niedziela, 1 maja 2016

Rozdział IV

Siedziałam sobie spokojnie w moim pokoju słuchając muzyki z wieży i czytając książkę. Było dość ciepłe popołudnie, lecz nagle, zupełnie niespodziewanie lunął deszcz. Z początku tylko kropło ale z czasem coraz większe krople zaczęły walić w okno i zrobiło się całkiem ciemno przez czarne chmury. W dodatku doszły jeszcze grzmoty i błyskawice... A zapowiadało się takie miłe, spokojne popołudnie. Myślałam, że uda mi się wyjść na spacer, bo rodzice wyjechali na kilka tygodni dlatego chciałam z tego skorzystać. No ale najwyraźniej z moich planów nici i nic z tego nie będzie. Westchnęłam, podniosłam się z łóżka i podreptałam na dół do kuchni z zamiarem napicia się czegoś. Już sięgałam po szklankę kiedy nagle usłyszałam walenie w drzwi. Z początku myślałam że to tylko grzmoty, jednak dzwonek też zdawał o sobie znać. Osoba znajdująca się za drzwiami musiała się bardzo niecierpliwić, bo dźwięki zaczęły się nasilać. Niestety nie miałam pojęcia kto to może być, ale jak najszybciej podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam całkiem przemoczonego Castiela, który jak zwykle patrzył na mnie nieprzyjemnym wzrokiem. Teraz jednak wyglądał na wyjątkowo wkurzonego, to chyba przez tą pogodę. Ale szczerze to mu się nie dziwiłam.
- No wpuścisz mnie do cholery czy mam wejść siłą? - warknął nieprzyjemnym tonem głosu. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że stoję i patrzę na niego jak głupia. Od razu mruknęłam ciche "wejdź..." i wpuściłam go do środka. Chłopak bez wachania wszedł do środka zarzucając z siebie kurtkę i wykręcając ją z wody.
- Ale czekaj, nie tu! - zawołałam widząc co robi. - Idź do łazienki... - mruknęłam i ruchem głowy wskazałam mu na drzwi kawałek dalej. Posłusznie tam poszedł, a ja kazałam mu grzecznie poczekać mówiąc, że zaraz tam wrócę i podałam mu jakiś rzecznik żeby się wysuszył. Z prędkością światła pobiegłam na górę po jakieś rzeczy dla niego do przebrania. Znalazłam mu czarną koszulkę z logiem jakiegoś zespołu i szare dresowe spodnie. Byłoby blisko i zapomniałabym do kogo należą... No cóż, pozostały miłe wspomnienia. Zaraz później zeszłam na dół i zapukałam do łazienki.
- Castiel, mogę wejść? - zapytałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Zmartwiłam sie tym, więc otworzyłam drzwi i ujrzałam przed sobą Casa w samych bokserach. Od razu stanęłam jak wryta i całkiem oblałam się rumieńcem. Z początku nic nie zrobiłam, ale w końcu odwróciłam głowę w bok i wbiłam wzrok w ziemię starając się opanować szybkie bicie serca. Wyciągnęłam rękę z ubraniami w jego stronę podając mu je. Chłopak wziął je ode mnie i kątem oka zauważyłam ten jego zawadiacki uśmieszek. Przysunął się do mnie i pochylił głowę nad moim uchem.
- Przyznaj że zrobiłaś to specjalnie żeby popatrzeć na mnie w samych bokserkach... - zaśmiał się cicho. Ją natomiast nie mogłam nic z siebie wydusić. Byłam cała czerwona a poza tym Cas specjalnie się tak zachowywał.
- Pf... Jakby było na co patrzeć... - rzuciłam i powoli się wycofałam. Powiedziałam mu jeszcze żeby się pośpieszył i zamknęłam za sobą drzwi. Skierowałam się do kuchni gdzie nastawiłam wodę na herbatę i usiadłam na krześle podkulając nogi pod brodę. Natłok myśli dopadł moją głowę. O boże jakie ten chłopak ma ciało... Brzuch i ramiona umięśnione jak u jakiegoś greckiego boga. Aż miałam ochotę przelecieć go na miejscu... Co?! Zaraz... O czym ja gadam... W ogóle po jaką cholerę ja go tu wpuściłam skoro jeszcze dwa tygodnie temu próbował się do mnie dobrać i miał mnie za jakąś łatwą pannę. Tłumok... Po chwili usłyszałam jak chłopak wyszedł z łazienki. Wtedy wstałam z krzesła i zaparzyłam dwie herbaty, sama też miałam ochotę się rozgrzać. Poszłam do salonu gdzie zastałam Casa, który rozsiadł się w najlepsze na kanapie. Postawiłam obydwa kubki na stoliku do kawy, podałam mu jeszcze koc i usiadłam na drugim końcu sofy. Specjalnie utrzymywałam taką odległość, zwłaszcza po tym co zdarzyło się ostatnio. Nigdy nie wiadomo co przyszłoby mu do głowy. Jeszcze wykorzystałby chwilę mojej nieuwagi i znów zaczął się do mnie dobierać. Na moje nieszczęście jednak wydarzyło się to, czego nie chciałam. A mianowicie zaczęła dokuczać mi ta niezręczna cisza. Komplenie nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć, ale trzeba jakoś pociągnąć rozmowę. W końcu jeśli ja tego nie zrobię to on tym bardziej.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytałam spokojnie, ale nawet nie spojrzałam w jego stronę.
- A co miałem się wlec do domu w taką ulewę? Po prostu twój dom napatoczył się po drodze i nic poza tym... - rzucił. Słyszałam niezadowolenie w jego głosie.
- To czemu nie poszedłeś do Lysa?
- Przecież ci mówiłem do cholery że nie będę nigdzie łaził w taką pogodę. Ty byłaś najbliżej, nic na to nie poradzę. A wolałem to niż moknięcie na deszczu...
No cóż, trudno. O spokojnym popołudniu mogę sobie pomarzyć. Znów zapanowała cisza, ale trzeba było jakoś ciągnąć to dalej.
- Pij herbatę.
- A ty co? Moja matka?
- Pij bo się przeziębisz...
- Nie będziesz mi mówić co mam robić. - prychnął i nic nie zrobił.
- A założymy się? Mam podejść i cię nią oblać żebyś posłuchał?
- A spróbuj tylko...
- A co? Może znowu chcesz skończyć z moim butem między nogami, hm? - odparłam. Skoro już i tak zaczęłam się z nim droczyć, to czemu nie. Mogę robić to dalej.
- Nie odważysz się... - mruknął.
- Zobaczymy...
Chłopak dalej nie posłuchał. No cóż, nie byłam z tego zadowolona, ale nie za wiele mogłam zrobić. Po chwili sięgnęłam po kubek i wypiłam trochę swojej herbaty. Tak mnie rozgrzała, że aż zrobiłam się senna.
- Idę się zdrzemnąć, nie rozwal mi domu. - rzuciłam na odchodne i poszłam na górę. Nie wiedziałam czy pozostawienie go tam to dobry pomysł, ale nie widziałam lepszego rozwiązania. Od razu rzuciłam się na łóżko starając się zasnąć. Nawet nie wiem kiedy tak bardzo zachciało mi się spać. Zamknęłam spokojnie oczy i zaczęłam drzemać. W pewnej chwili jednak poczułam, że ktoś kładzie się obok i mnie obejmuje w pasie. Z początku chyba to do mnie nie dotarło, ale w końcu uchyliłam lekko powieki i spojrzałam przez ramię.
- Zamknij oczy, śpij i nie obracaj się tu. - usłyszałam głos Casa. Naprawdę spokojny głos, niepodobny do niego choć tak samo stanowczy. Posłusznie opuściłam głowę z powrotem i zamknęłam oczy. To było... Naprawdę przyjemne. Czułam ciepło bijące od Castiela co było naprawę miłe. Ale wciąż miałam wrażenie, że chłopak traktuje mnie jak swoją zabawkę, albo psa, który będzie go słuchać. W tym momencie jednak coś nie dawało mi dpokoju. Mianowicie fakt, że zauważyłam wcześniej coś kątem oka. Cas miał lekko zarumienione policzki. W dodatku czułam jak jeszcze bardziej się do mnie przysunął. Coś musiało być nie tak. On nie zachowywał się jak Castiel. Odczekałam chwilę i czekałam aż jego oddech, który czułam na karku się wyrówna. Wtedy obróciłam się w jego stronę, ale nie miałam szans żeby się wydostać z jego objęć bo mocno mnie trzymał. Nie myliłam się, jego policzki były lekko zaróżowione, ale przecież on nie był typem osoby, która się rumieniła, a przynajmniej nie z byle powodu. Dotknęłam ostrożnie jego czoła.
- Cholera... - mruknęłam cicho. Był cały rozpalony i miał gorączkę. Miałam rację, że się przeziębi, ale nie, nie chciał mnie słuchać. Jakimś cudem udało mi się wydostać z jego objęć, zeskoczyłam z łóżka i przykryłam chłopaka kocem. Skoro już tu był i się rozchorował, to nie będę go wyganiać. Poszłam do łazienki gdzie namoczyłam mały ręcznik chłodną wodą po czym wróciłam co pokoju. Uklęknęłam na łóżku kładąc go Casowi na czoło. Wyglądał bardzo spokojnie kiedy tak sobie spał, zupełnie inaczej niż normalnie. A mówią, że tak jak ludzie wyglądają w czasie snu tacy są naprawdę, gdzieś w głębi. Ale szczerze, to chyba bym w to nie uwierzyła, a przyznamniej nie w tym przypadku. Bo niby ktoś tak narwany mógłby być taki spokojny? To wydawało się wręcz nie możliwe. Po chwili wstałam i skierowałam się na dół z zamiarem zrobienia czegoś ciepłego do jedzenia. Oczywiście burza na zewnątrz szalała w najlepsze, więc wiedziała że nie może wygonić chłopaka na zewnątrz w takim stanie i do tego w taką pogodę. Lepiej spokojnie przeczekać i najwyżej wróci do domu jak się lepiej poczuje i pogoda się polepszy. W tym stanie i tak zapewne nie będzie chciał się do niej dobierać, a przynajmniej choroba mu na to nie pozwoli.

***

Jakiś czas później wróciłam na górę z kubkiem nowej, gorącej herbaty i gorącymi tostami. To chyba będzie dobre na rozgrzanie, prawda? Usiadłam na brzegu łóżka kładąc tacę z posiłkiem na szafkę po czym spojrzałam na chłopaka. Miał zamknięte oczy, więc zapewne dalej spał. Jednak nie zamierzałam czekać żeby robić jedzenie od nowa, więc lekko szturchnęłam go w bok.
- Obudź się, musisz coś zjeść. - mruknęłam i dźgałam go tak do momentu aż się nie obudził.
- Co jest.... - jęknął starając się podnieść. - O cholera, ale mnie łeb napierdala...
- Wyrażaj się. - powiedziałam przewracając oczami po czym podałam mu kubek z herbatą. - Pij i bez dyskusji. - powiedziałam spokojnie. Chłopak o dziwo przyjął gorący napój i zaczął go posłusznie pić. Zaraz potem postawiłam mu tacę z tostami na kolanach i podałam tabletki na grypę. Wszystko grzecznie wziął, połknął leki i zaczął jeść tosty.
- Czemu mi pomagasz...? - zapytał w końcu przerywając tę ciszę.
- Przecież cię nie wyrzucę...
- A powinnaś. Każdy na twoim miejscu by tak zrobił. - wypalił. A mnie aż zatkało. No proszę, czyżby miał jakieś wyrzuty sumienia za to co ostatnio nawyprawiał? Nie... To z pewnością wina gorączki.
- Widzisz... Ja nie jestem taka jak każdy... - powiedziałam wzruszając ramionami i zaśmiałam się pod nosem. Castiel już chciał coś powiedzieć, ale nagle rozległ się dzwonek do drzwi, już po raz kolejny tego dnia. Powiedziałam chłopakowi, że zaraz wrócę po czym zbiegłam na dół. Zastanawiałam się kto tym razem się zjawił. Otworzyłam drzwi i ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam... Iris. Na całe szczęście miała parasol i kalosze, więc nie przemokła do suchej nitki. Patrzyła na mnie pogodnie się uśmiechając.
- Hej Ana, mogę wejść? - zapytała wesoło. Ja natomiast otworzyłam szerzej drzwi i wpuściłam ją do środka. No proszę, ciekawe kogo jeszcze przyniesie ta ulewa?

***

Siedziałyśmy z Iris u mnie w pokoju już jakiś czas i popijałyśmy herbatę. Castiel znów zasnął. Spał już jak przyszłyśmy na górę, więc nie chciałam go budzić. Te leki, które mu dałam właśnie tak powinny zadziałać i po prostu go uśpić, więc dobrze że tak właśnie się stało. Przynajmniej zjadł tosty i wypił herbatę, które mu zrobiłam. Dzięki temu powinien w miarę szybko dojść do siebie, a przynajmniej taką mam nadzieję.
- Skąd on się w ogóle tu wziął? - zapytała Iris. Rozmawiałyśmy dość cicho, żeby nie obudzić chłopaka, ale to zadanie raczej nie było trudne, bo spał jak zabity.
- Twierdził że tędy przechodził i się rozpadało... - mruknęłam wzruszając ramionami. - Więc stwierdziłam że go przechowam, bo był cały przemoknięty. Zresztą, nie mogłabym go tak wyrzucić.
- Racja, zrobiłabym tak samo.
- Myślisz że jak zostanie tu do jutra to coś się stanie?
- Niesądzę. Twoich rodziców i tak nie ma, tak jak i jego, więc problemu nie będzie.
- A gdzie są jego rodzice?
- W pracy. Mama jest stewardessą, a ojciec pilotem. Dlatego rzadko się z nimi widuje, ale raczej mu to nie przeszkadza. Raczej mają średnie kontakty...
- Ah... Rozumiem... - powiedziałam po czym zaczęłam się nad czymś zastanawiać. - Właściwie dobrze go znasz, co nie? Jesteście przyjaciółmi czy coś?
- Powiem ci tyle, wiem tyle co większość osób. - zaśmiała się pod nosem. - Ale... Nie, właściwie to jesteśmy po prostu dobrymi znajomymi i to wszystko. On ogólnie nie ma dobrych relacji ze zbyt wieloma osobami...
- Ta... Widać. - powiedziałam po czym w jednej chwili obydwie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Na nasze nieszczęście Cas chyba to usłyszał przez sen, dlatego wymamrotał coś pod nosem, trochę się powiercił, ale spał sobie dalej. To właściwie dobrze, bo jeszcze zbudziłby się w złym humorze. - Mam nadzieję tylko, że jak się lepiej poczuje to nie zacznie się do mnie dobierać ani nic z tych rzeczy.
- Spokojnie. On nie zrobiłby nic wbrew twojej woli. Znam go trochę i wiem, że umie się pochamować. - zaśmiała się Iris. Ku mojemu zaskoczeniu to samo ostatnio powiedział mi Lysander. Problem w tym, że robili mi tym tylko dodatkowy mentlik w głowie i przez to wszystko nie wiedziałam co mam o tym chłopaku myśleć. Gdzieś w głębi chyba jednak wiedziałam, że nie może być taki zły na jakiego wygląda. Może trzeba po prostu przebić tą twardą skorupę? Kto wie... Wszystko się jeszcze okaże.

***

Przegadałyśmy tak do wieczora, a czas szybko nam zleciał. W końcu Iris stwierdziła, że powinna już wracać bo dawno już zrobiło się całkiem ciemno, a ja miałam ochotę się położyć.
- Tylko uważaj na siebie. - powiedziałam kiedy już wychodziła. Przypomniałam sobie wtedy tego człowieka z nożem i aż mi się w głowie zakręciło. Mam nadzieję, że go złapali i zamknęli. Oby tak było. Na całe szczęście dziewczyna mieszkała niedaleko, więc nie powinno być problemu. Pożegnałam się z nią przyjaznym uściskiem po czym zamknęłam za nią drzwi na klucz i wróciłam na górę. Wzięłam swoją kremową koszulę nocną po czym spojrzałam na Casa. No cóż, spał, ale przebieranie się w jego obecności raczej nie było zbyt dobrym pomysłem, zwłaszcza, że w każdej chwili może się zbudzić. Poszłam więc do łazienki gdzie przy okazji wzięłam szybki prysznic, wrzuciłam brudne ciuchy do kosza na pranie i załatwiłam wszelkie inne łazienkowe sprawy. Chwilę później wróciłam do pokoju już całkiem czysta i przebrana. Jak się okazało Castiel nie spał. Czyli miałam dobre przeczucie. Leżał na boku obrócony w moją stronę i patrzył na mnie zaszklonym wzrokiem. No ładnie, czyżby gorączka znowu mu skoczyła?
- Śpij. - powiedziałam spokojnie i podeszłam do łóżka. Przyłożyłam mu dłoń do czoła sprawdzając czy jest gorące. I pięknie, był cały rozpalony, a to nie wróży za dobrze. Zresztą, znów miał zaróżowione policzki. Po chwili wstałam i poszłam do łazienki. Nalałam chłodnej wody do niedużej miedniczki po czym wróciłam do Castiela siadając na brzegu łóżka. Wzięłam ręcznik, który teraz leżał gdzieś na boku po czym namoczyłam go w tej wodzie, wykręciłam, złożyłam i położyłam mu go na czole. Odłożyłam miedniczkę gdzieś na bok. - Dobranoc... - powiedziałam jeszcze. Zmierzałam wstać i pójść do pokoju rodziców, żeby tam spokojnie się przespać, ale gdy tylko Cas to zauważył od razu chwycił mój nadgarstek.
- Gdzie idziesz... - wymamrotał.
- Do łóżka, chcę iść spać. - oznajmiłam i spojrzałam na niego spokojnym wzrokiem.
- Nigdzie nie pójdziesz. Zostajesz tu. - Najwyraźniej nie miał zamiaru mnie puścić.
- Śpij... - powtórzyłam bardziej stanowczo, ale nie zareagował. Westchnęłam. Nie miałam wyjścia musiałam tu zostać przynajmniej chwilę i poczekać aż zaśnie. Domyślałam się że to pewnie nie potrwa długo i wtedy pójdę do sypialni rodziców. Po prostu muszę tu z nim chwilę zostać... - No dobra, dobra. - rzuciłam i położyłam się obok. Na szczęście wcześniej już zażyłam leki na odporność, więc nie musiałam się martwić że się zarażę czy coś. Pogłaskałam go lekko po głowie i patrzyłam na niego aż w końcu zamknął oczy. Wiedziałam, że zaraz będzie smacznie spać. Niestety... Sama też zrobiłam się całkiem senna, a to łóżko było takie ciepłe i miłe, więc zanim się obejrzałam oczy mi się zamknęły i zasnęłam.

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział III

Gdy leżałam już w łóżku, umyta, przebrana i ogarnięta dopiero wtedy zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzisiaj stało. Castiel, chłopak, który wygląda na gbura, który wszystkich traktuje z góry naprawdę uratował mi życie. Zrozumiałam też jedną rzecz, to jak bardzo ten chłopak mnie pociągał i że zauroczyłam się w nim. Zapewne z czasem mi przejdzie, z uwagi na sytuację i to co zrobił. Mimo że wszyscy mnie uprzedzali co do jego osoby, to może on nie jest jednak taki zły jak się wydaje? W prawdzie to tylko pozory, ale może jednak to co mówiła Roza jest prawdą? Sama nie wiedziałam, co mam myśleć. Pewnie przekonam się z czasem... Chwila minęła mi na takich rozmyślaniach, aż w końcu udało mi się spokojnie zapaść w sen...

***

Ranek minął mi spokojniej niż zazwyczaj. Przyznaję bez bicia, że dziś przyszłam ubrana mniej... Wyzywająco? Niż wczoraj, z czego Nat był widocznie zadowolony bo uśmiechał się do mnie przyjacielsko. Tak, ten jego uśmiech był naprawdę uroczy i kojący. Niedziwne, że większość osób w szkole go tak lubi... No może oprócz Castiela. Kilka pierwszych lekcji upłynęło mi dość szybko, ale co mnie zdziwiło, a może jednak nie, Cas nie pojawił się w szkole. A właściwie to szkoda, bo miałam w planach mu podziękować. Może jeszcze przyjdzie... Albo po prostu zapytam się Lysandra. Roza mówiła, że jest dobrym kumplem Castiela więc może on będzie wiedzieć gdzie się szwęda i czy w ogóle dziś przyjdzie. Zaczęłam krążyć po korytarzu w poszukiwaniu chłopaka, ale szczerze, to ciężko było go nie przeoczyć. W końcu nikt poza nim w tej szkole nie nosił ubrań w wiktoriańskim stylu, a nawet jeśli to jego oczy i włosy na tyle się wyróżniały, że łatwo było go zauważyć. Siedział na klatce schodowej opierając się o ścianę i pisał coś w notatniku. Od Rozali dowiedziałam się jeszcze jednej rzeczy - mają z Casem zespół. Podobno Lysander ślicznie śpiewa i szczerze to chciałabym kiedyś to usłyszeć. Tak samo zresztą, jak grę Castiela. Ogólnie byłam bardzo związana z muzyką, dlatego automatycznie ciągnęło mnie do takich rzeczy. Od razu podeszłam do chłopaka, ale wyglądał na bardzo skupionego tym co robił dlatego po prostu usiadłam obok. Co prawda ciekawiły mnie jego teksty, ale nie chciałam mu zaglądać przez ramię. Z pewnością tego nie lubił, dlatego postanowiłam, że po prostu poczekam aż sam mnie zauważy. W końcu przypadkiem jednak trąciłam go w ramię gdy szukałam czegoś w torbie i wtedy wzdrygnął się i na mnie spojrzał. Od razu zauważyłam jego zdezorientowany wzrok.
- Wybacz... Nie chciałam ci przeszkadzać. - powiedziałam spokojnie. Miałam nadzieję że się na mnie nie zezłości.
- Uh... Nie szkodzi. - rzucił w końcu i wrócił do pisania. 
- Czekaj! Nic nie pisz! - zerwałam się od razu z miejsca i stanęłam przed nim. No cóż, nie chciałam żeby przerywał, ale przecież nie mogłam tak czekać. Chłopak ponownie spojrzał na mnie pytająco. - No ten... Przepraszam że tak ci przerywam, ale chciałam spytać czy wiesz gdzie jest Castiel... - mruknęłam już spokojniej. Chłopak zamyślił się na chwilę.
- Został dziś w domu. A masz do niego jakąś sprawę? Bo mogę mu przekazać... - powiedział.
- Niee... Nie trzeba. Właściwie to chciałam mu za coś podziękować i spytać o jedną rzecz, ale ciężko tak jak się nie rozmawia z kimś w cztery oczy, poza tym nie chcę żebyś się poczuł wykorzystywany.
- Nie, spokojnie... - zaśmiał się pod nosem. - Ale rozumiem, że to po prostu wymaga zwykłej rozmowy w cztery oczy, nie telefonu ani wiadomości... - Przytaknęłam z uśmiechem na to co powiedział. Chyba zrozumiał o co mi chodzi. - Wiesz, wybieram się dziś do niego po lekcjach. Jeśli chcesz, to możesz przejść się ze mną. - powiedział i uśmiechnął się lekko. Szczerze to nie spodziewałam się takiej miłej propozycji. Zdrowy rozsądek jednak podpowiadał mi, żeby to rozważyć, jednak zignorowałam to i przytaknęłam.
- Dzięki wielkie. - Posłałam mu szeroki uśmiech. - W takim razie do zobaczenia po lekcjach. - powiedziałam i pomachałam jeszcze do niego gdy odchodziłam, ale on już był w swoim świecie. Co za uroczy chłopak, naprawdę miły. Naprawdę ciekawi mnie o czym są jego piosenki...

***

Reszta czasu spędzonego w szkole upłynęła mi na rozmyślaniu co powinnam powiedzieć Castielowi kiedy się z nim zobaczę. Pewnie mnie wyśmieje, że przychodzę do niego z taką głupotą. Eh... Trzeba to będzie szybko załatwić i mam nadzieję, że nie będę tego żałować.

***

Po lekcjach wpadłam na Nathaniela. On sam jeszcze nie zbierał się do domu co mnie zaciekawiło. No cóż, to pewnie przez obowiązki musiał tu tyle siedzieć, ale zdawało się, że jemu to niespecjalnie przeszkadzało.
- Byłem tak zabiegany, że nie zdążyłem ci powiedzieć, że ślicznie wyglądasz. - powiedział swoim ciepłym głosem. Moje policzki automatycznie lekko się zaróżowiły. Spojrzałam na swoją luźną, fioletową sukienkę sięgającą nieco nad kolana.
- Dzięki... - powiedziałam, a on tylko uśmiechnął się do mnie przyjacielsko i wrócił do pracy. Cieszyłam się słysząc ten komplement, to było naprawdę miłe uczucie. Ja natomiast skierowałam się za szkołę, gdzie ujrzałam Lysandra, co dziwne nie czekał na mnie tylko szedł w stronę bramy. Czyżby zapomniał? Od razu go dogoniłam i lekko szturchnęłam w ramię wyrywając go z zamyślenia.
- Hej, zapomniałeś o mnie? - zapytałam z uśmiechem. On za to zamrugał powiekami patrząc na mnie nieco zaskoczony. Po chwili jednak przypomniał sobie, że przecież miałam znim iiść do Casa.
- Ah, wybacz. Zupełnie wyleciało mi z głowy...
- Nie ma sprawy, każdemu się zdarza. 
Chłopak posłał mi ciepły uśmiech. Reszta drogi minęła spokojnie, a że jego kumpel nie mieszkał daleko to i szybko zleciało. Rozmawialiśmy o wszystkim co tylko nam przyszło do głowy, ale zauważyłam, że Lys i tak chodzi z głową w chmurach. Ciekawa jestem co czym tam sobie tak myśli. W końcu znaleźliśmy się pod drzwiami całkiem dużego domu. Lysander zapukał do drzwi. Najpierw raz, potem kolejny, ale nikt nie otworzył. W końcu zadzwonił dzwonkiem i po paru chwilach usłyszeliśmy jak ktoś otwiera drzwi. Przed nami stał zaspany Castiel. Chyba musiał się zdrzemnąć i w dodatku nie obudzić w zbyt dobrym humorze. Spojrzał na kumpla, a potem na mnie, ale nic nie powiedział tylko wpuścił nas do środka i wrócił do swojego pokoju rzucając się z powrotem na łóżko. Jaki gościnny... Ruszyliśmy za nim. Na ścianach były porozwieszane różne plakaty, gdzieś w kącie na stojaku była jego gitara i wzmacniacze. Ogólnie było to całkiem spore pomieszczenie. Było tam biurko, na którym było mnóstwo sprawnych i już nie zdolnych do użytku przedmiotów, dwie czarne pufy oraz stolik do kawy, drzwi do garderoby, kilka półek, telewizor i całkiem spore łóżko. Bałagan był tu trochę większy niż w reszcie domu, ale wcale nie taki spory jak można się było spodziewać. Okna były zasłonięte szarymi roletami, więc pomieszczenie wyglądało na ogólnie ciemne, ale to tylko kwestia ich odsłonięcia, pewnie wtedy zrobiłoby się o wiele jaśniej.
- Czego chcecie... Nie dacie się człowiekowi wyspać... - warknął chłopak przecierając twarz dłonią. Lysander wtedy spojrzał na mnie i uśmiechnął się porozumiewawczo po czym wyszedł z pokoju. To miło z jego strony, że zrozumiał że chciałabym pogadać z nim sama. Podeszłam do łóżka i usiadłam na brzegu.
- Uhm... Castiel... - mruknęłam cicho.
- Czego... - Cały czas miał ten nieprzyjemny ton głosu. Poza tym nawet na mnie nie patrzył, chyba był w złym humorze. Obrócił się do mnie plecami.
- Chciałam... Chciałam ci tylko podziękować za wczoraj. - powiedziałam niepewnie. W tamtym momencie chłopak zamarł i z początku wcale się nie odezwał.
- Jakbyś nie łaziła na zewnątrz o takiej godzinie to nie byłoby całego problemu. - rzucił, ale jego głos był nieco łagodniejszy niż wcześniej, czyli przyjął podziękowanie. No i to najważniejsze.
- Dobra, to ja już się będę zbiera... - nie dał mi dokończyć bo w jednej chwili chwycił mój nadgarstek i przyciągnął do siebie. Innymi słowy teraz leżałam na nim przez co momentalnie się zarumieniłam.
- A kto powiedział, że cię wypuszczę? Przecież mówiłem ci wczoraj, że się policzymy... - zaśmiał się pod nosem. Ja natomiast nie umiałam wydusić z siebie ani słowa. - Poza tym chyba wisisz mi jakąś przysługę prawda?
W tej chwili się opamiętałam i spojrzałam na niego z oburzeniem.
- No nie wierzę. Czyli zrobiłeś to po to żeby mieć dłużnika? - rzuciłam. - Dobra, koniec tego dobrego, wracam do domu. - powiedziałam i spróbowałam się podnieść, ale natychmiast przewrócił mnie na plecy i przygwoździł do materaca. Nie mogłam się ruszyć, ani tym bardziej się odezwać. Czy on mnie prowokuje? Cholera... Roza miała rację, chce mnie owinąć w okół palca i wykorzystać... A może on po prostu taki jest i tyle? W tamtej chwili sama nie wiedziałam co myśleć, bo byłam zbyt zawstydzona. Castiel mocno zaciskał ręce na moich nadgarstkach przez co nawet nie mogłam się wyrwać. 
- Cas... Puść... - mruknęłam lekko drżącym głosem. Musiał się złościć za to jak go wczoraj potraktowałam.
- Tch... A gdzie ci się tak spieszy, co? - Gdy usłyszałam to pytanie wzięłam głęboki wdech.
- Muszę wracać. - powiedziałam już nieco pewniej, ale wtedy poczułam jego ciepły oddech na swojej szyi.
- Nigdzie nie pójdziesz. - mruknął i lekko musnął ustami mój obojczyk. To było... Przyjemne? Może trochę... Zacisnęłam mocno powieki i odchyliłam głowę na bok, żeby nie patrzył na moje zarumienione policzki.
- Przestań... - wymamrotałam, ale nie zareagował na moje słowa. Na nowo przylgnął ustami w tamtym miejscu tylko że teraz zaczął mi robić tam malinkę. Dobra, dość. Tego już było za wiele. Zaczęłam się szarpać. Tak bardzo chciałam żeby mnie puścił i zostawił w spokoju. - Castiel... Dosyć. - powiedziałam stanowczo i spróbowałam go odepchnąć. Chłopak spojrzał na mnie lekko wkurzonym, ale i zaskoczonym wzrokiem. Co jest, czy on miał mnie za jakąś łatwą laskę? Wypraszam sobie przepraszam bardzo... Kiedy tak patrzył na mnie zdezorientowany zdążyłam się wyrwać. Wygramoliłam się spod niego i zeskoczyłam z łóżka. Od razu bez wahania wzięłam swoją torbę i pobiegłam do drzwi. Zanim jednak dobiegłam do wyjścia z domu ktoś złapał mnie za ramię.
- Puszczaj mnie! - zawołałam myśląc że to nie kto inny jak Cas i starałam się wyrwać. Znowu...
- Poczekaj... - usłyszałam ciepły głos Lysandra i zatrzymałam się. Popatrzyłam na niego. - Co się stało? Castiel coś ci zrobił?
- Nie... Ja... Muszę już wracać... - wyjąkałam. Chłopak natomiast po chwili pogłaskał mnie po policzku, założył mi kosmyk włosów za ucho i lekko się uśmiechnął.
- Nie przejmuj się, on taki już jest. Nie zrobiłby ci nic wbrew twojej woli... Wiem to, znam go za długo. - odparł cicho. Jego dotyk i głos był jakoś tak... Magicznie uspokajający. Ten chłopak był zupełnie inny niż Castiel. Taki spokojny i miły. A jego słowa... Może i miał rację? Nie wiem, sama nie wiem co powinnam teraz myśleć. Stałam tak chwilę i patrzyłam na niego zaszklonym wzrokiem po czym westchnęłam.
- Ja... Naprawdę muszę już iść. - powiedziałam, a chłopak od razu mnie puścił i pozwolił żebym już poszła. - Dzięki... - rzuciłam jeszcze i po chwili zniknęłam za drzwiami nie oglądając się za siebie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział II

Ja nie wierzę... Naprawdę, nie wierzę. Skąd on się w ogóle tu wziął? I czy właśnie uratował mnie przed tamtym człowiekiem? No nieźle... Naprawdę mnie wystraszył i przez to wszystko serce waliło mi jak oszalałe i nie chciało się uspokoić. Nie specjalnie wiedziałam co powinnam w tej chwili zrobić, a że nie pozwolił mi się ruszyć ani odzywać to po prostu go posłuchałam. Zresztą i tak ciągle mnie trzymał jak wcześniej, więc nie wiele miałam do gadania. Co prawda miałam w pewnej chwili ochotę żeby zwyczajnie mu się wyrwać, ale on był za silny więc nawet jakbym chciała, nie miałabym żadnych szans. Kątem oka po prostu obserwowałam jego ruchy i to z jakim skupieniem patrzył na drogę. Nagle jak gdyby nigdy nic wciągnął mnie głębiej w cień i wtedy zrozumiałam co było tego powodem. Ten człowiek, który wcześniej za mną szedł właśnie teraz kierował się drogą tuż obok. Nie miał już w ręku noża, więc zapewne zauważył że mnie zgubił. Gdyby nie Castiel byłabym już pewnie martwa... Szczerze, to naprawdę odetchnęłam. Jakby nie patrzeć ten chłopak uratował mi właśnie życie.
Staliśmy tak jeszcze przez chwilę czekając aż ten mężczyzna się oddali, aż wreszcie czerwonowłosy odsunął rękę od moich ust i pozwolił mi na spokojnie wziąć oddech. Zaraz też uwolnił z uścisku mój nadgarstek więc odsunęłam się od niego o krok i głęboko odetchnęłam. Dopiero teraz obróciłam się w jego stronę i popatrzyłam w jego szare, przenikliwe oczy. Cas skrzyżował ręce na klatce piersiowej i oparł się o ścianę budynku. Chyba oczekiwali, że się odezwę, problem w tym, że jak kompletnie nie miałam pojęcia co mogę z siebie wydusić.
- Skąd... Skąd się tu wziąłeś? - w końcu zdobyłam się żeby cokolwiek powiedzieć. Starałam się jakoś ogarnąć to wszystko, ale to nie było takie łatwe... W końcu chwilę temu byłam jeszcze zwierzyną łowną.
- Tch... Nie ma za co. - powiedział z ironią w głosie. No tak, racja. Chyba powinnam mu podziękować... Tylko że nie wiedziałam kompletnie jak się za to zabrać. - A ty co dziewczynko, nie wiesz że już po dobranocce? Powinnaś już dawno spać a nie szlajać się gdzie popadnie... - rzucił. Zupełnie zaniemówiłam i nie potrafiłam nic mu odpowiedzieć, a przynajmniej na początku.
- Powiedział ten dorosły... - mruknęłam tym samym tonem co i on, ale od razu ugryzłam się w język.
- No ładnie, ładnie. Ktoś tu się stawia, co? - zapytał a na jego twarz wrócił ten typowy, cwany uśmieszek. Nagle się do mnie zbliżył i założył mi kosmyk włosów za ucho. A ja tylko stałam. Stałam i patrzyłam w jego szare oczy nie mając pojęcia co mam zrobić.
- Uch.... Ja... Muszę już wracać i w ogóle. - powiedziałam spokojnie i odsunęłam się o krok po raz kolejny. Na moje nieszczęście to przejście było na tyle wąskie, że wpadłam na ścianę budynku. Szybko jednak się ogarnęłam i wydostałam się stamtąd. Od razu odetchnęłam i rozglądając się na wszystkie strony ruszyłam w kierunku domu. Na całe szczęście tamten człowiek zniknął, więc raczej byłam bezpieczna. Mimo to po chwili poczułam jak ktoś łapie mnie za kołnierz.
- Nigdzie nie idziesz, a przynajmniej nie sama. Jak znowu ktoś za tobą polezie to sobie nie poradzisz. - usłyszałam głos Castiela. Zamrugałam powiekami, ale nie śmiałam zaprzeczyć, ani się zbuntować. Chyba chciał mi przez to przekazać że ma zamiar mnie odprowadzić, ale zrobił to bardziej po swojemu. Właściwie, to mi to nie przeszkadzało. To miło z jego strony, że nie chce żeby znów mnie ktoś napadł.
- Ja sobie nie poradzę? Może nie wyglądam ale umiem porządnie walnąć jak trzeba. - zaśmiałam się pod nosem. Chyba nie mogłam się powstrzymać żeby to powiedzieć.
- Dobra, dawaj pokaż co potrafisz. - zaśmiał się kpiąco. Stanął przede mną i rozłożył ręce chcąc mi przekazać żebym uderzała gdzie chcę. Przyjrzałam mu się przekręcając głowę na bok. Naprawdę rozważałam, żeby mu przyłożyć. A skoro sam tego chciał... Z początku po prostu stałam zwyczajnie na niego patrząc. Wsunęłam dłonie do kieszeni spodenek. W końcu, kiedy zauważyłam że na nowo zaczął się śmiać i już miał coś powiedzieć po prostu kopnęłam go mocno między nogi. Chłopak chyba wcale się tego nie spodziewał i mimowolnie się pochylił. Znów chciał się odezwać, ale zrobiłam to pierwsza.
- Pff... Ciesz się że nie mam glanów. Dopiero wtedy by bolało. - powiedziałam z nutą kpiny w głosie. Dostrzegłam że zaczął na nowo śmiać się pod nosem. Chyba był w dobrym humorze. W zbyt dobrym humorze. Ostatecznie obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu. Mimo wszystko dobrze wiedziałam, że Cas idzie za mną. I tak chyba wolał mnie odprowadzić, ale to było miłe z jego strony jakby nie patrzeć. Dopiero teraz do mnie dotarło że właśnie mu przywaliłam i to już na początku znajomości... Świetnie, brawo ja. Ale szczerze, to chyba mu się należało za takie nabijanie się że mnie...
W końcu udało mu się mnie dogonić, ale reszta drogi minęła nam w ciszy. Zwłaszcza przez fakt, że nie do końca wiedziałam co mogę mu powiedzieć. Ale nie sądzę żeby był na mnie zły czy coś w tym rodzaju. Po prostu chyba zaskoczył go fakt, że faktycznie byłam w stanie go zwyczajnie walnąć. Gdy dotarliśmy pod mój dom i już stałam przy drzwiach z kluczem Castiel podszedł do mnie i staną za mną. Momentalnie poczułam jego oddech na karku, więc z pewnością musiał się pochylić.
- Do zobaczenia jutro... Wtedy się policzymy - powiedział cicho i zaśmiał się po czym odsunął. To trochę zabrzmiało jak groźba, ale nic nie odpowiedziałam. Otworzyłam drzwi, ale wchodząc do domu obejrzałam się jeszcze na krótką chwilę. Castiel był już dość daleko i chyba szedł już do siebie. A może nie? A kto go tam wie... Westchnęłam cicho i ostatecznie zniknęłam za drzwiami. Od razu zdjęłam buty rzucając je gdzieś w kąt i pognałam na górę do swojego pokoju. Rodziców chyba jeszcze nie było, zresztą nie specjalnie mnie to obchodzi. Nie miałam siły żeby o nich teraz myśleć. Rzuciłam się na łóżko i wtuliłam w poduszkę. Nie rozumiem tu czegoś... Dlaczego spodobał mi się ktoś taki? Zapewne mnie wykorzysta, tak jak mówiła Roza, a nie chcę tego. Potrzebuję kogoś kto będzie obok cały czas. A zresztą, ten związek i tak nie miałby prawa istnieć. Z pewnością kogoś sobie znajdę.... Prawda? Oby. Na ten moment niestety moje myśli utknęły przy Castielu i zapewne tak prędko się ich bie pozbędę... Zwłaszcza przez to co się dzisiaj wydarzyło, a było tego sporo. Dużo różnych emocji, niekoniecznie złych i niekoniecznie tych dobrych. Wszystko zmieszało się ze sobą... Obym tylko dożyła jutra. Na samą myśl o tym zaśmiałam się cicho. To z pewnością nie będzie łatwa noc...

sobota, 26 marca 2016

Rozdział I

Uh... Od czego by tu zacząć... Aż trudno uwierzyć, że minęło już kilka miesięcy odkąd przybyłam do liceum Słodki Amoris. Zdążyłam znaleźć tu wiele, naprawdę wiele bliskich mi ludzi. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, zwłaszcza, że do tamtej pory nie miałam zbyt wielu przyjaciół. To nie tak, że nikt mnie nie lubił. Po prostu przez całe życie nauczyłam się podchodzić do ludzi z dystansem. Głównie przez fakt, że komukolwiek nie zaufałam, zawsze okazywał się zdrajcą. Nawet we własnym domu, wśród rodziny z czasem przestałam czuć się tak pewnie. Mimo wszystko staram się i jakimś sposobem udało mi się znaleźć prawdziwych przyjaciół, którym pierwszy raz od długiego czasu zaufałam. Do tej pory wiedziałam, że jestem zdana głównie na siebie samą, ale teraz już wiem, że w końcu mam w kimś oparcie.
Ah, tak się rozgadałam, że zapomniałam się przedstawić. Jestem Anabelle Williams. Mówią mi Annie, albo po prostu Ann. Nie tak dawno skończyłam 17 lat. Mieszkam z rodzicami, jednak raczej nie na długo. W końcu jestem coraz bliżej osiemnastki i tej upragnionej wolności, która zbliża się wielkimi krokami. Dużo śpiewam i gram na fortepianie, co uwielbiam i poświęcam na to naprawdę wiele wolnego czasu. Właściwie, to nie wiem o czym powinnam jeszcze wspomnieć. Nie jestem jakoś za specjalnie ciekawa, więc pozostawię już wątek mojej osoby i przejdę do tego o czym naprawdę powinnam mówić... Może... Zacznijmy od początku.

***

Tamten ranek wyglądał jak każdy inny, a może po prostu tak mi się wydaje... Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że od tamtego dnia wszystko było inaczej. Zdążyłam już nawet zapomnieć jak było wcześniej.  Mimo wszystko początek dnia wyglądał jak każdy inny. Obudziłam się, wstałam i załatwiłam wszelkie łazienkowe sprawy. Uczesałam się w dwa luźne warkocze i przerzuciłam je do przodu. Ubrałam się jakąś luźną jasno-fioletową bluzeczkę z krótkim rękawem i opuszczonym jednym ramiączkiem, krótkie, czarne jeansowe spodenki podarte u dołu, szare zakolanówki i czarne trampki. Jak zwykle na moich rękach widniało kilka, a może nawet i więcej bransoletek. Zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno odpowiedni strój do szkoły, zwłaszcza,że to mój pierwszy dzień... Ostatecznie narzuciłam na siebie jeszcze tylko fioletową bluzę i zignorowałam poprzednią myśl. Przecież nie włożyłam glanów ani niczego w tym stylu, choć mogłam, ale tak było dobrze. Przejrzałam się w lustrze obracając się w okół własnej osi i stwierdziłam, że ujdzie w tłumie. Liczyłam tylko na to, że nie będą wciskać mi żadnych mundurków ani niczego w tym rodzaju. Nie przepadałam za czymś taki, to wszystko. Poszłam do kuchni gdzie zjadłam na szybko pierwsze lepsze śniadanie, zgarnęłam swoją torbę, pożegnałam się z rodzicami i wyszłam z domu ruszając do szkoły. Ogarnęło mnie dziwne zdenerwowanie, nad którym nie byłam w stanie zapanować. Nie wiedziałam, czy uda mi się znaleźć kogoś z kim się dogadam i jak w ogóle przyjmą mnie w tej nowej szkole.

***

Tego ranka czas zleciał mi na samym załatwianiu formalności. Z miejsca otrzymałam całkiem miłe powitanie od dyrektorki. Trzeba przyznać, że całkiem miła z niej kobieta. Wysłała mnie do chłopaka o imieniu Nathaniel i z tego co zdołałam się dowiedzieć jest głównym gospodarzem. Gdy tylko go znalazłam zauważyłam że chyba jest zajęty, ale nie specjalnie chciało mi się czekać. Przeglądał jakieś papiery więc gdy tylko do niego podeszłam i popukałam go palcem w ramię lekko się wzdrygnął. Musiał być bardzo skupiony na swojej pracy. Może nie potrzebnie mu przeszkodziłam... W każdym razie chłopak obrócił się w moją stronę i zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu.
- No heeeej. - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego serdecznie. Dopiero wtedy Nat spojrzał mi w oczy. Wyglądał na całkiem sympatycznego chłopaka.
- Hej, jak mniemam jesteś tą nową uczennicą, tak? Co cię do mnie sprowadza? - zapytał. Wtedy wytłumaczyłam mu, że przyszłam do niego żeby sprawdził mi cz mam wszystkie papiery. Jak się okazało wszystko zgadzało się jak trzeba i całe szczęście. Jakoś nie specjalnie miałam ochotę latać za tym wszystkim od miejsca do miejsca. Gdy już miałam wychodzić nagle usłyszałam, że mówi coś jeszcze. - A no i w ogóle... Nie jestem pewien czy to odpowiedni strój do szkoły... - rzucił patrząc na to w co byłam ubrana i wrócił do pracy. Ja natomiast spojrzałam na niego z ukosa.
- Tiaaa... No nie wiem. W sumie może odrobinkę. - zaśmiałam się pod nosem wychodząc z pomieszczenia. Zamknęłam drzwi i zastanawiałam się , co teraz. Lekcje powoli się kończą, więc przyszła pora wrócić do domu... A może jednak lepiej chwilę zostać i poznać kogoś jeszcze? Tak, to chyba dobry plan. Ruszyłam w stronę dziedzińca i jak na zawołanie na kogoś wpadłam. Na moje nieszczęście oczywiście wywróciłam się na glebę. 
- Uważaj jak leziesz... - usłyszałam niski głos stojącej nade mną osoby. Podniosłam wzrok i moim oczom ukazał się czerwonowłosy, wysoki chłopak o szarych, przenikliwych oczach. Chyba nie był zadowolony z całej sytuacji. Mierzył mnie swoim lustrującym spojrzeniem, a ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej.
- Mnie też miło poznać. - zaśmiałam się pod nosem z nutą ironii. Mógł chociaż podać mi rękę albo coś w tym rodzaju... No ale dobra trudno już, podniosłam się o własnych siłach i otrzepałam. Włożyłam ręce do kieszeni spodni i znów popatrzyłam na czerwonowłosego chłopaka. Dopiero po chwili zorientowałam się jak mi się przygląda i jak mierzy mnie wzrokiem. - He... Co się tak na mnie gapisz? - zapytałam nie zmieniając tonu głosu. Dopiero wtedy popatrzył mi w oczy i udało mi się dostrzec jak bardzo pociągające one są...
- Tch... Mógłbym cię spytać o dokładnie to samo. - mruknął i uśmiechnął się zawadiacko. Mnie się wydaje, czy to jeden z tych typków, którzy potrafią zdobyć każdą dziewczynę? A może tylko na takiego wygląda... Mimo wszystko, to wcale nie zmienia faktu, że wygląda niczego sobie. Zorientowałam się, że wciąż się na niego patrzę a moje policzki od razu pokryły się lekkim rumieńcem. Chłopak przede mną momentalnie się zaśmiał, a jego uśmiech nieco się poszerzył. Już miałam się odezwać i właśnie wtedy poczułam, że ktoś chwyta mój nadgarstek i odciąga mnie od czerwonowłosego. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że była to jakaś dziewczyna no białych włosach i złotych oczach. W dodatku była świetnie ubrana i naprawdę bardzo ładna. Obróciłam się jeszcze, żeby spojrzeć na tamtego chłopaka, ale zniknął mi z oczu.
- Uważaj na niego... - odezwała się w końcu gdy się zatrzymałyśmy. - Nie daj się nabrać na to jego spojrzenie. Jeszcze chwila i owinie cię sobie w okół palca, jak wiele innych dziewczyn. - westchnęła i pokręciła głową z dezaprobatą. - A tak w ogóle to jestem Rozalia, miło mi cię poznać. - uśmiechnęła się do mnie ciepło. Od razu odwzajemniłam ten uśmiech i podałam jej rękę.
- Jestem Anabelle, ale jak chcesz to możesz mi mówić Ana. - odparłam. - A ten chłopak... - zaczęłam ale nie dała mi dokończyć.
- To Castiel. Szkolny buntownik, zresztą chyba to po nim widać... - powiedziała.
- Ta... Ciężko nie zauważyć. - zaśmiałam się. Naprawdę miałam co do niego rację? No proszę, może jednak nie jestem taka głupia... Ale nie wiem, jakoś w głębi duszy wolałam nie być co do niego taka uprzedzona. Może nie jest taki zły jak się z początku wydaje. Rozmawiałam z Rozą jeszcze dobrą chwilę i dowiedziałam się od niej paru rzeczy. Przedstawiła mnie paru osobom ze szkoły takich jak na przykład Lysander, Iris, Violetta i Kim. Dowiedziałam się też o niejakiej Amber. Co do niej to z tego co zrozumiałam miałam duże szczęście, że na nią nie wpadłam.
Reszta popołudnia minęła mi bardzo miło. Rozalia zabrała mnie na "zakupy powitalne", jak sama to nazwała i dzięki temu nie musiałam wracać do domu w którym i tak nie miałabym za wiele do roboty. Naprawdę polubiłam tę dziewczynę, przy okazji zdążyłam też poznać jej chłopaka - Leo, który jest sprzedawcą w jednym ze sklepów z ubraniami. Trzeba przyznać że do siebie pasują i słodko razem wyglądają. A poza tym, Leo to bardzo miły chłopak, przystojny zresztą też, tylko jak wiadomo należy do Rozy i chyba by mnie rozszarpała gdybym tylko próbowała się do niego zbliżyć. Ale nawet nie mam takiego zamiaru. Jeśli już mam znaleźć sobie chłopaka to takiego, który potrafiłby mnie zrozumieć i zaakceptować to co robię i jaka jestem.
Zanim zdążyłam się zorientować zrobiło się już zupełnie ciemno. Chyba powinnam zacząć zbierać się już do domu, w końcu jutro znowu trzeba wrócić do szkoły, więc wypadałoby się porządnie wyspać. Uściskałam Rozalię na pożegnanie i ruszyłam w stronę swojego domu. Niestety droga przede mną była jeszcze długa, więc założyłam swoje niebieskie słuchawki na uszy i zaczęłam słuchać muzyki. Niestety w połowie drogi zaczęło towarzyszyć mi jakieś dziwnie nieprzyjemne uczucie, jakby ktoś mnie obserwował. Obejrzałam się za siebie i dostrzegłam że parę metrów dalej ktoś za mną idzie. Jakiś facet, dość wysoki i postawny, ubrany na czarno. Ale nie widziałam jego twarzy ze względu na to, że było ciemno a na głowie miał kaptur. Na początku go po prostu zignorowałam, ale gdy zaczęłam się tak oglądać za siebie coraz to częściej widziałam, że wciąż za mną idzie. Ostatecznie przyspieszyłam, wyciągnęłam z uszu słuchawki, a z kieszeni telefon i zaczęłam udawać że rozmawiam z kimś przez telefon... To zawsze działa, a przynajmniej tak właśnie myślałam. Dwie minuty później jeszcze raz się odwróciłam, licząc że mężczyzny już nie ma, ale się myliłam. Problem w tym, że tym razem trzymał coś w opuszczonej dłoni. Coś, co zabłyszczało w świetle księżyca. I wtedy już wiedziałam co to jest i zaczęłam przeklinać się pod nosem. W ręce miał nóż. To złodziej, zabójca, gwałciciel i Bóg wie kto jeszcze... Cholernie się wystraszyłam i momentalnie zaczęłam przyspieszać. Nawet nie zauważyłam, że ktoś przede mną przeszedł kiedy miałam skręcić za róg, ale jak tylko podniosłam wzrok nikogo nie dostrzegłam. No cóż... Może mi się zdawało. Kiedy tylko skręciłam zaczęłam biec, licząc że zgubię tego gościa. Nagle poczułam, że jakaś silna ręka łapie mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie w jakieś wąskie przejście między budynkami. "O cholera... To koniec, zostanę zamordowana, albo coś jeszcze gorszego mnie tu spotka... Co teraz? Co mam robić?! Pomocy!" - to krążyło w mojej głowie. Już miałam zacząć krzyczeć i się wyrywać kiedy osoba mnie trzymająca zasłoniła mi ręką usta, a drugą tylko mocniej ścisnęła mój nadgarstek. I wtedy usłyszałam jego niski głos. Dziwnie znajomy głos...
- Nie ruszaj się. A krzyknij choć raz to tu i teraz cię zgwałcę. - powiedział mi cicho do ucha cały czas uniemożliwiając mi jakikolwiek niekontrolowany ruch. Zdołałam tylko obrócić lekko głowę w jego stronę, żeby zobaczyć kim jest ta osoba. To był jakiś chłopak, patrzył w stronę drogi, którą szłam chwilę temu i czemuś się przysłuchiwał.
Zaraz zaraz... To niemożliwe... Te czerwone włosy i szare oczy.... O cholera... To Castiel?!

środa, 24 lutego 2016

Na start~

Witam wszystkich, którzy jeszcze mnie nie znają oraz tych, którzy kojarzą mnie z innych blogów, lub znają osobiście. Jeśli tu jesteś i czytasz moje wypociny dziękuję ci z całego serca, że poświęcasz czas mojej pracy w którą jednak wkładam trochę wysiłku oraz wolnego czasu. Na ten moment dopiero zaczynam, ale mam nadzieję, że moja twórczość wam się spodoba c:
Dla nieobeznanych, uprzedzam, że to opowiadanie powstaje na podstawie uniwersum z gry Słodki Flirt. Postaram się pisać tak, by osobom, które go nie znają udało się odnaleźć w nim bez problemu c:
Do zobaczenia wkrótce~