piątek, 12 sierpnia 2016

Rozdział VI

Nie wiem jak długo trwała moja droga do domu, ale porządnie się zdyszałam. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i od razu pobiegłam na górę. Zrzuciłam z siebie buty i wskoczyłam na łóżko. Sama nie wiem czemu, ale łzy nie ustępowały. Nic przecież nie łączyło mnie z Castielem, żadne głębsze uczucie, a mimo to i tak... Czułam że serce mnie boli. To było cholernie nie sprawiedliwe. Ale przecież Rozalia mnie uprzedzała. Mówiła, że on taki jest, a ja nie słuchałam. Uh... To takie beznadziejne. Nigdy nie wiedziałam co powinnam zrobić w takich momentach, ale nie mogłam być beksą. Nie mogę płakać przez takiego palanta, to nie w moim stylu. Trzeba po prostu odsunąć to na bok... Prawda?
Od tego wszystkiego, aż rozbolała mnie głowa, a moje powieki... Zrobiły się tak ciężkie... Nie miałam siły nawet spojrzeć na zegarek i po chwili zapadłam w sen.

***

[Lysander]

Szczerze, dobrze się bawiłem przez cały ten wieczór. Choć muszę przyznać, że nie specjalnie przepadam za alkoholem, to sam trochę wypiłem... Ale nie była to moja wina! To Roza i Leo mnie do tego namówili, a ja nie mogłem tak po prostu im odmówić.
Ostatecznie zabawa przeszła do gry w butelkę z większością uczestników imprezy. Oczywiście pech chciał żeby na samym początku już wypadło na mnie, no ale cóż, powiedziałem całą prawdę, którą miałem przyznać i na tym poprzestałem. Co prawda czułem, że ilość alkoholu, którą w siebie wlałem miała wpływa na to jak funkcjonowałem, ale jednak potrafiłem utrzymać język za zębami. Kolejną osobą była Roza, która zażyczyła sobie wyzwanie, ale że nie potrafiłem wymyślić nic sensownego zrobił to za mnie Castiel. i szczerze to od razu trochę tego pożałowałem, bo dziewczyna nie zgodziła sie wykonać zadania i musiała zdjąć koszulkę. Nie zdziwił mnie ten widok w końcu to dziewczyna mojego brata, ale i tak rzuciłem jej przepraszające spojrzenie. W końcu jakbym to ja zadawał to z pewnością by tak nie skończyła. Następnie padło na Anę, którą Rozalia zamknęła w garderobie. Dostała podobne zadanie, tylko że osobę z którą miała się całować wybieraliśmy my. Po jakichś dziesięciu minutach to Castiel został tam zamknięty razem z Anabelle. Oczywiście sprzeciwiał się, ale nie miał wyboru bo Roza wepchnęła go tam na siłę. Eh... Skąd ja wiedziałem jak to się skończy? No cóż, to było oczywiste. Po piętnastu minutach ich wypuścili i każdy już wiedział, że zadanie zostało wykonane. Ana wróciła do gry, a Castiel gdzieś zniknął.
Pół godziny później dziewczyna poszła go szukać. Aż sam zacząłem się martwić gdzie mój najlepszy kumpel się podziewa. Starałem się bawić z resztą, ale coś mi tu nie grało. Spojrzałem w kierunku w którym poszła Anabelle i zobaczyłem, że stoi tak patrząc tępo w głąb korytarza. Na coś co tylko ona mogła tam dostrzec. Wstałem z miejsca i podszedłem do niej. Zmartwiłem się, bo nie wiedziałem czy wszystko z nią w porządku.
- Ana... - powiedziałem do niej wyciągając dłoń w jej stronę. I wtedy dostrzegłem łzy. Dziewczyna się rozpłakała, nie wiedziałem czy zdawała sobie z tego sprawę, ale właśnie tak było. W tamtej chwili popatrzyłem w tym kierunku co ona. Szczerze... Zastanawiam się czemu widok, który wtedy ujrzałem mnie nie zdziwił? Był tam Cas z jakąś dziewczyną, której nawet nie znalem, on zresztą pewnie też. Znałem mojego kumpla na tyle... Że było to do przewidzenia. Już miałem coś powiedzieć i odciągnąć Anę od tego widoku, ale w tym momencie dziewczyna uciekła. Wybiegła z mieszkania mijając tamtą dwójkę, a ja nawet nie mogłem nic zrobić. Zauważyłem tylko, że w tej chwili Cas przerwał to co robił i wbił wzrok w drzwi. Chyba dotarło do niego co się właśnie stało.
W końcu odwróciłem się żeby spojrzeć w kierunku reszty towarzystwa by sprawdzić czy ktokolwiek prócz mnie to widział. Tuż za mną stała Roza, która była świadkiem całego zajścia. Patrzyła na mnie smętnym wzrokiem, chyba też się tego spodziewała, ale nie chciała nic mówić. Źle to wszystko wyszło. Stałem tak jeszcze kilka sekund i zastanawiałem się co dalej, aż nagle nogi same mnie pokierowały. Ruszyłem w kierunku buntownika, a gdy tylko znalazłem się obok położyłem mu dłoń na ramieniu a następnie obróciłem go w swoją stronę.
- Powiesz mi co robisz? - zapytałem spokojnym, ale poważnym głosem. Nie mogłem w ogóle złapać jego wzroku, ale to nie dziwne biorąc pod uwagę ilość alkoholu, którą w siebie wlał...
- A nie widzisz? Właśnie znalazłem sobie dziewczynę. - rzucił ze śmiechem wskazując ruchem dłoni na tamtą dziewczynę, która momentalnie się zmyła. Dziewczynę? Akurat. Z każdą chwilą moje zdenerwowanie rosło, ale nie dawałem sobie tego po sobie poznać. - Nie rozumiem o co ci chodzi.,.. - dodał jeszcze.
- Ujmę to tak... Gratuluję ci tego co właśnie zrobiłeś. Skrzywdziłeś kolejną osobę. - powiedziałem a następnie odwróciłem się, wziąłem swoją kurtkę i ruszyłem w stronę drzwi. Kątem oka dostrzegłem, że Casa chyba zatkało. - Radziłbym ci się zastanowić nad tym co robisz i mówisz... - dodałem nawet nie odwracając się w jego stronę a następnie wyszedłem z domu w tą ciemną noc. Trzeba znaleźć tę dziewczynę zanim cokolwiek jej się stanie...

***

Szedłem tak dość długo rozglądając się po okolicy, ale nigdzie nie mogłem dostrzec Any. Ostatecznie skierowałem się do jej domu a jednocześnie ciągle nie przestawałem do niej wydzwaniać. Szczerze... Martwiłem się i to bardzo. Sam nie byłem pewien dalczego, ale przecież Anabelle była mają dobrą koleżanką. To przecież normalne. W końcu dotarłem pod jej dom. Zapukałem, ale odpowiedziała mi cisza. Powtarzałem czynność na przemian z dzwonieniem przez pewien czas aż w końcu zrezygnowany nacisnąłem na klamkę, a drzwi się otworzyły. Ah... Ana jest taka nierozważna, zostawiła otwarte drzwi. Jeszcze ktoś by się włamał...
Może nie powinienem był wchodzić bez zaproszenia, ale musiałem upewnić się czy z nią wszystko w porządku i czy w ogóle znajduje się w domu.
Rozglądałem się po pomieszczeniach, ale za żadne skarby nie mogłem jej znaleźć. W końcu skierowałem się na górę, gdzie dotarłem do jej pokoju. Zastałem ją spokojnie śpiącą na łóżku. Na szczęście... Wyglądało że wszystko jest w porządku. Postanowiłem zaraz zadzwonić do Rozy, ale to jak stąd wyjdę. Nie chciałem obudzić Any, skoro już spała. Wyglądała tak spokojnie... Ale mniejsza z tym. Spokojnie się wycofałem, zszedłem na dół a później wyszedłem z jej domu zamykając za sobą drzwi. Wybrałem numer do Rozy i czekałem aż odbierze. Miałem pewne wrażenie, że zrobili tam Castielowi niezłą awanturę.

***

[Rozalia]

- Co ty sobie do cholery wyobrażasz?! - darłam się na tego wstrętnego gnoja trzymając go za kołnierz. Słyszałam dzwoniący telefon, ale nie miałam teraz czasu odebrać. - Jesteś wstrętnym bydlakiem bez serca. - wrzasnęłam kiedy tak patrzył na mnie tępym wzrokiem. Zdecydowanie za dużo wypił zresztą kto wie czy czegoś nie brał, pewnie i tak to zrobił. Chwilę temu wyrzuciłam tamtą brunetkę, tę cholerną dziwkę, za drzwi. Teraz jego kolej.
- No i o co ci kurwa chodzi? - zaśmiał się kpiąco i wtedy już nie wytrzymałam i przyłożyłam mu pięścią w twarz. Ledwo jak to zrobiłam Leo zaczął mnie od niego odciągać. Dobrze, że to zrobił w innym wypadku pewnie zabiłabym dziada.
- Wypierdalaj stąd! Już! Nie chcę cię tu widzieć! - warknęłam nie mogąc się uspokoić. Ale to nie dziwne, szastały mną emocje przez to ile sama wypiłam. Chłopak stał tak z opuszczoną głową. Czyżby dopiero teraz zaczęło do niego wszystko docierać? Ani drgnął. Czyli wystarczyło mu przyłożyć, żeby się opamiętał? No cóż, to było do przewidzenia. Po chwili spojrzał na mnie, na Leo i na wchodzącego właśnie do domu Lysa. Zauważyłam w jego oczach mnóstwo różnych emocji - wściekłość, niepewność i złośliwość też, ale i świadomość tego co właśnie tu zaszło.
- Tch... Pieprzyć to... - warknął po czym ruszył do drzwi. Minął się z Lysem.
- Anabelle nic nie jest. - buntownik zawiesił się przy wkładaniu kurtki gdy usłyszał głos kumpla. - I nawet nie waż się do niej iść. - powiedział do niego białowłosy nawet nie obracając się w jego stronę. Jego głos był twardy i bardzo stanowczy. Rzadko kiedy bywał taki wobec Casa, tak oschły. Następnie chłopak wyszedł, trzasnął drzwiami i więcej tego wieczoru go nie widziałam.

***

[Anabelle]

Minął weekend. Oczywiście po imprezie obudziłam się z niesamowitym kacem i nie miałam siły nawet myśleć o tym co się wydarzyło, ale i tak odstawiłam to na bok. Tak najwyraźniej musiało być... Prawda? Co prawda gdzieś w głębi czułam, naprawdę czułam że dalej to cholernie boli. Ale nie potrzebnie wiązałam z tym chłopakiem wielkie nadzieje. Musiałam teraz zostawić to w spokoju i nie zwracać uwagi na smutek. Trzeba po prostu iść dalej z uniesioną głową. Dlatego gdy tylko obudziłam się w niedzielę rano i spojrzałam na telefon widząc ze sto nieodebranych połączeń musiałam wszystkich obdzwonić i powiedzieć że wszystko gra i żeby nie przychodzili bo chcę odpocząć. Tak będzie najlepiej.
Gdy nastał poniedziałek wstałam jakoś tak... Dziwnie bez problemu. To jest dość do mnie nie podobne. Ale to zapewne dlatego, że cały poprzedni dzień przespałam. Dlatego dziś nie spóźniłam się do szkoły. Muszę przyznać, że nawet nie odczuwałam smutku. Wiedziałam, że muszę być twarda i nie płakać bo to tylko okaz słabości. Czułam się w miarę pewna siebie. Byłam ubrana w czarną bluzkę z rękawami do łokci i wyciętymi ramionami, czarne krótkie spodenki potargane u dołu i glany. Włosy splotłam w dwa luźne warkocze po bokach, a na ręce założyłam po.kilka bransoletek. Nic nowego. Gdy wchodziłam do szkoły zaczęłam szukać wzrokiem Rozalii, ale nigdzie nie mogłam jej dostrzec. Dlatego dosiadłam się do Violetty, która siedziała pod drzwiami klasy i coś szkicowała. Co prawda była osobą dość cichą i małomówną, ale naprawdę miłą. A poza tym dobrze mi się z nią rozmawiało.
- Hej... Co rysujesz? - zapytałam i uśmiechnęłam się pogodnie. Dziewczyna dopiero po krótkiej chwili oderwała wzrok od pracy i spojrzała na mnie.
- Uh.. Nic specjalnego... - była jakaś taka zgaszona. Widocznie się nad czymś zastanawiała, coś ja gryzło i to od momentu gdy mnie zobaczyła. Nie odezwałam się tylko po prostu przytaknęłam. Po prostu oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy. Minął dość długi moment, aż w końcu usłyszałam głos Violi. - W... Wszystko u ciebie w porządku?
Momentalnie otworzyłam oczy i na nią spojrzałam. Patrzyła na mnie zmartwionym wzrokiem. Eh... No tak... Czyli wiedziała co się stało na imprezie? To miło z jej strony, że się martwiła, ale...
- Tak, wszystko w jak najlepszym porządku. - znów się uśmiechnęłam. Co prawda było to półkłamstwo, ale nie chciałam żeby się mną przejmowała. Nie chciałam żeby ktokolwiek myślał, że się tym przejmuję. Bo własnie przecież starałam się o tym nie myśleć. Przecież po to starałam się zepchnąć to w przeszłość. Viola patrzyła tak jeszcze na mnie przez chwilę aż w końcu przytaknęła z delikatnym uśmiechem. Miło z jej strony, że się martwiła, ale zupełnie niepotrzebnie. Przecież dam sobie radę sama z tym wszystkim. Na tym to polega. Z pewnymi rzeczami trzeba radzić sobie samemu.
Chwilę później zadzwonił dzwonek ogłaszający lekcję. Wtedy zaczęłam się zbierać i podnosić z podłogi. I dopiero wtedy kątem oka zauważyłam jego. Castiela stojącego na drugim końcu korytarza, który mi się przyglądał. Nie wiem jak długo tam stał, ale  na pewno dłużej niż chwilę. Zaczęłam przeklinać w myślach i błagać, żeby przestał na mnie patrzeć, ale to się nie stało. Ciągle czułam na sobie jego wzrok. Ale musiałam coś z tym zrobić, jakoś to zignorować. Nie mogłam myśleć w kółko o tym gnojku.

***

W czasie lekcji ciągle po głowie chodziła mi jedna myśl: "Nie patrz tu, nie patrz tu, nie patrz tu!", ale to nie działało. Cas ciągle się na mnie gapił, czułam to. Ale ja nie miałam zamiaru patrzeć nawet w jego stronę. Miałam go z lekka dość, a poza tym nie chciałam żeby cokolwiek sobie pomyślał. Po prostu zaczęłam traktować go jak powietrze, bo było to chyba najlepsze rozwiązanie. Nawet na przerwach, kiedy chyba próbował do mnie zagadać, bo parę razy szedł w moją stronę zupełnie go olewałam. Po prostu odwracałam się na piecie i szłam w przeciwnym kierunku, albo kogoś zagadywałam. Stał się dla mnie nikim. Powietrzem. Może w głębi tak tego nie czułam... Ale on miał się tak poczuć. Miał zrozumieć, że mam go w głębokim poważaniu po tym co zrobił. I niech sobie nie myśli... Szczerze, odetchnęłam gdy tylko nadszedł koniec tych lekcji. Mogłam w spokoju iść do domu i wreszcie odetchnąć. Cały dzień przeżyłam w ogromnym napięciu i nic nie mogłam z tym zrobić. Dopiero teraz mogłam odzyskać spokój. Właśnie stałam przy szafce i zbierałam swoje rzeczy, oczywiście nie spiesząc się, bo po co. I tak miałam zamiaru iść do domu okrężną drogą. I nagle usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Nie odwracałam się do momentu w którym nie przewiesiłam torby przez ramię i nie zatrzasnęłam drzwi szafki. Dopiero wtedy to zrobiłam i ujrzałam nie kogo innego jak no zgadnijmy, Castiela. Rzuciłam mu tylko ponure spojrzenie nie przyglądając mu się za specjalnie i po prostu go wyminęłam z uniesioną głowa i ruszyła w stronę drzwi. Mimo, że nie patrzyłam na niego długo, dostrzegłam że był jakiś... Inny? Wyglądał na jakiegoś dziwnie ponurego, albo raczej smutnego? Nie, nie. To na pewno nie to, zresztą czym ja się przejmuję. Przecież on mnie nie obchodzi.
Moja droga do domu zapowiadała się spokojnie. Szłam sobie przez park gdzie mogłam spokojnie powdychać świeżego powietrza i porozmyślać o wszystkim i niczym. Naprawdę cieszyłam się z tej chwili samotności. Cały dzień wszyscy pytali się jak się mam i czy wszystko w porządku. Trochę to denerwujące, zwłaszcza że każdemu z osobna musiałam tłumaczyć, że wszystko jest OK. No bo było... Prawda? Tak bardzo chciałam zapomnieć, ale inni ciągle mi to przypominali. Ciągle myślałam tylko i wyłącznie o tamtym cudownym pocałunku i o... O... Nie. Dość. Nie o tym. Musze przestać w końcu zatruwać sobie tym wszystkim umysł. To miło, ze w końcu znalazłam kogoś, kto przejmuje się moim losem. Że znalazłam ludzi, którzy się o mnie martwią i chcą być moimi przyjaciółmi. Co prawda dopiero powoli się do nich przekonuję, na to potrzeba czasu. Nie mogę od razu myśleć o ludziach jak o przyjaciołach, bo jeszcze się na tym przejadę... A przynajmniej tego nauczyło mnie życie. Nawet ta sytuacja z imprezy dała mi podobny przykład. Eh... Jestem po prostu niemądra.
I szczerze, wszystko byłoby dobrze, ten dzień byłby w miarę znośny i spokojny, gdyby ktoś nagle nie pociągnął mnie za nadgarstek. Gdyby ktoś nie zaciągnął mnie za drzewa. Gdyby ten ktoś nie zapytał "czy możemy w końcu pogadać?". I gdyby tym kimś nie okazał się Castiel. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co mam mu powiedzieć i po prostu tak chwilę na niego patrzyłam. On trzymał mnie za ramiona i starał się spojrzeć mi w oczy. Złapać jakoś mój wzrok. Ale teraz właśnie mogłam dobrze zauważyć, że wcześniej się nie myliłam. Że coś było nie tak. Był jakiś dziwny... Jakby ponury, ale jednak nie. Coś bardziej. Być może tylko ja to widziałam. Ludzie zawsze mówili mi, że mam niesamowity dar do wyczuwania ludzkich emocji, nawet gdy ich nie widać. Ale poza tym widziałam, że jest po prostu jakoś... Przeraźliwie smutny. Gdzieś w środku, ale nie okazywał tego na zewnątrz.
- Odezwiesz się wreszcie do cholery? - zapytał w końcu. A jednak, ton się nie zmienił. Ale gdy patrzyłam w jego oczy dostrzegałam, ze nie jest z nim najlepiej.
- Nie ma o czym. - powiedziałam w końcu oschle. Postanowiłam jednak nie być dla niego łaskawa. Nie ważne w jakim był stanie, nie powinno mnie przecież to teraz obchodzić. - Puścisz mnie w końcu? Chcę iść do domu. - rzuciłam.
- Nigdzie nie pójdziesz, póki ze mną nie porozmawiasz. - powiedział twardo.
I coś tak czułam, że wcale nie żartował.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rozdział V cz. 2

Zaparzyłam się w te dwukolorowe oczy zupełnie nie wiedząc co mam odpowiedzieć. Chłopak chyba to zauważył i momentalnie się zmieszał.
- Jeśli nie chcesz to w porządku... - powiedział i uśmiechnął się lekko. Ja za to od razu zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Nie... Nie o to chodzi. - zaśmiałam się. - Oczywiście że chcę. - dodałam. Na to Lys wziął ode mnie butelkę i postawił ją na blacie. Następnie powędrowałam z nim do salonu gdzie chłopak nagle przede mną stanął. Skłonił się jedną rękę wyciągając przed siebie, a drugą zakładając za plecy. W tej chwili poczułam się niczym księżniczka i moje policzki od razu pokrył lekki rumieniec. Niepewnie chwyciłam jego dłoń a wtedy on złapał mnie jakbyśmy mieli tańczyć walca. Zaśmiałam się cicho pod nosem, na co on zrobił to samo.
- Wybacz... Po prostu nie umiem tańczyć. - powiedziałam, a on nachylił się do mojego ucha.
- Nie przejmuj się tym, ja też nie specjalnie... - wyznał cicho i uśmiechnął się promiennie. Po chwili zaczęliśmy poruszać się w rytm spokojnej muzyki.
Lysander cały czas mnie kierował, czyli coś tam jednak potrafił. Na szczęście obyło się bez potykania się wzajemnie o własne nogi. Wszystko było cudownie i naprawdę czułam się wyjątkowo, chyba pierwszy raz w życiu. Chciałam żeby ta chwila trwała jak najdłużej, sama nie wiem dla czego. Lys to naprawdę miły chłopak i w dodatku wyjątkowy. Naprawdę dobrze czułam się w jego towarzystwie. Ale to wszystko przecież nie mogło długo trwać, to byłoby zbyt piękne. Pod koniec piosenki ktoś chwycił mnie za ramię i już wiedziałam do kogo należała ta dłoń.
- No proszę, kogo my tu mamy. - usłyszałam ironiczny głos Castiela. - Nie ma mnie dziesięć minut a ty już zarywasz i to do mojego najlepszego kumpla. - rzucił i obrócił mnie w swoją stronę. Spojrzałam na Lysa, który wyglądał na dość zdezorientowanego całą sytuacją.
- A co ci do tego? - postanowiłam się postawić.
- Castiel, spokojnie, przecież nic... - zaczął białowłosy, ale Cas mu przerwał.
- A wierz mi, dużo maleńka. - spojrzałam mu w oczy. Były zaszklone, czyli zdążył już nieźle popić. I wyglądało na to, że Lysander też o tym wiedział, dlatego się nie odzywał. Najwyraźniej nie warto było teraz z nim zadzierać. -  Chodź, idziemy. - pociągnął mnie za rękę, a ja znowu nie miałam nic do gadania. Rzuciłam tylko Lysowi smętne spojrzenie i pozwoliłam Castielowi zaprowadzić mnie tam gdzie chciał. Zresztą, nie miałam innego wyboru. Przyprowadził mnie do jakiegoś ciemnego pomieszczenia, nie specjalnie widziałam co tam jest, ale powoli mój wzrok przyzwyczajał się do zupełnej ciemności. Dostrzegłam duże, dwuosobowe łóżko stojące pod ścianą i już wiedziałam gdzie jesteśmy. To była sypialnia, która najpewniej została udostępniona gdyby ktoś chciał z niej skorzystać... W wiadomo w jakim celu. Od razu w moim gardle pojawiła się gula, a w momencie w którym Cas zamknął za nami drzwi i to w dodatku na klucz już w ogóle zaczęłam panikować. Ale musiałam zachować zimną krew, a przynajmniej póki byłam jeszcze w stanie.
- Po co tu przyszliśmy? - zapytałam nawet nie obracając się w jego stronę. Chyba po prostu nie umiałam. Dodatkowo chwile później poczułam jego ciepły oddech na karku.
- A jak myślisz..? - usłyszałam jego spokojny, niski głos. Poczułam jak obejmuje mnie w pasie, ale nie opierałam się temu. Chciałam zobaczyć co ma zamiar zrobić.
- Nie wiem, przecież to ty mnie tu zaciągnąłeś. - powiedziałam szybko, a on w tamtej chwili obrócił mnie w swoja stronę.
- Już mi nie zwiejesz... - powiedział patrząc swoimi ciemnymi oczami prosto w moje. Pochylił się nieco ale własnie wtedy gwałtownie się odsunęłam.
- Gadaj ile wypiłeś. - powiedziałam.
- A ty co? Moja matka? - i znów ten tekst.
- Może. Ile wypiłeś? - ponowiłam pytanie.
- Trochę. A co cię to? - warknął. Chyba zaczęłam go wkurzać. Ale nie bez powodu zadawałam te pytania, chciałam wiedzieć czy jest trzeźwy. Ale nie wyglądał na kogoś kto miałby limit po dwóch lub trzech butelkach. Wywróciłam oczami i znów zbliżyłam się do niego i przyłożyłam mu rękę do czoła. Picie w trakcie grypy, to chyba nie zbyt dobry pomysł. Gorączka prawie całkiem spadła, na szczęście. Dlatego czuł się tak dobrze. Uh... Nie wierzę, ze muszę się zajmować tym pajacem, jak dziecko, zupełnie jak dziecko. Zanim się spostrzegłam chłopak chwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął z powrotem do siebie. Na jego twarzy dostrzegłam ten zawadiacki uśmiech, eh, nie umiał się powstrzymywać. - Jesteś moja... - powiedział.
- Nie, nie jestem. - rzuciłam. Nie miałam zamiaru dawać mu tej satysfakcji. Mimo... Że chyba tak bardzo pragnęłam bliskości, nie umiałam mu zaufać. Roza mowiła, żeby uważać. Żeby się w nim nie zakochiwać, bo mnie wykorzysta... A to nie było łatwe. Chłopak nie dawał jednak za wygraną.
- Hmm... A co, chcesz się założyć? - zaśmiał się pod nosem.
- Nie mam zamiaru się zakładać, bo i tak z tobą przegram... - wywróciłam oczami.
- Coś ty taka oschła dzisiaj? Komar cię w dupę ugryzł czy jak?
- Ta. Komar o czerwonej czuprynie co jest głupim palantem i nie słucha jak mu się mówi że ma zostać w domu jak jest chory bo się kurwa o niego martwi! - wypaliłam i natychmiast tego pożałowałam. Cholera, nie umiałam trzymać języka za zębami... Czyli alkohol jednak robi swoje.
- Ej ej, spokojnie bo zaraz wyjdziesz z siebie i staniesz obok. - buntownik parsknął śmiechem.
- A przymknij się wreszcie. - mruknęłam i wyrwałam mu się. Podeszłam do łóżka i usiadłam na brzegu. Tak... To było zdecydowanie dobre miejsce żeby się wyciszyć. Z daleka od tego hałasu. Cas spojrzał na mnie lekko zaskoczony tym, że zaraz również się położyłam, ale nie odezwał się. Nastąpiła dość... Długa chwila ciszy, a to nie wróżyło nic dobrego. Rzuciłam okiem na buntownika, który po chwili usiadł koło mnie.
- Dobra... Wytłumaczysz mi wreszcie o co ty się tak obrażasz? - rzucił. Szczerze, zaskoczylo mnie to pytanie.
- O nic, przecież się nie obrażam.
- Wcale, a teraz to co? - prychnął.
- Teraz to leżę i odpoczywam. Zamknij jadaczkę i nie przeszkadzaj. - zamknęłam oczy starając się być nieugięta, ale po chwili parsknęłam śmiechem. Ale nie dlatego, że ta sytuacja mnie bawiła, no może trochę, ale głównie temu, że Castiel zaczął mnie łaskotać. Kurwa mać, skąd on wiedział, że mam łaskotki?! Zaczęłam kulić się ze śmiechu.
- Ahahah... Dość! Dość! Przestań! - krzyczałam.
- To przestań się obrażać. - odpowiedział od razu.
- A w życiu! - śmiałam się dalej.
- No cóż, nie ma nic za darmo. - zaśmiał się pod nosem, a ja prawie się popłakałam.
- No dobra, dobra. Nie będę! - i wtedy poczułam, że Cas przestał. Nareszcie. Ale nie ma tak łatwo, nie będzie mnie tak traktował.  Chwyciłam  poduszkę, którą miałam pod ręką i cisnęłam w niego z całej siły. Niech ma za swoje!
Chwilę później tego pożałowałam, bo sama oberwałam własną bronią, ale nie mogłam dać za wygraną..!

***

Nie wiem jakim cudem mu zwiałam, ale Lys nas zabije za te białe piórka, które leżą dosłownie WSZĘDZIE. Wygramoliłam się z tamtego pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Miałam teraz szansę na ucieczkę. Od razu skierowałam się do salonu gdzie zauważyłam na kanapie Rozę siedzącą na kolanach Leo. Wzięłam kolejną flaszkę, która leżała na stoliku i zaczęłam pochłaniać zawartość. Ta bitwa na poduszki była okropnie męcząca. Przysiadłam się obok przyjaciółki i jej chłopaka i czekałam na rozwój wydarzeń. Czyli na to aż przyjdzie Cas.
- Nie pij tak szybko Ana, bo się zakrztusisz. - Rozalia wybuchnęła śmiechem a ja oderwałam butelkę od ust. Nawet się nie zorientowałam, że zniknęła już połowa zawartości. Sama również zaczęłam się chichrać nie wiem nawet z czego. Po chwili dosiadło się do nas więcej osób i skończyło się tym, że ktoś zarzucił żebyśmy zagrali w butelkę, bo jest nas wystarczająco dużo. W między czasie nawet przyszedł Cas i usiadł obok mnie z dziwnym uśmieszkiem na ustach. 
- To ja też gram, ale pod warunkiem, że kto nie wykona zadania lub nie odpowie na pytanie zrzuca z siebie ciuchy. - I w tym momencie z jakiegoś powodu puścił mi oczko. Hmmm, no ciekawe czemu. Wszyscy jak gdyby nigdy nic zgodzili się na jego warunki. Szczerze, nie miałam ochoty się rozbierać, ale bez ryzyka bie ma zabawy. Ostatecznie wszyscy usiedli w kręgu, oddałam na środek pustą już butelkę po piwie i mogliśmy zacząć grę. Roza postanowiła, że zakręci jako pierwsza, dzięki czemu będzie mogła zadawać. Na szczęście nie padło na mnie, ale na Lysandra.
- No to jak Lysiu, wyznanie czy wyzwanie? - zapytała słodkim głosem. Chłopak zamyślił się na chwilę.
- Wyznanie. - odpowiedział krótko.
- Hmmm... Czy jest w tym pokoju ktoś, kto ci się podoba? - zapytała białowłosa i uśmiechnęła się promiennie.
- Uh... To dość... Osobiste pytanie... - mruknął drapiąc się w tył głowy.
- No właśnie przecież o to chodzi! - zawołała Roza. - No chyba że wolisz pozbyć się ubrań... Wtedy to co innego.
- Nie, przecież w żadnym wypadku. - zaśmiał się pod nosem. - W porządku... Tak, jest tu taka osoba. - ale żadnych konkretów nie podał, no cóż, przecież nikt go do tego nie zmuszał. Dalsza zabawa toczyła się w najlepsze. Kolejna była Roza, no kto by się spodziewał, czyżby to jakaś karma czy coś w tym stylu? Wzięła wyzwanie, a że Lysander nie miał ochoty zadawać postanowił zrobić to Castiel. - Przeliż się z kimś w tym domu, OPRÓCZ LEO. - buntownik był wyraźnie zadowolony. Ja sama parsknęłam śmiechem i powiedziałam, ze tego nie czuję. Połowa towarzystwa zareagowała w podobny sposób, ale Rozalia to właśni mnie próbowała udusić wzrokiem. Oczywiście dziewczyna mimo swojego stanu nietrzeźwości nie zgodziła się tego zrobić i przez to skończyła bez bluzki. Chyba nie była zbyt z tego zadowolona, bo usiadła obok Leo z założonymi rękami na klatce piersiowej. Następnie zakręciła butelką i oczywiście nie mogło być inaczej - wypadło na mnie.
- Może być wyzwanie. - rzuciłam. Nie jestem cykorem, nie boję się wyzwań. Dziewczyna momentalnie uśmiechnęła się w dość... Złowieszczy sposób. Wstała, chwyciła mnie za rękę, poprowadziła kilka kroków i wepchnęła do garderoby zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz. W dodatku gasząc światło.
- Teraz to ty się z kimś przeliżesz... - oznajmiła i wybuchnęła śmiechem. - Daj nam chwilę, tylko wybierzemy ci kawalera. - rzuciła i usłyszałam jak odchodzi, a następnie przytłumione głosy większości grających. Ale zaraz... Chwila... Że co?! 

***

Siedziałam tak chyba z piętnaście minut i nie mogłam nic zrobić. Słyszałam tylko rozmowy dochodzące zza drzwi, ale nie odróżniałam poszczególnych słów. Dopiero później usłyszałam skandowanie i zbliżające się dwa głosy. Jeden należał do Rozy, a drugi do kogoś... Kto chyba nie był zadowolony z tego wszystkiego. Najwyraźniej i jego zmusili do wykonania ze mną tego wyzwania. Chwilę później drzwi otworzyły się i ten ktoś został wepchnięty do środka równie brutalnie co ja, a następnie wyjście ponownie zostało zamknięte na klucz.
- Jeszcze mi za to podziękujecie~ - zawołała wesoło Rozalia i podreptała z powrotem do roześmianego towarzystwa.
- Już ja ci kurwa podziękuję, jak te drzwi wylecą z futryny. - Ah, to było do przewidzenia. Zostałam tu zamknięta z Castielem... Cała Roza. Chłopak był wyraźnie wkurzony, ale nie tylko jemu się to nie podobało. Mnie też przecież zmusili. Ale skoro już nas tu zamknęli, to przecież można po prostu udawać że cokolwiek się wydarzyło, bo nikt tego nie widzi. Prawda? To tak głupio proste, że aż śmieszne.
Usłyszałam, że Cas mamrocze coś pod nosem z niezadowoleniem.
- No cóż... - rzuciłam tylko, ale nie specjalnie wiedziałam, co zrobić jeszcze więc po prostu oparłam się o ścianę.
- To jest po prostu kurwa śmieszne... - warknął.
- Ale  wiesz, że przecież nie musisz tego robić... - mruknęłam wzruszając ramionami, ale pewnie i tak tego nie widział. W końcu było całkiem ciemno. Usłyszałam w odpowiedzi tylko krótkie "mhm". - Pewnie wypuszczą nas stąd za jakieś dziesięć minut.
- Ale wiesz jak nie wykonasz wyzwania, to się rozbierasz? - zaczął ze mnie kpić.
- No chyba nie masz zamiaru mnie wydać? - wymamrotałam niepewnie.
- Och daj spokój, dobrze wiesz że nie przepuszczę żadnej okazji, żeby popatrzeć na ciebie bez bluzki. - parsknął śmiechem. - Chociaż nie wiem czy w ogóle jest na co patrzeć. - w tej chwili pokryłam się rumieńcem, ale więcej się nie odezwałam. Skończony cham, nie wierzę, że to zrobi.
W jednej chwili poczułam jednak dłoń chłopaka na swoim nadgarstku i aż zaparło mi dech w piersi. Następnie jego druga dłoń powędrowała na mój podbródek i uniosła moją głowę ku górze. W ciemności dostrzegłam tej jego ciemne, przyciągające oczy. Cas przyparł mnie do ściany, żebym nie mogła mu uciec.
- Co ty wyprawiasz do cholery... - rzuciłam.
- Tch... Zamknij się wreszcie... - warknął, ale zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, on zatkał mi usta namiętnym i głębokim pocałunkiem. Nie mogłam się jednak temu oprzeć bo było to coś czego... Chyba tak naprawdę chciałam. Mimo tego jak bardzo ten chłopak potrafił mnie denerwować czułam do niego... Chyba coś więcej niż przyjaźń. Nie wiedziałam czy on też tak czuł, ale nie zastanawiałam się nad tym. Wolną ręką objęłam go za szyję, a on wtedy uwolnił też drugą. Następnie chwycił mnie za uda i podniósł dalej opierając o ścianę dzięki czemu było mu łatwiej, bo nie musiał się pochylać. Nie wiem czemu i jakim cudem, ale nie potrafiłam oderwać się od tych jego cudownych ust. Ale Cas w jednej chwili to przerwał i przeniósł pocałunki na moją szyję. Aż zaparło mi dech w piersi. O mój Boże... Jakie to było przyjemne. Dobrze że było ciemno bo na pewno całkiem się rumieniłam, a gdyby Castiel to zobaczył od razu miałby powody do nabijania się ze mnie.
Wszystko było takie cudowne i miałam nadzieję, że to będzie trwać ciągle i ciągle bez końca, ale coś musiało to przerwać. I była to Roza, która w jednej chwili otworzyła drzwi na oścież. Spojrzała na nas zaskoczona kiedy Castiel stawiał mnie z powrotem na podłodze. Dostrzegłam kątem oka że i on lekko, wręcz niezauważalnie się rumieni. Zachichotałam mimowolnie, a on rzucił mi podirytowane spojrzenie.
- No ładnie... - wymamrotała Rozalia. - No dzieci, gratuluję. - zaśmiała się wesoło. Zadanie zaliczone, wracamy do gry. - rzuciła. Była jakoś... Dziwnie zadowolona. Jakby od początku to planowała. Eh... To było do przewidzenia. Wyszliśmy z garderoby i wtedy Cas powiedział do mnie, że zaraz wróci po czym skierował się do kuchni. Ja za to wróciłam do naszego miłego towarzystwa i znów zaczęłam się bawić. W końcu teraz moja kolej w rzucaniu wyzwań.

***

Zabawa od pół godziny trwała w najlepsze, a Castiela jak nie było tak nie ma. W końcu stwierdziłam że wypadałoby go poszukać, w końcu mówił, że zaraz wróci. Podniosłam się z miejsca i ruszyłam tam gdzie on wcześniej. Szczerze... Nie musiałam długo szukać, spotkałam go po drodze. Zobaczyłam go w korytarzu z jakąś szatynką. Nie wiem kim ona była, ale robił z nią dokładnie to samo co chwilę temu ze mną. Nagle poczułam niewiarygodny ból w sercu i to, że oczy mnie pieką i zbierają się w nich łzy. Jak on mógł tak... Kurwa, to jest przecież cholernie nie w porządku! Jak tak można? Jak można być tak skończonym chamem?! Nie wiedziałam co zrobić, nie wiedziałam co dalej... Ja mu się oddałam... Myślałam, że czuje do mnie to samo co ja do niego, że cokolwiek dla niego znaczę... Cholera, kogo ja oszukuję... Stałam tak i parzyłam n nich bezczynnie, aż w końcu nie dałam rady. Wzięłam swoją torebkę i wybiegłam z mieszkania mijając tą dwójkę i kierując się prosto do domu. Pamiętam tyle, że płakałam i ktoś mnie wołał, chyba Roza, ale nie jestem pewna, ale nawet się nie obróciłam. Po prostu biegałam przed siebie, a cała reszta nie miała już dla mnie znaczenia.

piątek, 24 czerwca 2016

Rozdział V cz. 1

Obudziłam się... Nie wiem kiedy, chyba jakoś nad ranem, bo było jeszcze całkiem ciemno. Było mi bardzo ciepło i przyjemnie, czułam się tak bezpiecznie jak chyba jeszcze nigdy. Ale coś tu było nie tak... Ktoś mnie przytulał i czułam oddech tej osoby na swoim uchu. Otworzyłam powieki, niechętnie, ale w końcu spojrzałam na osobę, która leżała przede mną. Dopiero w tym momencie zaczęło do mnie dochodzić co zdarzyło się dnia poprzedniego. Leżałam w ramionach Castiela, który mocno mnie obejmował i spał twardym snem. Zaczęłam się zastanawiać czy powinnam się odsunąć, ale jakoś tak... Nie potrafiłam. Chyba zwyczajnie tego nie chciałam, bo było mi tak aż za dobrze. Poza tym nie chciałam go zbudzić, był bardzo spokojny kiedy spał i nie chciałam tego przerywać. Ostrożnie dotknęłam dłonią jego czoła, jednak dalej było bardzo ciepłe. Co prawda było lepiej niż wcześniej, nie był już tak rozpalony. Uśmiechnęłam się tylko lekko pod nosem po czym znów zamknęłam oczy i powoli znów zapadłam w sen.

***

Koło 10 byłam już na nogach, całkiem ogarnięta i robiłam śniadanie. Castiel ciągle spał, ale to właściwie dobrze, niech sobie spokojnie odpoczywa. Kiedy wchodziłam na górę z gotowym posiłkiem na tacy usłyszałam jak dzwoni telefon. Problem w tym, że nie był to mój. Gdy dotarłam do pokoju usłyszałam dzwonek jeszcze głośniej. To była komórka Casa. Od razu ostrożnie wyciągnęłam go z jego kieszeni, tak żeby go nie obudzić. Zobaczyłam, że dzwoni do niego Lysander, więc postanowiłam odebrać, w końcu nie miałam nic do stracenia.
- Halo? Castiel, gdzie ty jesteś? Dobrze wiesz że byliśmy umówieni... - wypalił od razu gdy tylko podniosłam słuchawkę do ucha.
- Uh... Tu Ana, Cas jest u mnie, ale śpi...
- Ana? - zapytał zaskoczony. - Oh, a cóż to on u ciebie robi?
- No cóż... Jakby to ująć... Jest chory i ma gorączkę, więc postanowiłam go u siebie trochę przechować, bo przecież nie wypuściłabym go w takim stanie do domu. To wszystko przez tą ulewę wczoraj.
- Ulewę? Zaraz.... - zamilknął na chwilę. - A... Chyba znów coś wyleciało mi z głowy. Ale masz rację, wczoraj padało... No cóż, trudno się mówi.
- Przykro mi że nie przyszedł...
- Nie szkodzi. Skoro się rozchorował, to przecież nie jego wina. Próbę zawsze możemy przełożyć.
- Ah, a więc mieliście mieć próbę? - zapytałam radośnie. Tak szczerze, to bardzo chciałabym kiedyś posłuchać jak grają. Może w końcu się uda.
- Tak... Ale mamy je dość często, więc nic się nie dzieje. - Już miałam coś powiedzieć, kiedy chłopak nagle dodał coś jeszcze. - Poczekaj... Zanim zapomnę... Nie miałabyś ochoty przyjść może do nas na imprezę? Leo i Roza postanowili, że przydałoby się im trochę rozrywki, więc dziś wieczorem wszyscy się do nas schodzą.
Szczerze, zaskoczyła mnie ta propozycja. Roza chyba mi coś wspominała, zę coś planują, ale w końcu nic więcej się nie odnośnie tego nie dowiedziałam.
- Dzięki za zaproszenie... Ale nie wiem czy będę mogła zostawić tu Castiela samego... - westchnęłam.
- Spokojnie, Castiel umie o siebie zadbać w razie czego. Nie masz się co martwić. - zaśmiał się chłopak. Sama zresztą też zareagowałam śmiechem. - W każdym razie, przemyśl to jeszcze. Do zobaczenia. - dodał po czym sama się z nim pożegnałam i odłożyłam telefon. Dopiero wtedy spojrzałam na Castiela, który jak się okazało już nie spał. Patrzył na mnie dość pustym spojrzeniem, chyba go obudziłam, przez to, że za głośno rozmawiałam... Ups...
- Gdzie się wybierasz? - odezwał się w końcu.
- Nigdzie.
- Nie kłam. Gdzie idziesz?
- No mówię że nigdzie. Roza i Leo organizują imprezę wieczorem, ale zostanę w domu.
- Czemu?
- Bo jesteś chory, nie mogę cię tak tu zostawić. - rzuciłam na co chłopak zaczął się śmiać.
- Ale wiesz... Ja też się tam wybieram.
- Co?! Chyba zwariowałeś, nigdzie nie pójdziesz.
- Bo co? Zamkniesz mnie tu?
- A żebyś wiedział... - powiedziałam chłodno po czym położyłam obok niego tacę ze śniadaniem. - Jedz i nie gadaj. - powiedziałam po czym podeszłam do szafy i zaczęłam przeglądać sukienki. Może jednak tam pójdę? W sumie to nie jest taki zły plan, a Cas czuje się wyraźnie lepiej, dlatego mogłabym może go tu zostawić... W końcu pewnie i tak nic tylko by spał.
- Co, zmieniłaś zdanie? Jednak idziemy? - zapytał przyglądając się temu co robię i jednocześnie jedząc przygotowaną przeze mnie jajecznicę.
- Ty nie, ja idę... Może. - odparłam spokojnie po czym wróciłam do przeglądania szafy.

***

Wieczorem ubrana w bordową, luźną bluzeczkę z wycięciem na plecach i krótkiej, jasnej, lekko podartej, dżinsowej, przylegającej spódnicy, czarne szpilki i skórzaną kurtkę w tym samym kolorze. Miałam mocniejszy makijaż niż zwykle. Na całe szczęście Castiel poszedł spać, bo cały dzień męczyłam się z nim i tymi jego humorkami i seksistowskimi żarcikami. Ale dalej był osłabiony, dlatego nie pozwoliłam mu ruszyć się z łóżka. Obejrzeliśmy jakiś film, pokazaliśmy trochę i zjedliśmy obiad. No cóż, zwykły dzień. Jak najciszej wyszłam z pokoju, co nie było łatwe bo ciężko było nie stukać obcasami, ale dałam radę i w miarę szybko wygramoliłam się z domu.

***

W mgnieniu oka znalazłam się na miejscu. Impreza jak się okazało już trwała w najlepsze i jak na razie wszyscy byli trzeźwi. A przynajmniej na to wyglądało. Jeszcze.  Powitała mnie Rozalia, która oczywiście od razu ożywiła się na mój widok. Zaprosiła mnie do środka, usadziła na kanapie i wsadziła mi do ręki butelkę z piwem.  W uszach dudniła mi głośna muzyka, a ludzie bawili się jak tylko mogli. Pili, palili i kto wie zapewne też ćpali i robili Bóg wie co.
- Nie ma na co czekać Ana, baw się ile wlezie! Rzadko kiedy masz taką okazję. - zaśmiała się wesoło, a ja oczywiście jej posłuchałam. Przechyliłam butelkę i wypiłam duszkiem do połowy po czym szeroko się uśmiechnęłam. Szczerze, nie piłam po raz pierwszy, a poza tym to nie było jakieś najgorsze, więc nie było na co narzekać. Rozglądałam się po pomieszczeniu gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, a chwilę później mocne walenie. Spodziewaliśmy się kogoś jeszcze? A może to policja? Chwilę później jednak do salonu weszła znajoma mi czerwona czupryna. Zaraz zaraz...
- Castiel?! Co ty tu robisz do kurwy nędzy?! - wrzasnęłam i od razu zerwałam się z miejsca. Jeszcze chwila i rzucę w niego tą butelką.
- O no ładnie, widzę, że się za mną stęskniłaś Kotku. - zaśmiał się z cynicznym uśmieszkiem, podszedł do mnie i założył mi włosy za ucho.
- Nie nazywaj mnie tak... I jakim prawem ty tu w ogóle jesteś? Miałeś leżeć w łóżku, w domu. Jesteś chory głupi pajacu. - warknęłam.
- No już, nie denerwuj się tak bo zaczniesz kipieć. - parsknął śmiechem. Wyciągnął z kieszeni paczkę fajek, a z niej jedną sztukę. Wsadził ją sobie do ust a następnie odpalił i zaciągnął się. - Uh... Od razu lepiej. - buchnął mi dymem w twarz. W tej chwili myślałam że go zdzielę. W dodatku nadal uśmiechał się jak skończony debil. Normalnie zaraz szlag mnie trafi, nie żartuję.
- Zamknij się- rzuciłam po czym wróciłam z powrotem na swoje miejsce na kanapie. Znów zaczęłam popijać z butelki, którą miałam w ręce.
- Uważaj mała bo zaraz odlecisz, lepiej tyle nie pij. - znów się ze mnie nabijał. Normalnie myślałam że zaraz wstanę i go strzelę.
- Zamknij. Ten. Pieprzony. Ryj. - warknęłam. Podniosłam się z miejsca z celem ruszenia do innego pokoju ale Cas mnie zatrzymał i jednym ruchem przyciągnął do siebie.
- A ty gdzie się wybierasz? - zapytał uwodzicielskim głosem i pochylił się w moją stronę. Ja za to momentalnie starałam się go od siebie odepchnąć, ale nie miałam na to szans, był zbyt silny. Wziął mnie na ręce, usiadł na kanapie a mnie posadził na swoich kolanach. Sięgnął do stolika po butelkę z piwem i gdy tylko ją odpieczętował i przechylił wypił całość i to duszkiem. Popatrzyłam na niego, tak właściwie nie będąc zaskoczona. Odpalił kolejną fajkę, ale tym razem już mu ją wyrwałam.
- Przestań mnie wkurzać... - rzuciłam ją za siebie.
- Ty mnie też. - zabrzmiał jakby już faktycznie zaczął się denerwować. Ja tylko wywróciłam oczami i prychnęłam.
- Pierdol się. - warknęłam.
- Ach tak? Ciekawe z kim, może z tobą, co? - zapytał, a moje policzki automatycznie oblał lekki rumieniec, zupełnie nie wiedziałam co teraz powiedzieć. Po prostu odwróciłam głowę w bok i się nie odezwałam, nie chciałam żeby zauważył, że faktycznie jestem lekko czerwona. - Ooo.... No proszę, zatkało cię? - kpił ze mnie. Boże jak on niesamowicie mnie wkurzał. Wzięłam kolejną flaszkę i się napiłam, po czym skorzystałam z chwili jego nieuwagi kiedy odpalał kolejną fajkę i wyrwałam mu się. Obrzuciłam go naburmuszonym spojrzeniem i ruszyłam w stronę kuchni, a on tylko wzruszył ramionami i zaczął patrzeć gdzieś przed siebie. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że patrzy na jakieś dziewczyny, a raczej wytapetowane plastiki, typowe puste laski. No tak. Łatwe zdziry, nic poza tym. Wywróciłam oczami i poszłam gdzie miałam iść. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej colę. Miałam ochotę na coś zimnego. I wtedy w jednej chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. No cóż, nie mało się wystraszyłam i szczerze to przez krótką chwilę myślałam, że to znowu Castiel, ale się pomyliłam. Gdy tylko się wzdrygnęłam momentalnie też się obróciłam prawie uderzając głową o drzwi lodówki.
- Wybacz... Nie chciałem cię wystraszyć... - usłyszałam znajomy głos Lysandra.
- Nic nie szkodzi... - odetchnęłam z ulgą, bo serio trochę się wystraszyłam. Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
- Ciesze się że przyszłaś. - odwzajemnił uśmiech.Ja natomiast zamknęłam lodówkę, żeby się nie rozmroziła. - Dobrze się bawisz?
- Oczywiście że tak. - zaśmiałam się wesoło i otworzyłam puszkę coli. Napiłam się z niej i powoli zaczęłam się zastanawiać czy mieszanie jej z alkoholem wyjdzie mi na dobre, ale właściwie nie powinno mi nic być. Chyba.
- Czemu Castiel przyszedł? Myślałem, że jest chory. - odparł. Ja na to wzruszyłam ramionami.
- Bo jest. Przyszedł na własną odpowiedzialność, chociaż go zamknęłam. Pewnie wyszedł przez balkon... - mruknęłam zamyślając się.
- Cały Cas. - uśmiechnął się lekko, ja również.W salonie nagle muzyka stała się o wiele wolniejsza niż wcześniej. Wolny. Spojrzałam na drzwi. A zresztą, i tak nie miałabym z kim... - Powiedz... - zaczął Lys i automatycznie skierowałam na niego wzrok. - Nie chciałabyś może ze mną zatańczyć? - zapytał spokojnym głosem patrząc na mnie swymi dwukolorowymi oczami i wyciągnął ręke w moim kierunku, a ja... Ja po prostu stałam zszokowana i nie wiedziałam co mam teraz zrobić.

niedziela, 1 maja 2016

Rozdział IV

Siedziałam sobie spokojnie w moim pokoju słuchając muzyki z wieży i czytając książkę. Było dość ciepłe popołudnie, lecz nagle, zupełnie niespodziewanie lunął deszcz. Z początku tylko kropło ale z czasem coraz większe krople zaczęły walić w okno i zrobiło się całkiem ciemno przez czarne chmury. W dodatku doszły jeszcze grzmoty i błyskawice... A zapowiadało się takie miłe, spokojne popołudnie. Myślałam, że uda mi się wyjść na spacer, bo rodzice wyjechali na kilka tygodni dlatego chciałam z tego skorzystać. No ale najwyraźniej z moich planów nici i nic z tego nie będzie. Westchnęłam, podniosłam się z łóżka i podreptałam na dół do kuchni z zamiarem napicia się czegoś. Już sięgałam po szklankę kiedy nagle usłyszałam walenie w drzwi. Z początku myślałam że to tylko grzmoty, jednak dzwonek też zdawał o sobie znać. Osoba znajdująca się za drzwiami musiała się bardzo niecierpliwić, bo dźwięki zaczęły się nasilać. Niestety nie miałam pojęcia kto to może być, ale jak najszybciej podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam całkiem przemoczonego Castiela, który jak zwykle patrzył na mnie nieprzyjemnym wzrokiem. Teraz jednak wyglądał na wyjątkowo wkurzonego, to chyba przez tą pogodę. Ale szczerze to mu się nie dziwiłam.
- No wpuścisz mnie do cholery czy mam wejść siłą? - warknął nieprzyjemnym tonem głosu. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że stoję i patrzę na niego jak głupia. Od razu mruknęłam ciche "wejdź..." i wpuściłam go do środka. Chłopak bez wachania wszedł do środka zarzucając z siebie kurtkę i wykręcając ją z wody.
- Ale czekaj, nie tu! - zawołałam widząc co robi. - Idź do łazienki... - mruknęłam i ruchem głowy wskazałam mu na drzwi kawałek dalej. Posłusznie tam poszedł, a ja kazałam mu grzecznie poczekać mówiąc, że zaraz tam wrócę i podałam mu jakiś rzecznik żeby się wysuszył. Z prędkością światła pobiegłam na górę po jakieś rzeczy dla niego do przebrania. Znalazłam mu czarną koszulkę z logiem jakiegoś zespołu i szare dresowe spodnie. Byłoby blisko i zapomniałabym do kogo należą... No cóż, pozostały miłe wspomnienia. Zaraz później zeszłam na dół i zapukałam do łazienki.
- Castiel, mogę wejść? - zapytałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Zmartwiłam sie tym, więc otworzyłam drzwi i ujrzałam przed sobą Casa w samych bokserach. Od razu stanęłam jak wryta i całkiem oblałam się rumieńcem. Z początku nic nie zrobiłam, ale w końcu odwróciłam głowę w bok i wbiłam wzrok w ziemię starając się opanować szybkie bicie serca. Wyciągnęłam rękę z ubraniami w jego stronę podając mu je. Chłopak wziął je ode mnie i kątem oka zauważyłam ten jego zawadiacki uśmieszek. Przysunął się do mnie i pochylił głowę nad moim uchem.
- Przyznaj że zrobiłaś to specjalnie żeby popatrzeć na mnie w samych bokserkach... - zaśmiał się cicho. Ją natomiast nie mogłam nic z siebie wydusić. Byłam cała czerwona a poza tym Cas specjalnie się tak zachowywał.
- Pf... Jakby było na co patrzeć... - rzuciłam i powoli się wycofałam. Powiedziałam mu jeszcze żeby się pośpieszył i zamknęłam za sobą drzwi. Skierowałam się do kuchni gdzie nastawiłam wodę na herbatę i usiadłam na krześle podkulając nogi pod brodę. Natłok myśli dopadł moją głowę. O boże jakie ten chłopak ma ciało... Brzuch i ramiona umięśnione jak u jakiegoś greckiego boga. Aż miałam ochotę przelecieć go na miejscu... Co?! Zaraz... O czym ja gadam... W ogóle po jaką cholerę ja go tu wpuściłam skoro jeszcze dwa tygodnie temu próbował się do mnie dobrać i miał mnie za jakąś łatwą pannę. Tłumok... Po chwili usłyszałam jak chłopak wyszedł z łazienki. Wtedy wstałam z krzesła i zaparzyłam dwie herbaty, sama też miałam ochotę się rozgrzać. Poszłam do salonu gdzie zastałam Casa, który rozsiadł się w najlepsze na kanapie. Postawiłam obydwa kubki na stoliku do kawy, podałam mu jeszcze koc i usiadłam na drugim końcu sofy. Specjalnie utrzymywałam taką odległość, zwłaszcza po tym co zdarzyło się ostatnio. Nigdy nie wiadomo co przyszłoby mu do głowy. Jeszcze wykorzystałby chwilę mojej nieuwagi i znów zaczął się do mnie dobierać. Na moje nieszczęście jednak wydarzyło się to, czego nie chciałam. A mianowicie zaczęła dokuczać mi ta niezręczna cisza. Komplenie nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć, ale trzeba jakoś pociągnąć rozmowę. W końcu jeśli ja tego nie zrobię to on tym bardziej.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytałam spokojnie, ale nawet nie spojrzałam w jego stronę.
- A co miałem się wlec do domu w taką ulewę? Po prostu twój dom napatoczył się po drodze i nic poza tym... - rzucił. Słyszałam niezadowolenie w jego głosie.
- To czemu nie poszedłeś do Lysa?
- Przecież ci mówiłem do cholery że nie będę nigdzie łaził w taką pogodę. Ty byłaś najbliżej, nic na to nie poradzę. A wolałem to niż moknięcie na deszczu...
No cóż, trudno. O spokojnym popołudniu mogę sobie pomarzyć. Znów zapanowała cisza, ale trzeba było jakoś ciągnąć to dalej.
- Pij herbatę.
- A ty co? Moja matka?
- Pij bo się przeziębisz...
- Nie będziesz mi mówić co mam robić. - prychnął i nic nie zrobił.
- A założymy się? Mam podejść i cię nią oblać żebyś posłuchał?
- A spróbuj tylko...
- A co? Może znowu chcesz skończyć z moim butem między nogami, hm? - odparłam. Skoro już i tak zaczęłam się z nim droczyć, to czemu nie. Mogę robić to dalej.
- Nie odważysz się... - mruknął.
- Zobaczymy...
Chłopak dalej nie posłuchał. No cóż, nie byłam z tego zadowolona, ale nie za wiele mogłam zrobić. Po chwili sięgnęłam po kubek i wypiłam trochę swojej herbaty. Tak mnie rozgrzała, że aż zrobiłam się senna.
- Idę się zdrzemnąć, nie rozwal mi domu. - rzuciłam na odchodne i poszłam na górę. Nie wiedziałam czy pozostawienie go tam to dobry pomysł, ale nie widziałam lepszego rozwiązania. Od razu rzuciłam się na łóżko starając się zasnąć. Nawet nie wiem kiedy tak bardzo zachciało mi się spać. Zamknęłam spokojnie oczy i zaczęłam drzemać. W pewnej chwili jednak poczułam, że ktoś kładzie się obok i mnie obejmuje w pasie. Z początku chyba to do mnie nie dotarło, ale w końcu uchyliłam lekko powieki i spojrzałam przez ramię.
- Zamknij oczy, śpij i nie obracaj się tu. - usłyszałam głos Casa. Naprawdę spokojny głos, niepodobny do niego choć tak samo stanowczy. Posłusznie opuściłam głowę z powrotem i zamknęłam oczy. To było... Naprawdę przyjemne. Czułam ciepło bijące od Castiela co było naprawę miłe. Ale wciąż miałam wrażenie, że chłopak traktuje mnie jak swoją zabawkę, albo psa, który będzie go słuchać. W tym momencie jednak coś nie dawało mi dpokoju. Mianowicie fakt, że zauważyłam wcześniej coś kątem oka. Cas miał lekko zarumienione policzki. W dodatku czułam jak jeszcze bardziej się do mnie przysunął. Coś musiało być nie tak. On nie zachowywał się jak Castiel. Odczekałam chwilę i czekałam aż jego oddech, który czułam na karku się wyrówna. Wtedy obróciłam się w jego stronę, ale nie miałam szans żeby się wydostać z jego objęć bo mocno mnie trzymał. Nie myliłam się, jego policzki były lekko zaróżowione, ale przecież on nie był typem osoby, która się rumieniła, a przynajmniej nie z byle powodu. Dotknęłam ostrożnie jego czoła.
- Cholera... - mruknęłam cicho. Był cały rozpalony i miał gorączkę. Miałam rację, że się przeziębi, ale nie, nie chciał mnie słuchać. Jakimś cudem udało mi się wydostać z jego objęć, zeskoczyłam z łóżka i przykryłam chłopaka kocem. Skoro już tu był i się rozchorował, to nie będę go wyganiać. Poszłam do łazienki gdzie namoczyłam mały ręcznik chłodną wodą po czym wróciłam co pokoju. Uklęknęłam na łóżku kładąc go Casowi na czoło. Wyglądał bardzo spokojnie kiedy tak sobie spał, zupełnie inaczej niż normalnie. A mówią, że tak jak ludzie wyglądają w czasie snu tacy są naprawdę, gdzieś w głębi. Ale szczerze, to chyba bym w to nie uwierzyła, a przyznamniej nie w tym przypadku. Bo niby ktoś tak narwany mógłby być taki spokojny? To wydawało się wręcz nie możliwe. Po chwili wstałam i skierowałam się na dół z zamiarem zrobienia czegoś ciepłego do jedzenia. Oczywiście burza na zewnątrz szalała w najlepsze, więc wiedziała że nie może wygonić chłopaka na zewnątrz w takim stanie i do tego w taką pogodę. Lepiej spokojnie przeczekać i najwyżej wróci do domu jak się lepiej poczuje i pogoda się polepszy. W tym stanie i tak zapewne nie będzie chciał się do niej dobierać, a przynajmniej choroba mu na to nie pozwoli.

***

Jakiś czas później wróciłam na górę z kubkiem nowej, gorącej herbaty i gorącymi tostami. To chyba będzie dobre na rozgrzanie, prawda? Usiadłam na brzegu łóżka kładąc tacę z posiłkiem na szafkę po czym spojrzałam na chłopaka. Miał zamknięte oczy, więc zapewne dalej spał. Jednak nie zamierzałam czekać żeby robić jedzenie od nowa, więc lekko szturchnęłam go w bok.
- Obudź się, musisz coś zjeść. - mruknęłam i dźgałam go tak do momentu aż się nie obudził.
- Co jest.... - jęknął starając się podnieść. - O cholera, ale mnie łeb napierdala...
- Wyrażaj się. - powiedziałam przewracając oczami po czym podałam mu kubek z herbatą. - Pij i bez dyskusji. - powiedziałam spokojnie. Chłopak o dziwo przyjął gorący napój i zaczął go posłusznie pić. Zaraz potem postawiłam mu tacę z tostami na kolanach i podałam tabletki na grypę. Wszystko grzecznie wziął, połknął leki i zaczął jeść tosty.
- Czemu mi pomagasz...? - zapytał w końcu przerywając tę ciszę.
- Przecież cię nie wyrzucę...
- A powinnaś. Każdy na twoim miejscu by tak zrobił. - wypalił. A mnie aż zatkało. No proszę, czyżby miał jakieś wyrzuty sumienia za to co ostatnio nawyprawiał? Nie... To z pewnością wina gorączki.
- Widzisz... Ja nie jestem taka jak każdy... - powiedziałam wzruszając ramionami i zaśmiałam się pod nosem. Castiel już chciał coś powiedzieć, ale nagle rozległ się dzwonek do drzwi, już po raz kolejny tego dnia. Powiedziałam chłopakowi, że zaraz wrócę po czym zbiegłam na dół. Zastanawiałam się kto tym razem się zjawił. Otworzyłam drzwi i ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam... Iris. Na całe szczęście miała parasol i kalosze, więc nie przemokła do suchej nitki. Patrzyła na mnie pogodnie się uśmiechając.
- Hej Ana, mogę wejść? - zapytała wesoło. Ja natomiast otworzyłam szerzej drzwi i wpuściłam ją do środka. No proszę, ciekawe kogo jeszcze przyniesie ta ulewa?

***

Siedziałyśmy z Iris u mnie w pokoju już jakiś czas i popijałyśmy herbatę. Castiel znów zasnął. Spał już jak przyszłyśmy na górę, więc nie chciałam go budzić. Te leki, które mu dałam właśnie tak powinny zadziałać i po prostu go uśpić, więc dobrze że tak właśnie się stało. Przynajmniej zjadł tosty i wypił herbatę, które mu zrobiłam. Dzięki temu powinien w miarę szybko dojść do siebie, a przynajmniej taką mam nadzieję.
- Skąd on się w ogóle tu wziął? - zapytała Iris. Rozmawiałyśmy dość cicho, żeby nie obudzić chłopaka, ale to zadanie raczej nie było trudne, bo spał jak zabity.
- Twierdził że tędy przechodził i się rozpadało... - mruknęłam wzruszając ramionami. - Więc stwierdziłam że go przechowam, bo był cały przemoknięty. Zresztą, nie mogłabym go tak wyrzucić.
- Racja, zrobiłabym tak samo.
- Myślisz że jak zostanie tu do jutra to coś się stanie?
- Niesądzę. Twoich rodziców i tak nie ma, tak jak i jego, więc problemu nie będzie.
- A gdzie są jego rodzice?
- W pracy. Mama jest stewardessą, a ojciec pilotem. Dlatego rzadko się z nimi widuje, ale raczej mu to nie przeszkadza. Raczej mają średnie kontakty...
- Ah... Rozumiem... - powiedziałam po czym zaczęłam się nad czymś zastanawiać. - Właściwie dobrze go znasz, co nie? Jesteście przyjaciółmi czy coś?
- Powiem ci tyle, wiem tyle co większość osób. - zaśmiała się pod nosem. - Ale... Nie, właściwie to jesteśmy po prostu dobrymi znajomymi i to wszystko. On ogólnie nie ma dobrych relacji ze zbyt wieloma osobami...
- Ta... Widać. - powiedziałam po czym w jednej chwili obydwie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Na nasze nieszczęście Cas chyba to usłyszał przez sen, dlatego wymamrotał coś pod nosem, trochę się powiercił, ale spał sobie dalej. To właściwie dobrze, bo jeszcze zbudziłby się w złym humorze. - Mam nadzieję tylko, że jak się lepiej poczuje to nie zacznie się do mnie dobierać ani nic z tych rzeczy.
- Spokojnie. On nie zrobiłby nic wbrew twojej woli. Znam go trochę i wiem, że umie się pochamować. - zaśmiała się Iris. Ku mojemu zaskoczeniu to samo ostatnio powiedział mi Lysander. Problem w tym, że robili mi tym tylko dodatkowy mentlik w głowie i przez to wszystko nie wiedziałam co mam o tym chłopaku myśleć. Gdzieś w głębi chyba jednak wiedziałam, że nie może być taki zły na jakiego wygląda. Może trzeba po prostu przebić tą twardą skorupę? Kto wie... Wszystko się jeszcze okaże.

***

Przegadałyśmy tak do wieczora, a czas szybko nam zleciał. W końcu Iris stwierdziła, że powinna już wracać bo dawno już zrobiło się całkiem ciemno, a ja miałam ochotę się położyć.
- Tylko uważaj na siebie. - powiedziałam kiedy już wychodziła. Przypomniałam sobie wtedy tego człowieka z nożem i aż mi się w głowie zakręciło. Mam nadzieję, że go złapali i zamknęli. Oby tak było. Na całe szczęście dziewczyna mieszkała niedaleko, więc nie powinno być problemu. Pożegnałam się z nią przyjaznym uściskiem po czym zamknęłam za nią drzwi na klucz i wróciłam na górę. Wzięłam swoją kremową koszulę nocną po czym spojrzałam na Casa. No cóż, spał, ale przebieranie się w jego obecności raczej nie było zbyt dobrym pomysłem, zwłaszcza, że w każdej chwili może się zbudzić. Poszłam więc do łazienki gdzie przy okazji wzięłam szybki prysznic, wrzuciłam brudne ciuchy do kosza na pranie i załatwiłam wszelkie inne łazienkowe sprawy. Chwilę później wróciłam do pokoju już całkiem czysta i przebrana. Jak się okazało Castiel nie spał. Czyli miałam dobre przeczucie. Leżał na boku obrócony w moją stronę i patrzył na mnie zaszklonym wzrokiem. No ładnie, czyżby gorączka znowu mu skoczyła?
- Śpij. - powiedziałam spokojnie i podeszłam do łóżka. Przyłożyłam mu dłoń do czoła sprawdzając czy jest gorące. I pięknie, był cały rozpalony, a to nie wróży za dobrze. Zresztą, znów miał zaróżowione policzki. Po chwili wstałam i poszłam do łazienki. Nalałam chłodnej wody do niedużej miedniczki po czym wróciłam do Castiela siadając na brzegu łóżka. Wzięłam ręcznik, który teraz leżał gdzieś na boku po czym namoczyłam go w tej wodzie, wykręciłam, złożyłam i położyłam mu go na czole. Odłożyłam miedniczkę gdzieś na bok. - Dobranoc... - powiedziałam jeszcze. Zmierzałam wstać i pójść do pokoju rodziców, żeby tam spokojnie się przespać, ale gdy tylko Cas to zauważył od razu chwycił mój nadgarstek.
- Gdzie idziesz... - wymamrotał.
- Do łóżka, chcę iść spać. - oznajmiłam i spojrzałam na niego spokojnym wzrokiem.
- Nigdzie nie pójdziesz. Zostajesz tu. - Najwyraźniej nie miał zamiaru mnie puścić.
- Śpij... - powtórzyłam bardziej stanowczo, ale nie zareagował. Westchnęłam. Nie miałam wyjścia musiałam tu zostać przynajmniej chwilę i poczekać aż zaśnie. Domyślałam się że to pewnie nie potrwa długo i wtedy pójdę do sypialni rodziców. Po prostu muszę tu z nim chwilę zostać... - No dobra, dobra. - rzuciłam i położyłam się obok. Na szczęście wcześniej już zażyłam leki na odporność, więc nie musiałam się martwić że się zarażę czy coś. Pogłaskałam go lekko po głowie i patrzyłam na niego aż w końcu zamknął oczy. Wiedziałam, że zaraz będzie smacznie spać. Niestety... Sama też zrobiłam się całkiem senna, a to łóżko było takie ciepłe i miłe, więc zanim się obejrzałam oczy mi się zamknęły i zasnęłam.

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział III

Gdy leżałam już w łóżku, umyta, przebrana i ogarnięta dopiero wtedy zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzisiaj stało. Castiel, chłopak, który wygląda na gbura, który wszystkich traktuje z góry naprawdę uratował mi życie. Zrozumiałam też jedną rzecz, to jak bardzo ten chłopak mnie pociągał i że zauroczyłam się w nim. Zapewne z czasem mi przejdzie, z uwagi na sytuację i to co zrobił. Mimo że wszyscy mnie uprzedzali co do jego osoby, to może on nie jest jednak taki zły jak się wydaje? W prawdzie to tylko pozory, ale może jednak to co mówiła Roza jest prawdą? Sama nie wiedziałam, co mam myśleć. Pewnie przekonam się z czasem... Chwila minęła mi na takich rozmyślaniach, aż w końcu udało mi się spokojnie zapaść w sen...

***

Ranek minął mi spokojniej niż zazwyczaj. Przyznaję bez bicia, że dziś przyszłam ubrana mniej... Wyzywająco? Niż wczoraj, z czego Nat był widocznie zadowolony bo uśmiechał się do mnie przyjacielsko. Tak, ten jego uśmiech był naprawdę uroczy i kojący. Niedziwne, że większość osób w szkole go tak lubi... No może oprócz Castiela. Kilka pierwszych lekcji upłynęło mi dość szybko, ale co mnie zdziwiło, a może jednak nie, Cas nie pojawił się w szkole. A właściwie to szkoda, bo miałam w planach mu podziękować. Może jeszcze przyjdzie... Albo po prostu zapytam się Lysandra. Roza mówiła, że jest dobrym kumplem Castiela więc może on będzie wiedzieć gdzie się szwęda i czy w ogóle dziś przyjdzie. Zaczęłam krążyć po korytarzu w poszukiwaniu chłopaka, ale szczerze, to ciężko było go nie przeoczyć. W końcu nikt poza nim w tej szkole nie nosił ubrań w wiktoriańskim stylu, a nawet jeśli to jego oczy i włosy na tyle się wyróżniały, że łatwo było go zauważyć. Siedział na klatce schodowej opierając się o ścianę i pisał coś w notatniku. Od Rozali dowiedziałam się jeszcze jednej rzeczy - mają z Casem zespół. Podobno Lysander ślicznie śpiewa i szczerze to chciałabym kiedyś to usłyszeć. Tak samo zresztą, jak grę Castiela. Ogólnie byłam bardzo związana z muzyką, dlatego automatycznie ciągnęło mnie do takich rzeczy. Od razu podeszłam do chłopaka, ale wyglądał na bardzo skupionego tym co robił dlatego po prostu usiadłam obok. Co prawda ciekawiły mnie jego teksty, ale nie chciałam mu zaglądać przez ramię. Z pewnością tego nie lubił, dlatego postanowiłam, że po prostu poczekam aż sam mnie zauważy. W końcu przypadkiem jednak trąciłam go w ramię gdy szukałam czegoś w torbie i wtedy wzdrygnął się i na mnie spojrzał. Od razu zauważyłam jego zdezorientowany wzrok.
- Wybacz... Nie chciałam ci przeszkadzać. - powiedziałam spokojnie. Miałam nadzieję że się na mnie nie zezłości.
- Uh... Nie szkodzi. - rzucił w końcu i wrócił do pisania. 
- Czekaj! Nic nie pisz! - zerwałam się od razu z miejsca i stanęłam przed nim. No cóż, nie chciałam żeby przerywał, ale przecież nie mogłam tak czekać. Chłopak ponownie spojrzał na mnie pytająco. - No ten... Przepraszam że tak ci przerywam, ale chciałam spytać czy wiesz gdzie jest Castiel... - mruknęłam już spokojniej. Chłopak zamyślił się na chwilę.
- Został dziś w domu. A masz do niego jakąś sprawę? Bo mogę mu przekazać... - powiedział.
- Niee... Nie trzeba. Właściwie to chciałam mu za coś podziękować i spytać o jedną rzecz, ale ciężko tak jak się nie rozmawia z kimś w cztery oczy, poza tym nie chcę żebyś się poczuł wykorzystywany.
- Nie, spokojnie... - zaśmiał się pod nosem. - Ale rozumiem, że to po prostu wymaga zwykłej rozmowy w cztery oczy, nie telefonu ani wiadomości... - Przytaknęłam z uśmiechem na to co powiedział. Chyba zrozumiał o co mi chodzi. - Wiesz, wybieram się dziś do niego po lekcjach. Jeśli chcesz, to możesz przejść się ze mną. - powiedział i uśmiechnął się lekko. Szczerze to nie spodziewałam się takiej miłej propozycji. Zdrowy rozsądek jednak podpowiadał mi, żeby to rozważyć, jednak zignorowałam to i przytaknęłam.
- Dzięki wielkie. - Posłałam mu szeroki uśmiech. - W takim razie do zobaczenia po lekcjach. - powiedziałam i pomachałam jeszcze do niego gdy odchodziłam, ale on już był w swoim świecie. Co za uroczy chłopak, naprawdę miły. Naprawdę ciekawi mnie o czym są jego piosenki...

***

Reszta czasu spędzonego w szkole upłynęła mi na rozmyślaniu co powinnam powiedzieć Castielowi kiedy się z nim zobaczę. Pewnie mnie wyśmieje, że przychodzę do niego z taką głupotą. Eh... Trzeba to będzie szybko załatwić i mam nadzieję, że nie będę tego żałować.

***

Po lekcjach wpadłam na Nathaniela. On sam jeszcze nie zbierał się do domu co mnie zaciekawiło. No cóż, to pewnie przez obowiązki musiał tu tyle siedzieć, ale zdawało się, że jemu to niespecjalnie przeszkadzało.
- Byłem tak zabiegany, że nie zdążyłem ci powiedzieć, że ślicznie wyglądasz. - powiedział swoim ciepłym głosem. Moje policzki automatycznie lekko się zaróżowiły. Spojrzałam na swoją luźną, fioletową sukienkę sięgającą nieco nad kolana.
- Dzięki... - powiedziałam, a on tylko uśmiechnął się do mnie przyjacielsko i wrócił do pracy. Cieszyłam się słysząc ten komplement, to było naprawdę miłe uczucie. Ja natomiast skierowałam się za szkołę, gdzie ujrzałam Lysandra, co dziwne nie czekał na mnie tylko szedł w stronę bramy. Czyżby zapomniał? Od razu go dogoniłam i lekko szturchnęłam w ramię wyrywając go z zamyślenia.
- Hej, zapomniałeś o mnie? - zapytałam z uśmiechem. On za to zamrugał powiekami patrząc na mnie nieco zaskoczony. Po chwili jednak przypomniał sobie, że przecież miałam znim iiść do Casa.
- Ah, wybacz. Zupełnie wyleciało mi z głowy...
- Nie ma sprawy, każdemu się zdarza. 
Chłopak posłał mi ciepły uśmiech. Reszta drogi minęła spokojnie, a że jego kumpel nie mieszkał daleko to i szybko zleciało. Rozmawialiśmy o wszystkim co tylko nam przyszło do głowy, ale zauważyłam, że Lys i tak chodzi z głową w chmurach. Ciekawa jestem co czym tam sobie tak myśli. W końcu znaleźliśmy się pod drzwiami całkiem dużego domu. Lysander zapukał do drzwi. Najpierw raz, potem kolejny, ale nikt nie otworzył. W końcu zadzwonił dzwonkiem i po paru chwilach usłyszeliśmy jak ktoś otwiera drzwi. Przed nami stał zaspany Castiel. Chyba musiał się zdrzemnąć i w dodatku nie obudzić w zbyt dobrym humorze. Spojrzał na kumpla, a potem na mnie, ale nic nie powiedział tylko wpuścił nas do środka i wrócił do swojego pokoju rzucając się z powrotem na łóżko. Jaki gościnny... Ruszyliśmy za nim. Na ścianach były porozwieszane różne plakaty, gdzieś w kącie na stojaku była jego gitara i wzmacniacze. Ogólnie było to całkiem spore pomieszczenie. Było tam biurko, na którym było mnóstwo sprawnych i już nie zdolnych do użytku przedmiotów, dwie czarne pufy oraz stolik do kawy, drzwi do garderoby, kilka półek, telewizor i całkiem spore łóżko. Bałagan był tu trochę większy niż w reszcie domu, ale wcale nie taki spory jak można się było spodziewać. Okna były zasłonięte szarymi roletami, więc pomieszczenie wyglądało na ogólnie ciemne, ale to tylko kwestia ich odsłonięcia, pewnie wtedy zrobiłoby się o wiele jaśniej.
- Czego chcecie... Nie dacie się człowiekowi wyspać... - warknął chłopak przecierając twarz dłonią. Lysander wtedy spojrzał na mnie i uśmiechnął się porozumiewawczo po czym wyszedł z pokoju. To miło z jego strony, że zrozumiał że chciałabym pogadać z nim sama. Podeszłam do łóżka i usiadłam na brzegu.
- Uhm... Castiel... - mruknęłam cicho.
- Czego... - Cały czas miał ten nieprzyjemny ton głosu. Poza tym nawet na mnie nie patrzył, chyba był w złym humorze. Obrócił się do mnie plecami.
- Chciałam... Chciałam ci tylko podziękować za wczoraj. - powiedziałam niepewnie. W tamtym momencie chłopak zamarł i z początku wcale się nie odezwał.
- Jakbyś nie łaziła na zewnątrz o takiej godzinie to nie byłoby całego problemu. - rzucił, ale jego głos był nieco łagodniejszy niż wcześniej, czyli przyjął podziękowanie. No i to najważniejsze.
- Dobra, to ja już się będę zbiera... - nie dał mi dokończyć bo w jednej chwili chwycił mój nadgarstek i przyciągnął do siebie. Innymi słowy teraz leżałam na nim przez co momentalnie się zarumieniłam.
- A kto powiedział, że cię wypuszczę? Przecież mówiłem ci wczoraj, że się policzymy... - zaśmiał się pod nosem. Ja natomiast nie umiałam wydusić z siebie ani słowa. - Poza tym chyba wisisz mi jakąś przysługę prawda?
W tej chwili się opamiętałam i spojrzałam na niego z oburzeniem.
- No nie wierzę. Czyli zrobiłeś to po to żeby mieć dłużnika? - rzuciłam. - Dobra, koniec tego dobrego, wracam do domu. - powiedziałam i spróbowałam się podnieść, ale natychmiast przewrócił mnie na plecy i przygwoździł do materaca. Nie mogłam się ruszyć, ani tym bardziej się odezwać. Czy on mnie prowokuje? Cholera... Roza miała rację, chce mnie owinąć w okół palca i wykorzystać... A może on po prostu taki jest i tyle? W tamtej chwili sama nie wiedziałam co myśleć, bo byłam zbyt zawstydzona. Castiel mocno zaciskał ręce na moich nadgarstkach przez co nawet nie mogłam się wyrwać. 
- Cas... Puść... - mruknęłam lekko drżącym głosem. Musiał się złościć za to jak go wczoraj potraktowałam.
- Tch... A gdzie ci się tak spieszy, co? - Gdy usłyszałam to pytanie wzięłam głęboki wdech.
- Muszę wracać. - powiedziałam już nieco pewniej, ale wtedy poczułam jego ciepły oddech na swojej szyi.
- Nigdzie nie pójdziesz. - mruknął i lekko musnął ustami mój obojczyk. To było... Przyjemne? Może trochę... Zacisnęłam mocno powieki i odchyliłam głowę na bok, żeby nie patrzył na moje zarumienione policzki.
- Przestań... - wymamrotałam, ale nie zareagował na moje słowa. Na nowo przylgnął ustami w tamtym miejscu tylko że teraz zaczął mi robić tam malinkę. Dobra, dość. Tego już było za wiele. Zaczęłam się szarpać. Tak bardzo chciałam żeby mnie puścił i zostawił w spokoju. - Castiel... Dosyć. - powiedziałam stanowczo i spróbowałam go odepchnąć. Chłopak spojrzał na mnie lekko wkurzonym, ale i zaskoczonym wzrokiem. Co jest, czy on miał mnie za jakąś łatwą laskę? Wypraszam sobie przepraszam bardzo... Kiedy tak patrzył na mnie zdezorientowany zdążyłam się wyrwać. Wygramoliłam się spod niego i zeskoczyłam z łóżka. Od razu bez wahania wzięłam swoją torbę i pobiegłam do drzwi. Zanim jednak dobiegłam do wyjścia z domu ktoś złapał mnie za ramię.
- Puszczaj mnie! - zawołałam myśląc że to nie kto inny jak Cas i starałam się wyrwać. Znowu...
- Poczekaj... - usłyszałam ciepły głos Lysandra i zatrzymałam się. Popatrzyłam na niego. - Co się stało? Castiel coś ci zrobił?
- Nie... Ja... Muszę już wracać... - wyjąkałam. Chłopak natomiast po chwili pogłaskał mnie po policzku, założył mi kosmyk włosów za ucho i lekko się uśmiechnął.
- Nie przejmuj się, on taki już jest. Nie zrobiłby ci nic wbrew twojej woli... Wiem to, znam go za długo. - odparł cicho. Jego dotyk i głos był jakoś tak... Magicznie uspokajający. Ten chłopak był zupełnie inny niż Castiel. Taki spokojny i miły. A jego słowa... Może i miał rację? Nie wiem, sama nie wiem co powinnam teraz myśleć. Stałam tak chwilę i patrzyłam na niego zaszklonym wzrokiem po czym westchnęłam.
- Ja... Naprawdę muszę już iść. - powiedziałam, a chłopak od razu mnie puścił i pozwolił żebym już poszła. - Dzięki... - rzuciłam jeszcze i po chwili zniknęłam za drzwiami nie oglądając się za siebie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział II

Ja nie wierzę... Naprawdę, nie wierzę. Skąd on się w ogóle tu wziął? I czy właśnie uratował mnie przed tamtym człowiekiem? No nieźle... Naprawdę mnie wystraszył i przez to wszystko serce waliło mi jak oszalałe i nie chciało się uspokoić. Nie specjalnie wiedziałam co powinnam w tej chwili zrobić, a że nie pozwolił mi się ruszyć ani odzywać to po prostu go posłuchałam. Zresztą i tak ciągle mnie trzymał jak wcześniej, więc nie wiele miałam do gadania. Co prawda miałam w pewnej chwili ochotę żeby zwyczajnie mu się wyrwać, ale on był za silny więc nawet jakbym chciała, nie miałabym żadnych szans. Kątem oka po prostu obserwowałam jego ruchy i to z jakim skupieniem patrzył na drogę. Nagle jak gdyby nigdy nic wciągnął mnie głębiej w cień i wtedy zrozumiałam co było tego powodem. Ten człowiek, który wcześniej za mną szedł właśnie teraz kierował się drogą tuż obok. Nie miał już w ręku noża, więc zapewne zauważył że mnie zgubił. Gdyby nie Castiel byłabym już pewnie martwa... Szczerze, to naprawdę odetchnęłam. Jakby nie patrzeć ten chłopak uratował mi właśnie życie.
Staliśmy tak jeszcze przez chwilę czekając aż ten mężczyzna się oddali, aż wreszcie czerwonowłosy odsunął rękę od moich ust i pozwolił mi na spokojnie wziąć oddech. Zaraz też uwolnił z uścisku mój nadgarstek więc odsunęłam się od niego o krok i głęboko odetchnęłam. Dopiero teraz obróciłam się w jego stronę i popatrzyłam w jego szare, przenikliwe oczy. Cas skrzyżował ręce na klatce piersiowej i oparł się o ścianę budynku. Chyba oczekiwali, że się odezwę, problem w tym, że jak kompletnie nie miałam pojęcia co mogę z siebie wydusić.
- Skąd... Skąd się tu wziąłeś? - w końcu zdobyłam się żeby cokolwiek powiedzieć. Starałam się jakoś ogarnąć to wszystko, ale to nie było takie łatwe... W końcu chwilę temu byłam jeszcze zwierzyną łowną.
- Tch... Nie ma za co. - powiedział z ironią w głosie. No tak, racja. Chyba powinnam mu podziękować... Tylko że nie wiedziałam kompletnie jak się za to zabrać. - A ty co dziewczynko, nie wiesz że już po dobranocce? Powinnaś już dawno spać a nie szlajać się gdzie popadnie... - rzucił. Zupełnie zaniemówiłam i nie potrafiłam nic mu odpowiedzieć, a przynajmniej na początku.
- Powiedział ten dorosły... - mruknęłam tym samym tonem co i on, ale od razu ugryzłam się w język.
- No ładnie, ładnie. Ktoś tu się stawia, co? - zapytał a na jego twarz wrócił ten typowy, cwany uśmieszek. Nagle się do mnie zbliżył i założył mi kosmyk włosów za ucho. A ja tylko stałam. Stałam i patrzyłam w jego szare oczy nie mając pojęcia co mam zrobić.
- Uch.... Ja... Muszę już wracać i w ogóle. - powiedziałam spokojnie i odsunęłam się o krok po raz kolejny. Na moje nieszczęście to przejście było na tyle wąskie, że wpadłam na ścianę budynku. Szybko jednak się ogarnęłam i wydostałam się stamtąd. Od razu odetchnęłam i rozglądając się na wszystkie strony ruszyłam w kierunku domu. Na całe szczęście tamten człowiek zniknął, więc raczej byłam bezpieczna. Mimo to po chwili poczułam jak ktoś łapie mnie za kołnierz.
- Nigdzie nie idziesz, a przynajmniej nie sama. Jak znowu ktoś za tobą polezie to sobie nie poradzisz. - usłyszałam głos Castiela. Zamrugałam powiekami, ale nie śmiałam zaprzeczyć, ani się zbuntować. Chyba chciał mi przez to przekazać że ma zamiar mnie odprowadzić, ale zrobił to bardziej po swojemu. Właściwie, to mi to nie przeszkadzało. To miło z jego strony, że nie chce żeby znów mnie ktoś napadł.
- Ja sobie nie poradzę? Może nie wyglądam ale umiem porządnie walnąć jak trzeba. - zaśmiałam się pod nosem. Chyba nie mogłam się powstrzymać żeby to powiedzieć.
- Dobra, dawaj pokaż co potrafisz. - zaśmiał się kpiąco. Stanął przede mną i rozłożył ręce chcąc mi przekazać żebym uderzała gdzie chcę. Przyjrzałam mu się przekręcając głowę na bok. Naprawdę rozważałam, żeby mu przyłożyć. A skoro sam tego chciał... Z początku po prostu stałam zwyczajnie na niego patrząc. Wsunęłam dłonie do kieszeni spodenek. W końcu, kiedy zauważyłam że na nowo zaczął się śmiać i już miał coś powiedzieć po prostu kopnęłam go mocno między nogi. Chłopak chyba wcale się tego nie spodziewał i mimowolnie się pochylił. Znów chciał się odezwać, ale zrobiłam to pierwsza.
- Pff... Ciesz się że nie mam glanów. Dopiero wtedy by bolało. - powiedziałam z nutą kpiny w głosie. Dostrzegłam że zaczął na nowo śmiać się pod nosem. Chyba był w dobrym humorze. W zbyt dobrym humorze. Ostatecznie obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu. Mimo wszystko dobrze wiedziałam, że Cas idzie za mną. I tak chyba wolał mnie odprowadzić, ale to było miłe z jego strony jakby nie patrzeć. Dopiero teraz do mnie dotarło że właśnie mu przywaliłam i to już na początku znajomości... Świetnie, brawo ja. Ale szczerze, to chyba mu się należało za takie nabijanie się że mnie...
W końcu udało mu się mnie dogonić, ale reszta drogi minęła nam w ciszy. Zwłaszcza przez fakt, że nie do końca wiedziałam co mogę mu powiedzieć. Ale nie sądzę żeby był na mnie zły czy coś w tym rodzaju. Po prostu chyba zaskoczył go fakt, że faktycznie byłam w stanie go zwyczajnie walnąć. Gdy dotarliśmy pod mój dom i już stałam przy drzwiach z kluczem Castiel podszedł do mnie i staną za mną. Momentalnie poczułam jego oddech na karku, więc z pewnością musiał się pochylić.
- Do zobaczenia jutro... Wtedy się policzymy - powiedział cicho i zaśmiał się po czym odsunął. To trochę zabrzmiało jak groźba, ale nic nie odpowiedziałam. Otworzyłam drzwi, ale wchodząc do domu obejrzałam się jeszcze na krótką chwilę. Castiel był już dość daleko i chyba szedł już do siebie. A może nie? A kto go tam wie... Westchnęłam cicho i ostatecznie zniknęłam za drzwiami. Od razu zdjęłam buty rzucając je gdzieś w kąt i pognałam na górę do swojego pokoju. Rodziców chyba jeszcze nie było, zresztą nie specjalnie mnie to obchodzi. Nie miałam siły żeby o nich teraz myśleć. Rzuciłam się na łóżko i wtuliłam w poduszkę. Nie rozumiem tu czegoś... Dlaczego spodobał mi się ktoś taki? Zapewne mnie wykorzysta, tak jak mówiła Roza, a nie chcę tego. Potrzebuję kogoś kto będzie obok cały czas. A zresztą, ten związek i tak nie miałby prawa istnieć. Z pewnością kogoś sobie znajdę.... Prawda? Oby. Na ten moment niestety moje myśli utknęły przy Castielu i zapewne tak prędko się ich bie pozbędę... Zwłaszcza przez to co się dzisiaj wydarzyło, a było tego sporo. Dużo różnych emocji, niekoniecznie złych i niekoniecznie tych dobrych. Wszystko zmieszało się ze sobą... Obym tylko dożyła jutra. Na samą myśl o tym zaśmiałam się cicho. To z pewnością nie będzie łatwa noc...

sobota, 26 marca 2016

Rozdział I

Uh... Od czego by tu zacząć... Aż trudno uwierzyć, że minęło już kilka miesięcy odkąd przybyłam do liceum Słodki Amoris. Zdążyłam znaleźć tu wiele, naprawdę wiele bliskich mi ludzi. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, zwłaszcza, że do tamtej pory nie miałam zbyt wielu przyjaciół. To nie tak, że nikt mnie nie lubił. Po prostu przez całe życie nauczyłam się podchodzić do ludzi z dystansem. Głównie przez fakt, że komukolwiek nie zaufałam, zawsze okazywał się zdrajcą. Nawet we własnym domu, wśród rodziny z czasem przestałam czuć się tak pewnie. Mimo wszystko staram się i jakimś sposobem udało mi się znaleźć prawdziwych przyjaciół, którym pierwszy raz od długiego czasu zaufałam. Do tej pory wiedziałam, że jestem zdana głównie na siebie samą, ale teraz już wiem, że w końcu mam w kimś oparcie.
Ah, tak się rozgadałam, że zapomniałam się przedstawić. Jestem Anabelle Williams. Mówią mi Annie, albo po prostu Ann. Nie tak dawno skończyłam 17 lat. Mieszkam z rodzicami, jednak raczej nie na długo. W końcu jestem coraz bliżej osiemnastki i tej upragnionej wolności, która zbliża się wielkimi krokami. Dużo śpiewam i gram na fortepianie, co uwielbiam i poświęcam na to naprawdę wiele wolnego czasu. Właściwie, to nie wiem o czym powinnam jeszcze wspomnieć. Nie jestem jakoś za specjalnie ciekawa, więc pozostawię już wątek mojej osoby i przejdę do tego o czym naprawdę powinnam mówić... Może... Zacznijmy od początku.

***

Tamten ranek wyglądał jak każdy inny, a może po prostu tak mi się wydaje... Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że od tamtego dnia wszystko było inaczej. Zdążyłam już nawet zapomnieć jak było wcześniej.  Mimo wszystko początek dnia wyglądał jak każdy inny. Obudziłam się, wstałam i załatwiłam wszelkie łazienkowe sprawy. Uczesałam się w dwa luźne warkocze i przerzuciłam je do przodu. Ubrałam się jakąś luźną jasno-fioletową bluzeczkę z krótkim rękawem i opuszczonym jednym ramiączkiem, krótkie, czarne jeansowe spodenki podarte u dołu, szare zakolanówki i czarne trampki. Jak zwykle na moich rękach widniało kilka, a może nawet i więcej bransoletek. Zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno odpowiedni strój do szkoły, zwłaszcza,że to mój pierwszy dzień... Ostatecznie narzuciłam na siebie jeszcze tylko fioletową bluzę i zignorowałam poprzednią myśl. Przecież nie włożyłam glanów ani niczego w tym stylu, choć mogłam, ale tak było dobrze. Przejrzałam się w lustrze obracając się w okół własnej osi i stwierdziłam, że ujdzie w tłumie. Liczyłam tylko na to, że nie będą wciskać mi żadnych mundurków ani niczego w tym rodzaju. Nie przepadałam za czymś taki, to wszystko. Poszłam do kuchni gdzie zjadłam na szybko pierwsze lepsze śniadanie, zgarnęłam swoją torbę, pożegnałam się z rodzicami i wyszłam z domu ruszając do szkoły. Ogarnęło mnie dziwne zdenerwowanie, nad którym nie byłam w stanie zapanować. Nie wiedziałam, czy uda mi się znaleźć kogoś z kim się dogadam i jak w ogóle przyjmą mnie w tej nowej szkole.

***

Tego ranka czas zleciał mi na samym załatwianiu formalności. Z miejsca otrzymałam całkiem miłe powitanie od dyrektorki. Trzeba przyznać, że całkiem miła z niej kobieta. Wysłała mnie do chłopaka o imieniu Nathaniel i z tego co zdołałam się dowiedzieć jest głównym gospodarzem. Gdy tylko go znalazłam zauważyłam że chyba jest zajęty, ale nie specjalnie chciało mi się czekać. Przeglądał jakieś papiery więc gdy tylko do niego podeszłam i popukałam go palcem w ramię lekko się wzdrygnął. Musiał być bardzo skupiony na swojej pracy. Może nie potrzebnie mu przeszkodziłam... W każdym razie chłopak obrócił się w moją stronę i zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu.
- No heeeej. - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego serdecznie. Dopiero wtedy Nat spojrzał mi w oczy. Wyglądał na całkiem sympatycznego chłopaka.
- Hej, jak mniemam jesteś tą nową uczennicą, tak? Co cię do mnie sprowadza? - zapytał. Wtedy wytłumaczyłam mu, że przyszłam do niego żeby sprawdził mi cz mam wszystkie papiery. Jak się okazało wszystko zgadzało się jak trzeba i całe szczęście. Jakoś nie specjalnie miałam ochotę latać za tym wszystkim od miejsca do miejsca. Gdy już miałam wychodzić nagle usłyszałam, że mówi coś jeszcze. - A no i w ogóle... Nie jestem pewien czy to odpowiedni strój do szkoły... - rzucił patrząc na to w co byłam ubrana i wrócił do pracy. Ja natomiast spojrzałam na niego z ukosa.
- Tiaaa... No nie wiem. W sumie może odrobinkę. - zaśmiałam się pod nosem wychodząc z pomieszczenia. Zamknęłam drzwi i zastanawiałam się , co teraz. Lekcje powoli się kończą, więc przyszła pora wrócić do domu... A może jednak lepiej chwilę zostać i poznać kogoś jeszcze? Tak, to chyba dobry plan. Ruszyłam w stronę dziedzińca i jak na zawołanie na kogoś wpadłam. Na moje nieszczęście oczywiście wywróciłam się na glebę. 
- Uważaj jak leziesz... - usłyszałam niski głos stojącej nade mną osoby. Podniosłam wzrok i moim oczom ukazał się czerwonowłosy, wysoki chłopak o szarych, przenikliwych oczach. Chyba nie był zadowolony z całej sytuacji. Mierzył mnie swoim lustrującym spojrzeniem, a ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej.
- Mnie też miło poznać. - zaśmiałam się pod nosem z nutą ironii. Mógł chociaż podać mi rękę albo coś w tym rodzaju... No ale dobra trudno już, podniosłam się o własnych siłach i otrzepałam. Włożyłam ręce do kieszeni spodni i znów popatrzyłam na czerwonowłosego chłopaka. Dopiero po chwili zorientowałam się jak mi się przygląda i jak mierzy mnie wzrokiem. - He... Co się tak na mnie gapisz? - zapytałam nie zmieniając tonu głosu. Dopiero wtedy popatrzył mi w oczy i udało mi się dostrzec jak bardzo pociągające one są...
- Tch... Mógłbym cię spytać o dokładnie to samo. - mruknął i uśmiechnął się zawadiacko. Mnie się wydaje, czy to jeden z tych typków, którzy potrafią zdobyć każdą dziewczynę? A może tylko na takiego wygląda... Mimo wszystko, to wcale nie zmienia faktu, że wygląda niczego sobie. Zorientowałam się, że wciąż się na niego patrzę a moje policzki od razu pokryły się lekkim rumieńcem. Chłopak przede mną momentalnie się zaśmiał, a jego uśmiech nieco się poszerzył. Już miałam się odezwać i właśnie wtedy poczułam, że ktoś chwyta mój nadgarstek i odciąga mnie od czerwonowłosego. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że była to jakaś dziewczyna no białych włosach i złotych oczach. W dodatku była świetnie ubrana i naprawdę bardzo ładna. Obróciłam się jeszcze, żeby spojrzeć na tamtego chłopaka, ale zniknął mi z oczu.
- Uważaj na niego... - odezwała się w końcu gdy się zatrzymałyśmy. - Nie daj się nabrać na to jego spojrzenie. Jeszcze chwila i owinie cię sobie w okół palca, jak wiele innych dziewczyn. - westchnęła i pokręciła głową z dezaprobatą. - A tak w ogóle to jestem Rozalia, miło mi cię poznać. - uśmiechnęła się do mnie ciepło. Od razu odwzajemniłam ten uśmiech i podałam jej rękę.
- Jestem Anabelle, ale jak chcesz to możesz mi mówić Ana. - odparłam. - A ten chłopak... - zaczęłam ale nie dała mi dokończyć.
- To Castiel. Szkolny buntownik, zresztą chyba to po nim widać... - powiedziała.
- Ta... Ciężko nie zauważyć. - zaśmiałam się. Naprawdę miałam co do niego rację? No proszę, może jednak nie jestem taka głupia... Ale nie wiem, jakoś w głębi duszy wolałam nie być co do niego taka uprzedzona. Może nie jest taki zły jak się z początku wydaje. Rozmawiałam z Rozą jeszcze dobrą chwilę i dowiedziałam się od niej paru rzeczy. Przedstawiła mnie paru osobom ze szkoły takich jak na przykład Lysander, Iris, Violetta i Kim. Dowiedziałam się też o niejakiej Amber. Co do niej to z tego co zrozumiałam miałam duże szczęście, że na nią nie wpadłam.
Reszta popołudnia minęła mi bardzo miło. Rozalia zabrała mnie na "zakupy powitalne", jak sama to nazwała i dzięki temu nie musiałam wracać do domu w którym i tak nie miałabym za wiele do roboty. Naprawdę polubiłam tę dziewczynę, przy okazji zdążyłam też poznać jej chłopaka - Leo, który jest sprzedawcą w jednym ze sklepów z ubraniami. Trzeba przyznać że do siebie pasują i słodko razem wyglądają. A poza tym, Leo to bardzo miły chłopak, przystojny zresztą też, tylko jak wiadomo należy do Rozy i chyba by mnie rozszarpała gdybym tylko próbowała się do niego zbliżyć. Ale nawet nie mam takiego zamiaru. Jeśli już mam znaleźć sobie chłopaka to takiego, który potrafiłby mnie zrozumieć i zaakceptować to co robię i jaka jestem.
Zanim zdążyłam się zorientować zrobiło się już zupełnie ciemno. Chyba powinnam zacząć zbierać się już do domu, w końcu jutro znowu trzeba wrócić do szkoły, więc wypadałoby się porządnie wyspać. Uściskałam Rozalię na pożegnanie i ruszyłam w stronę swojego domu. Niestety droga przede mną była jeszcze długa, więc założyłam swoje niebieskie słuchawki na uszy i zaczęłam słuchać muzyki. Niestety w połowie drogi zaczęło towarzyszyć mi jakieś dziwnie nieprzyjemne uczucie, jakby ktoś mnie obserwował. Obejrzałam się za siebie i dostrzegłam że parę metrów dalej ktoś za mną idzie. Jakiś facet, dość wysoki i postawny, ubrany na czarno. Ale nie widziałam jego twarzy ze względu na to, że było ciemno a na głowie miał kaptur. Na początku go po prostu zignorowałam, ale gdy zaczęłam się tak oglądać za siebie coraz to częściej widziałam, że wciąż za mną idzie. Ostatecznie przyspieszyłam, wyciągnęłam z uszu słuchawki, a z kieszeni telefon i zaczęłam udawać że rozmawiam z kimś przez telefon... To zawsze działa, a przynajmniej tak właśnie myślałam. Dwie minuty później jeszcze raz się odwróciłam, licząc że mężczyzny już nie ma, ale się myliłam. Problem w tym, że tym razem trzymał coś w opuszczonej dłoni. Coś, co zabłyszczało w świetle księżyca. I wtedy już wiedziałam co to jest i zaczęłam przeklinać się pod nosem. W ręce miał nóż. To złodziej, zabójca, gwałciciel i Bóg wie kto jeszcze... Cholernie się wystraszyłam i momentalnie zaczęłam przyspieszać. Nawet nie zauważyłam, że ktoś przede mną przeszedł kiedy miałam skręcić za róg, ale jak tylko podniosłam wzrok nikogo nie dostrzegłam. No cóż... Może mi się zdawało. Kiedy tylko skręciłam zaczęłam biec, licząc że zgubię tego gościa. Nagle poczułam, że jakaś silna ręka łapie mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie w jakieś wąskie przejście między budynkami. "O cholera... To koniec, zostanę zamordowana, albo coś jeszcze gorszego mnie tu spotka... Co teraz? Co mam robić?! Pomocy!" - to krążyło w mojej głowie. Już miałam zacząć krzyczeć i się wyrywać kiedy osoba mnie trzymająca zasłoniła mi ręką usta, a drugą tylko mocniej ścisnęła mój nadgarstek. I wtedy usłyszałam jego niski głos. Dziwnie znajomy głos...
- Nie ruszaj się. A krzyknij choć raz to tu i teraz cię zgwałcę. - powiedział mi cicho do ucha cały czas uniemożliwiając mi jakikolwiek niekontrolowany ruch. Zdołałam tylko obrócić lekko głowę w jego stronę, żeby zobaczyć kim jest ta osoba. To był jakiś chłopak, patrzył w stronę drogi, którą szłam chwilę temu i czemuś się przysłuchiwał.
Zaraz zaraz... To niemożliwe... Te czerwone włosy i szare oczy.... O cholera... To Castiel?!