinnam zwyczajnie zapomnieć. - Na drugi raz jeśli będziesz mieć jakiś problem, to nie upijaj się, jasne? Bo będęzmuszona wylać do zlewu cały alkohol w tym domu i wtedy już nie będzie tak różowo. 
- A spróbuj tylko, to łeb ci ukręcę. - powiedział, ale uśmiechnął się tym swoim zawadiackim uśmieszkiem. Hah... To zabawne, że potrafił mi to powiedzieć, że w ciągu jednej doby tyle się o nim dowiedziałam. I teraz wiem... Że muszę dopilnować, żeby ten chłopak nie czuł się samotny. Pewne jego błędy i wady trzeba po prostu zaakceptować. I cała ta sytuacja wpłynęła na mnie tak, że nie potrafiłabym dłużej się na niego gniewać... I chyba... Zaczęłam dostrzegać w nim kogoś bliskiego. Mówię to chyba pierwszy raz w życiu... Coś czuję, że to początek pięknej przyjaźni.

***

Nagle usłyszałam dźwięk telefonu w pokoju Casa. Szybko zerwałam się z kanapy i pędem pobiegłam do pokoju chłopaka. Weszłam najciszej jak mogłam, ale na całe szczęście spał jak zabity. I dźwięk telefonu go nie obudził? To jakim sposobem on wstaje do szkoły? Wzięłam telefon z szafki nocnej i cichaczem wyszłam z pokoju. Nie spojrzałam nawet kto dzwoni, więc po prostu odebrałam.
- Halo? - odezwałam się.
- Castie... Czekaj... Ana?! - usłyszałam znajomy głos w słuchawce. To był Lys.
- No, co tam? - zapytałam ze śmiechem. Znowu ta sama sytuacja.
- A... W porządku, mam się dobrze, ale zaraz, zaraz. Czemu masz telefon Castiela? - wrócił do tematu.
- No no jestem u niego, opiekuję się nim. Miał mały wypadek i...
- Czekaj... Wypadek? Wszystko z nim dobrze? - zapytał od razu. Dobrze ze mimo wszystko martwił się o przyjaciela. Słyszałam od Rozy, że po tamtej sytuacji z imprezy strasznie się pokłócili.
- Tak... Czuje się lepiej.
- Słuchaj... Mógłbym wpaść na chwilę? Coś czuję, że to nie rozmowa na telefon...
- Jasne, nie ma sprawy. - powiedziałam wesoło. 
- To do zobaczenia.
- Do zobaczenia. - i rozłączył się, a ja wróciłam przed telewizor. Wskoczyłam na kanapę przeskakując oparcie i zaczęłam oglądać jakiś serial. I tak mijały minuty, aż w końcu zaczęłam się nudzić. Zaczęłam przeskakiwać po kanałach szukając czegoś dobrego i podświadomie zaczęłam śpiewać.

"One day, there was a girl, who cried tears of pearls.
And her eyes were blue and green, like none I've ever seen.
And she met a man that night, who filled her with delight.
And he spoke in poetry and rhyme, and she loved him in no time.

But he changed and then soon he became jealous of her beauty and fame.
And he locked her away and he forced her to play songs that were blue, 
songs that were grey.
Yeahm yeah.

So then this lonely girl, had had enough of her world.
So she climbed to the top of the tallest tower and stood there for way over an hour,
until she decided she'd jump, so she jumped with a very loud thump.
And all of the neighbours they came out and cried,
when they discovered, that this poor girl had died.
And a boy, he just came out a gasped at this beauty asleep on the grass.
Well, her eyes were like none he had seen, except for the girls in his dreams.

Then he changed and then soon he became depressed, and very, very strange.
He'd lock himself away for days and days.
And play songs, that were blue, and play songs that were grey.
And play songs that reminded him of that day.
Yeah, yeah.

One day there was a girl, who fell in love with a boy in a different world.
And she speaks to him at night, only in a certain light.
She wore white, when he wore black and they were like a perfect match.
And though one was dead, and one was alive through many years their love did survive.

Till time faded and soon they became both exactly the same.
And they both are floating in the sky singing their own lullabies of
a song of them that reminds them of a past time.
A song that reminds them of a past day
A song that is blue a song that is grey."

Nawet nie zauważyłam kiedy się tak rozśpiewałam, ale miałam nadzieję, że nie obudziłam tym przypadkiem Castiela.
- Masz cudowny głos... - usłyszałam za sobą i momentalnie podskoczyłam. Odwróciłam się i zobaczyłam Lysandra, który patrzył na mnie i uśmiechał się jak gdyby nigdy nic. 
- Dz... Dzięki... - wymamrotałam gdy do mnie dotarło że właśnie mnie skomplementował i lekko się zarumieniłam.
- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć. - powiedział jeszcze.
- Nie szkodzi. Po prostu się zagapiłam. - zaśmiałam się pod nosem. No tak, Lys to przecież najlepszy kumpel Castiela, dlatego miał prawo wchodzić to domu bez pukania ani dzwonienia. A może to zrobił, tylko nie słyszałam? Cholera, nie wiem... - Zjesz coś? - zapytałam. - Upiekłam naleśnikiiii~ - rzuciłam wesoło i podreptałam do kuchni zanim jeszcze zdążył odmówić. Grzecznie poszedł za mną a ja zabrałam się za przygotowywanie porcji dla niego.
- Cieszę się widząc cię w tak dobrym nastroju. - uśmiechnął się. - Pomóc ci w czymś?
- Ani mi się waż! - rzuciłam od razu ze śmiechem na co Lys usiadł przy stole. I dopiero w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadłam. Tak się przejęłam tym zajmowaniem Casem, że zupełnie zapomniałam o sobie. No cóż... Kwestia przyzwyczajenia. Z tego powodu zaczęłam przygotowywać też porcję dla siebie.
- A... Właściwie... To co się stało Casowi? - zapytał Lysander.
- Schlał się i go napadli. Jeden gość miał nóż, więc dostał nim parę razy... No i nie najlepiej by się to skończyło gdybym go nie znalazła. - powiedziałam nie odrywając wzroku od patelni. - Chcesz coś do picia?
- Tak, poproszę.
- Może być sok? - spojrzałam na niego pytająco na co ten przytaknął. Nalałam soku do szklanki i podałam mu ją po czym wróciłam do gotowania.
- Był w szpitalu?
- Nie. Nie chciał żebym dzwoniła po karetkę... Nie wiem czemu... Więc musiałam wszystko załatwić sama. - obróciłam się do niego i pusiłam mu oczko. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie do końca do niego dotarło. - No po prostu, pozszywałam go. - zaśmiałam się jakby to było oczywiste. Lys momentalnie zaczął się krztusić.
- Czekaj... Co zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem.
- No założyłam mu szwy. Tak to jest jak ma się tatusia lekarza. - powiedziałam z uśmiechem.
- Eh... Za każdym razem gdy z tobą rozmawiam coraz bardziej mnie zaskakujesz... - powiedział już spokojniej. Niesamowite jaki był opanowany, praktycznie zawsze.
- To... Dobrze? - zapytałam dość niepewnie.
- Oczywiście. - uśmiechnął się lekko, co odwzajemniłam. Po chwili postawiłam przed chłopakiem talerz pełen naleśników z owocami i bitą śmietaną. Sama usiadłam na przeciwko i wzięłam się za jedzenie własnej porcji. Muszę przyznać że wyszły mi całkiem nieźle. Za to Lys...
- Są przepyszne... - powiedział zaraz po spróbowaniu. Wyglądał na zachwyconego.
- Uh... Dziękuję. - uśmiechnęłam się wesoło. Lys był naprawdę miły i cieszyłam się, że znałam kogoś takiego jak on... Naprawdę.
- Powiedz mi... Wszystko u ciebie w porządku? - wypalił w końcu.
- Tak... Ale... O nie, nie mów mi, że ty też zaczynasz z tamtym na imprezie? - spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a jego policzki pokrył lekki rumieniec. Czyli właśnie o to chodziło. - Ten temat... Jest zamknięty. To przeszłość. A muszę się skupić na tym co mam tu i teraz. Całą resztę wyrzuciłam w niepamięć bo on... Powiedział że tego nie chciał że nie wiedział...
- Brał coś prawda? - Lys mi przerwał. Spojrzałam w jego dwukolorowe oczy i przytaknęłam.
- Tak mówił... - mruknęłam.
- No tak... To było do przewidzenia. - chyba dręczyły go wyrzuty sumienia za to jak wtedy potraktował Casa.
- W każdym razie wybaczyłam mu. Nie ma sensu dłużej rozdrapywać ran, które... I tak nie miały uzasadnienia. - dodałam. Chłopak spojrzał na mnie lekko zaskoczony, a gdy dotarło do mnie co powiedziałam od razu zmieniłam temat. Takie rzeczy, jak te, które teraz poruszyłam... To były moje własne przemyślenia. Nie powinnam była mówić tego na głos. - Mam prośbę... Prawdopodobnie nie pojawimy się z Castielem w szkole przez parę dni. Czy mógłbyś nam przekazywać jakoś notatki z lekcji? Bardzo cię proszę... To ważne. - powiedziałam, a chłopak od razu bez namysłu się zgodził. - Dzięki, jesteś cudowny. - zaśmiałam się, wstałam i mocno go przytuliłam. Chłopak odwzajemnił uścisk aż w końcu go puściłam i pozwoliłam mu dokończyć obiad. Sama wsunęłam mnóstwo naleśników, bo nie oszukujmy się, kocham jeść a i tak nie tyję. I to właśnie uwielbiam w moim organizmie.
- Pójdę sprawdzić czy Castiel wstał. - rzuciłam odkładając naczynia do zlewu. Po czym podreptałam do pokoju chłopaka i po cichu uchyliłam drzwi. Jednak czegoś innego się spodziewałam, a to co zobaczyłam wyprowadziło mnie z równowagi. - Castiel cholero! Powtarzam ci po raz setny, nawet nie próbuj wstawać! I zostaw kurwa te fajki!